Krótka piłka

sobota, 09 lutego 2013

Mystery train – z Jimem Jarmuschem jakoś średnio się lubimy. Do filmu podszedłem więc raczej mało entuzjastycznie i to nie mogło się udać. „Mystery train” wprowadził mnie w bardzo senny nastrój mimo faktu, iż byłem wyspany. Podzielenie filmu na segmenty może i było dobrym pomysłem, ale podobnie jak w „Kawie i papierosach” nie wszystkie części były równe. Im dalej tym lepiej. Historia dwójki skontrastowanych Japończyków nie zawierała w sobie niczego fascynującego. Historia uroczej Włoszki podwyższyła nieco loty, ale dopiero finał historii i pijackie wybryki trzech kumpli mnie ożywiły. Tylko dlaczego musiałem aż tyle na to czekać? Nie kupuję całej tej wielkiej symboliki, która kryje się za tym filmem. 5/10

Do szpiku kości – los nie oszczędza 17-letniej Ree. Nie dość, że ledwo daje radę wyżywić brata i siostrę oraz chorą matkę to jeszcze chcą zabrać jej dom. Jedyne, co może zrobić to znaleźć ojca, który zastawił cały majątek, żeby wykupić się czasowo z więzienia. Najlepiej byłoby znaleźć go martwego. Świetny dramat, który przytłacza swoim brudnym klimatem, co w tym przypadku jest niewątpliwą zaletą. Anonimowa wioska skrywa tajemnicę, a zaledwie pomyślenie o niej może narobić problemów. Ree nie ma nic do stracenia (albo ma za dużo) i stawia swoje życie na szali. Sporo charakternych i mało towarzyskich person, a co za tym idzie sporo świetnych ról, w tym niedocenianego Johna Hawkesa i początkującej wtedy Jennifer Lawrence, która przez te 2 lata rozwinęła się na czołową gwiazdę kina amerykańskiego. 9/10

Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna – bardzo oszczędny w słowach koreański dramat skłaniający do głębokich, osobistych refleksji, o których pozwolicie, że nie będę pisał ;). Jesteśmy świadkami wychowywania przez mistrza małego brzdąca. Brzdąc ten odizolowany od całego społeczeństwa na własnych błędach uczy się życia. Pomaga mu w tym mistrz, który zdaje się zgłębił już wszystkie tajniki życia, ale nie naraża się przy tym na śmieszność. „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” w dosyć prosty sposób przedstawia przekrój życia niemal każdej ziemskiej istoty ludzkiej. 8/10

sobota, 27 października 2012

Wstęp może będzie taki, że go nie będzie ;)

Chicago – ehh już chyba ostatni z wielkich musicali (o Boże, jest jeszcze na pewno „Kabaret”), chociaż ten może aż tak wielki to nie jest, ale po ocenach widzę, że dobry co najmniej. Zmusiłem się niemal do jego oglądania i nie wiem czy musical jako gatunek nie wskoczy przed horrory i melodramaty oczywiście w tej najgorszej kategorii. Po musicalu oczekuję genialnych piosenek, takich, które być może będę słuchał nawet długo po jego obejrzeniu. Tu takich nie ma i żadna z piosenek nawet nie utkwiła mi w głowie, co może świadczyć o wątpliwej charakterystyczności tych utworów. Czyli innymi słowy – piosenki były mdłe i do luftu. Skupiłem się więc na fabule, którą można opowiedzieć w kilku zdaniach, a film ciągnie się niemiłosiernie przez 2 godziny. Miałem wrażenie, że piosenki tylko sztucznie wydłużają jego czas (czy przypadkiem nie o to chodzi w musicalach?). Gere, Zeta-Jones czy Zellweger to nie są moi zdecydowanie ulubieni aktorzy toteż na patrzenie na nich też zbytniej ochoty nie miałem. Dobrze, że mam to wszystko za sobą. 4+/10

Królewna Śnieżka i Łowca - ostatnio w modzie znowu sport, jaki zapoczątkowała z powodzeniem Clarice Sterling w "Milczeniu owiec", a jakim jest oczywiście bieganie po lesie. Był "Zmierzch" (albo i jeszcze jest), był świeży "Dom w głębi lasu" i są i będą "Igrzyska śmierci" mające iść tropem "Zmierzchu" plus milion pińcet sto dziewińcet horrorów. Królewna Śnieżka i rola oszałamiającej Charlize Theron to być może jedyna zaleta filmu. Na pewno jedyna bezdyskusyjna. Cały film jest wtórny i wydaje się zlepkiem innych, ale nie takim zlepkiem jakim jest "Uprowadzona", a zlepkiem nudnym i niewybijającym się ponad pewien średni poziom. Od biedy można obejrzeć, ale nie ma przymusu. 6/10

Przepowiednia - bardzo ciekawy thriller z bardzo ciekawą historią, ale jak większość filmów z gatunku tylko do momentu. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało to zainteresowała mnie historia Człowieka-ćmy. Plus dla filmu za to, że wpoił mi kolejną głupią i irracjonalną ciekawostkę, jaką jest właśnie legenda wspomnianego człowieka-zwierzęcia, którego niby nie ma, a którego widziała ponad setka ludzi w różnym czasie i miejscu na Ziemi. Już na samym początku film stawia bardzo dużo pytań, na które ma ambicje odpowiedzieć. Okazuje się, że odpowiedź jest jedna, a końcówka wyraźnie się gubi i popada w śmieszność. Film ma momenty, ale głównie rządzi się nim chaos. 6/10



piątek, 20 lipca 2012

Długo, długo nic, więc co by się nie nadwyrężać zacznę pomału od krótkiej piłki. Na poważniejsze rzeczy przyjdzie czas. Mam nadzieję.


Babycall - dobrze zapowiadający się thriller i nic ponadto. Historia w pewnym momencie się rozpada na kawałki, których wprost nie idzie poskładać. Odnoszę wrażenie, że scenariusz pisały co najmniej 2 osoby. Tej pierwszej udało się zaciekawić widza i rozbudzić wyobraźnię, tej drugiej udało się zniechęcić widza do własnych przemyśleń.  Noomi Rapace nie zagrała też na miarę swoich możliwości i najlepiej, żeby jak najszybciej o filmie zapomniała. 5/10


God Bless America – kolejny z długiej listy filmów, które miały być szerzej opisane (czytaj zrecenzowane w notce zwyczajnej długości), ale nie wyszło. Frank jest gościem, jakich zapewne wielu w tych czasach. Ma dość głupiutkich programów w TV, rozmów, które skupiają się na byle czym, jest sfrustrowany zgnilizną, jaka panuje obecnie w społeczeństwie (nie tylko amerykańskim). Mimo, że z jego rolą także się utożsamiam to jednak jego młoda wspólniczka – Roxie mnie bardziej oczarowała. Aktorka z bardzo wielkim potencjałem na miarę tego  Chloe Moretz z „Kick-Ass”.  Sam film nieprzewidywalny, nietuzinkowy i zdecydowanie wart obejrzenia. 9/10


Być jak Stanley Kubrick – to, że istniał gość podający się za Stanleya Kubricka wiedziałem wcześniej. Film traktowałem więc raczej jako rozwinięcie tego ciekawego tematu. Główną rolę gościa, który w hotelach, na przyjęciach, bankietach i tym podobnych podawał się za kultowego reżysera gra John Malkovich. I co do tego aktora mam mieszane uczucia. Wydaje mi się, że wybiera sobie strasznie pokręcone role. Tu gra niezwykle irytującą postać homoseksualisty.  I to głównie za jego sprawą film mnie nużył. Jedyne co jest w nim naprawdę warte odnotowania to historia (którą lepiej jednak przeczytać niż tu oglądać) i genialne nawiązania muzyczne do chyba każdego dzieła Kubricka, których było niemało. 5/10

piątek, 17 lutego 2012

Dalsze, już chyba końcowe, nadrabianie zaległości z roku 2011.

Pan Popper i jego pingwiny – dałbym połowę swojego majątku, żeby przypomnieć sobie, co mi strzeliło do głowy, żeby brać się za ten film. Na usta cisną mi się tylko 2 słowa – Jim Carrey. Jim zagrał bardzo dobrze, w swoim stylu i raczej nikt nie będzie miał mu za złe, że zagrał w tak kiepskim filmidle. Przedstawiciel kina familijnego, na którego to jeszcze 10 lat temu patrzyłbym zupełnie inaczej, taka kolej rzeczy. W tym wieku niestety tylko mnie wynudził. Może to kwestia nastroju, chwili, bo przecież aż tak zły nie był, ale też nic nowego do mojego życia i kinematografii nie wniósł.  4+/10

Czas wojny – film oscarowy, który bardziej zasłużył na nominację niż chociażby „Drive”? Z chęcią zobaczyłbym tych, którzy głosowali za nim. Główny bohater to koń, a sam film mógłby zakończyć się już po scenie orania pola. Nie byłby to w dalszym ciągu nawet przeciętny film, ale zawsze to krótszy... Oprócz konia jest jeszcze kilka innych postaci, np. gęś. Myślę, że Akademia powinna pomyśleć o oddzielnej kategorii dla zwierząt. Oprócz gęsi i konia z „Czasu wojny” nominowane byłyby jeszcze pingwiny z filmu opisywanego wyżej, małpka z drugiej części „Kac Vegas”, a wygrałby i tak pies z „Artysty” ;)  3/10

Wojownik – zaskakująco wysoko oceniany film. Zaskakująco jak na fakt, że mało rozpowszechniany np. w kinach i tematykę, która mówiąc szczerze lekko trąci kiczem. Ale tylko lekko, bo „Wojownik” to niezwykle efektowny film o klepiących się mężczyznach, ich przeżywających żonach i płaczących, a zarazem dumnych tatuśkach. Nick Nolte i Tom Hardy odwalili kawał naprawdę dobrej roboty.  8+/10

środa, 09 listopada 2011

Ale ten czas leci. Już 3 miesiące minęły od ostatniej odsłony krótkich podsumowań, a w kolejce jeszcze następna część „Najgorszych tłumaczeń tytułów filmów” (NTTF). To co mnie martwi to nie kiepska jakość filmów, które trafiają ostatnio do dystrybucji, a moja pamięć, którą zdaje się mam z filmu na film coraz krótszą. Może dojść w przyszłości do absurdalnych sytuacji, kiedy będę musiał spisywać swoje wrażenie już w trakcie oglądania albo drugi raz obejrzeć film właśnie pod kątem napisania recenzji. Źle to brzmi.

Głód – kolejny po „W imię ojca” bardzo dobry film o IRA i dążeniach Irlandczyków do połączenia dwóch leżących obok siebie części Irlandii. Filmy o chudzielcach to bardzo dobry materiał na film i sukces, a Krystian Bal znalazł właśnie bardzo godnego rywala w postaci Michaela Fassbendera. „Głód” jest brudny, sceny nie napawają optymizmem, nikt się w filmie nie śpieszy, a całość dzieje się w więzieniu. Mimo to, podoba się. Za przywiązanie do ojczyzny i poświęcenie w jej imię mocne 8/10

Trespass – jak przeczytałem polskie tłumaczenie tytułu to straciłem resztki zaufania, jakie pokładałem w naszych tłumaczach. Z dupy wzięta „Anatomia strachu” brzmi bardziej tajemniczo niż przypadki zaginięć w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. Szkoda, że film tak ciekawy już nie jest. Niemal 2 godziny przewracania się, biegania po domu i gadki-szmatki opierającej się na zwrocie „pieniądze albo śmierć”. Tyle, że łotry, które przetrzymują pewną parę w ich domu wcale tak ochoczo do tej ich śmierci się nie zabierają. Dużo głupot, mało konkretów. I jeszcze Kejdż… 5/10

Kac Vegas w Bangkoku – gdyby film nakręcono za czasów Kochanowskiego to o polskim tłumaczeniu tytułu napisałby on zapewne niejedną fraszkę. Następną część proponuję nazwać „Kac Vegas w Bangkoku w Grabinie przy drodze w kartonach”. Kolejny przedstawiciel formuły „szybciej, więcej, lepiej”. Tyle, że lepsze jest wrogiem dobrego i druga część Kaca już tak fajna jak jedynka nie jest. Stu panikuje, Allan w swoim stylu żartuje, Phil próbuje wszystkich zebrać jak zawsze do kupy, a Doug jak zawsze jest najnudniejszy, a to w sumie dobrze, bo jest go mało w filmie. Humor jest, bo to komedia, ale raz śmieszy, a raz irytuje. Film w większości opiera się na poprzedniku i choćby za to należą mu się niezłe baty. Już miałem przygotowaną niską ocenę, ale sama końcówka, pewien występ, mnie nieco rozruszył i za to podwyższam. 6+/10

 

 

wtorek, 02 sierpnia 2011

Nie mam na oku żadnego dobrego kandydata do pełnowartościowej recenzji , więc najlepszym rozwiązaniem będzie napisać na szybko kilka zdań o ostatnio (trochę bardziej ostatnio) oglądanych.  Zaczynam od najsłabszego.

 

Mały Budda – ktoś mi podrzucił niezły bubel. Chociaż bardziej pewne, że film obejrzałem na własną odpowiedzialność. Biografia Buddy przeplatana poszukiwaniami nowego wcielenia wysoko cenionego lamy. Keanu Reeves w roli młodego Buddy dawno nie zagrał tak źle. Trzeba go zrozumieć, nie mógł przecież odrzucić zagrania boga. Ponad 2h nudów, które można wyczytać na wikipedii. I to nie dlatego, że nie wierzę w reinkarnację. 4/10

 

Szczęki – ojejuśku! Nie spodobał mi się klasyk! Znany dreszczowiec jeszcze bardziej znanego reżysera może nie zanudził mnie tak jak życie Buddy, ale o ekscytacji też nie może być mowy. Ataki rekina wyglądały w moim odczuciu co najmniej kuriozalnie i wcale nie będę miał na uwadze tego, że film jest grubo sprzed 30 lat. Dobrze, że dużo ich nie było. Za dużo gadania. 6/10

 

Jak spędziłem koniec lata – ruski film oczywiście musi być umiejscowiony w mroźnej scenerii. 2 aktorów, 2 bardzo różne role, jedna stacja pomiarów gdzieś w północnej Rosji i jedno zdarzenie, które zaważy na dotychczasowych relacjach dwójki bohaterów. Ładne widoczki plus ciekawe zestawienie dwóch różnych światopoglądów na życie równa się dobry film. Chociaż film na pewno nie dla każdego, brak tu wartkiej akcji czy choćby błyskotliwych dialogów, większość filmu odbywa się między wierszami. 7/10



niedziela, 10 lipca 2011

Dzisiaj prawdziwy komplecik - kasowy gniot, film dobry choć pokręcony oraz na koniec arcydzieło w postaci prostej historii.

 

Wynalazek – tutaj recenzji nie będzie, bo nie miałbym o czym pisać. Przyznaję się, nie podołałbym recenzji tego filmu. Od samego początku, dosłownie, nie wiadomo o co chodzi, a jedynym punktem zaczepienia są podróże w czasie. Masa pojęć z zakresu fizyki wcale nie pomaga w zrozumieniu tego filmu. Mimo wszystko ocena wysoka, za oryginalność i odwagę. Na pewno wrócę do niego i postaram się coś uważniej wyłapać. 7/10

 

Resident Evil: Afterlife – czwarta i na pewno nieostatnia część  filmowej serii o ludziach nieumartych. Najbardziej widowiskowa i najmniej mająca wspólnego z grą od Capcomu. Gdyby tego było mało, zdaje się, że seria będzie szła właśnie w tym kierunku, szkoda. Końcówka (i krótka scena w czasie napisów końcowych) nie pozostawia złudzeń, że filmowy Resident Evil przeobraża się na naszych oczach w rasowego tasiemca, który zmierza donikąd. Pojawia się nawet Scofield, który znowu chce czmychnąć z więzienia… 4/10

 

Mój przyjaciel Hachiko – wyciskacz łez w pełnym tego słowa znaczeniu. Opowieść o niesamowitej przyjaźni człowieka i psa będąca podręcznikowym przykładem przysłowia: pies najlepszym przyjacielem człowieka. Jesteśmy świadkami bezwarunkowej i szczerej miłości czworonoga do człowieka, a potem… No dobra, najlepiej samemu się przekonać. Zmiękczy każdego kilera. 10/10

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Nowa kategoria zarezerwowana dla krótkich podsumowań z filmów, których dłużej nie chce mi się opisywać. No to tyle.

 

Inwazja: Bitwa o Los Angeles – film, który znakomicie nadawałby się na materiał na grę video. Przejście z punktu do punktu, strzelanie do obcych raz na jakiś czas przerywane nudnymi gadkami, które przecież mają takie znaczenie w strzelankach jak wyniki meczów ligi botswańskiej. Szablonowi żołnierze Marines kreowani na twardych i nieustępliwych madafaków, często zdolnych do głupich poświęceń. Wygląd obcych też mnie nie przekonał. Jedyny plus to chyba wymiany ognia. 5/10

 

Hanna – tytułowa dziewczyna to żeński odpowiednik Tarzana. Z tą różnicą, że potrafi nawijać w kilku językach, ale obaj wychowywani byli w lesie. Gdyby całość utrzymać w króciutkim klimacie tych polowań w lesie to byłoby dużo fajniej. A tak, Hanna zupełnie nie pasuje mi do tego wielkomiejskiego klimatu. Fajnie patrzeć jak mała dziewczynka rozwala kilku dorosłych chłopa, ale nie kupuję tego wyjaśnienia na końcu. Pokłony za świetną muzykę. 6+/10

 

Hobo with a shotgun – dosyć specyficzne kino, którego jeżeli ktoś nie lubi to i tego filmu nie polubi. Tak było ze mną. Miażdżone czaszki, jedzenie szkieł, mielenie palców i wiele innych, absolutnie chorych akcji. Fani będą zachwyceni, ja byłem mocno zniesmaczony, ale jakoś odżałowałem te 1,5 h. Pod koniec już nawet ta „główna” prostytutka przestała mi się podobać. A Rutger Hauer przypomina mi tu Anthony’ego Hopkinsa ;] 3/10



Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u