piątek, 22 kwietnia 2011

Kim jest Rocky Balboa nikomu tłumaczyć nie trzeba, a z racji tego, że jesteśmy poważnymi ludźmi pominę ten fragment z przedstawieniem jego postaci. Szósta i jak na razie ostatnia część filmowej sagi słynnego boksera nie rozczarowuje, a nawet może się podobać. Jakież było moje zdziwienie kiedy to odkryłem to możecie się tylko domyślać. A czemu miałby rozczarowywać? Bo od premiery ostatniej części minęło kilkanaście lat, a ten film wydaje się niczym innym jak zamachem na kieszenie fanów Rocky’ego. No i jest jeszcze jeden powód – jak coś ciągnie się jak telenowela aż na 6 odcinków to nie ma prawa być dobre. Ten film jest jak najbardziej chlubnym wyjątkiem od reguły z czego się bardzo cieszę.

Film z 2006 roku nosi tytuł „Rocky Balboa”. Odkrywczy to on za bardzo nie jest, ale Stallone widocznie ma już dość numerowania swoich filmów, bo kolejna część Rambo, która wyszła też jakoś niedawno również pozbyła się numerka w tytule. Ale nie to jest najważniejsze. Liczy się to co jest w środku, a nie powierzchowna okładka. A w środku mamy od razu smutną wiadomość – Rocky mimo, że jest właścicielem eleganckiej restauracji nieco się wypalił. Adrian nie żyje, dorosły syn robi co może, żeby nie za często się z nim widywać, a o powrocie do boksu też nie ma mowy. Pozostaje mu tylko wspominanie przeszłości i życie wspomnieniami. Do czasu, aż w jednym z barów spotyka go miła niespodzianka w postaci uroczej barmanki, która podobnie jak on w życiu nie ma zbyt wiele. I tak powoli rodzi się między nimi coś w rodzaju więzi przyjacielskiej, a może i czegoś więcej. Wszystko ładnie pięknie, jako dramat wypada nieźle, ale po pewnym czasie przychodzi ocknienie – „ej przecież to Rocky, a nie jakaś ckliwa historyjka o smutnych ludziach!”. I Stallone, który znowu wrócił na podwójne stanowisko reżysera i głównego bohatera, nie zapomniał o obowiązkowej walce.

Tym razem Rocky już nie przechodzi na emeryturę, ale od dawna na niej jest. W związku z tym trzeba było wymyślić coś znacznie nowego. Pomysł, na który wpadł Sylwek tylko połowicznie mnie przekonał. Symulacje komputerowe między nie tylko pięściarzami z zupełnie innej bajki, ale także i wojownikami z innych epok, istnieją i są przeprowadzane dlatego trudno odmówić tutaj komuś racji. Druga sprawa, że to tylko symulacje i brakuje w nich „czynnika ludzkiego”, jak to fajnie w filmie zostało nazwane. Dlatego też dochodzi do pojedynku młodego, czarnoskórego mistrza, dla którego ten pojedynek ma być powrotem do łask z podstarzałym, wypalonym, ale ciągle jeszcze w formie Balboą.

Moda na odgrzewanie kotletów trwa w najlepsze już kilka ładnych lat, ale co trzeba przyznać to to, że Rocky’emu wyszło to nawet na dobre. Po cienkiej czwórce i jeszcze gorszej piątce przyszła mała poprawa. Chociaż dobrze by było, gdyby więcej już tego nie ciągnięto do przodu. Swoje najlepsze lata Rocky ma już dawno za sobą i teraz jedyny kierunek, w którym mógłby pójść to jedynie kariera trenerska, co już raz zostało przecież liźnięte. „Rocky Balboa” balansuje na cienkiej granicy między filmem poważnym a kpiną i ośmieszaniem. Z jednej strony problemy z synem i wątki typowo dramatyczne, a z drugiej treningi przed walką, które wyglądają po prostu żałośnie. Dobrze, że z końcówką nie przeszarżowano, a cały film można śmiało obejrzeć bez wstydu i zażenowania.

 

Tytuł oryginalny: Rocky Balboa

Rok produkcji: 2006

Reżyser: Sylvester Stallone

Obsada: Sylvester Stallone, Burt Young, Geraldine Hughes, Antonio Tarver

Gatunek: Dramat

Ocena: 7/10

czwartek, 07 kwietnia 2011

Pamiętam jak o filmie było głośno i mówiono o nim np. we wszelakich środkach masowego przekazu. Może nie tyle mówiono czy dyskutowano co raczej go reklamowano. Mnie jakimś cudem ominęła premiera w tamtym czasie i wróciłem do niego niemal rok po tym wszystkim. Bez jakiś tam większych oczekiwań. Ot tak miałem ochotę na dramat, bo tyle też o tym filmie wiedziałem. I rzeczywiście dramat to jest, ale nie w tym sensie, którego bym chciał się w nim doszukać…

Cała historia skupia się na postaci Susie, która pewnego dnia, po krótkim wstępie, w jednej ze scen zostaje zamordowana. Samej sceny zbrodni nie pokazano wprost, ale nie ma wątpliwości, że do niej doszło. Oznajmia nam to kilkukrotnie sama ofiara, która pełni rolę narratora i to z jej perspektywy w dużej mierze patrzymy na wydarzenia rozgrywające się w filmie. Dziewczyna nie zdążyła się nawet jeszcze pocałować (bo zakochana właśnie była), a cały świat stał przed nią dopiero otworem. Dała się skusić pewnemu panu i za jego namową weszła do dziury w ziemi skąd już żywa nigdy nie wyszła. Sama dziura w ziemi przypominała mi coś na kształt sanktuarium jakiegoś zboczeńca, którym właściwie to była ;] Dla niej było to coś wspaniałego, kul, dżejzi, fanki i niesamowitego dlatego dała się namówić na wejście do tej pieczary śmierci. Zaraz potem 14latka trafia do czegoś pomiędzy niebem a ziemią jak to zostało w filmie określono. Chociaż gdyby nazwać to niebem to myślę, że nikt by się nie obraził.

„Nostalgią anioła” rządzi chaos i brak pomysłu na pociągnięcie filmu do przodu. Nie wiem czy film nakręcono na podstawie jakieś książki czy też nie, i szczerze mówiąc mało mnie to interesuje, bo po książkę też bym nigdy nie sięgnął. Pomysł niby jest, no bo trzeba znaleźć mordercę dziewczynki, ale zrobiony w bardzo mało zajmujący sposób. My znamy mordercę niemal od początku, ale ludzie w filmie jego nie znają. Sprawa ich domysłów i tego w jaki sposób próbują go wytropić też pozostawia wiele do życzenia. No bo tak właściwie to czemu akurat ten pan, a nie sąsiad obok? Po „krzywych” spojrzeniach doszli do tego, że to musi być on?

Chaos przejawia się w tym, że przez ekran przelewa się istna rozpierducha, głównie za sprawą Susie, która raz obserwuje to co się dzieje na Ziemi, a raz biega po łące żywcem wyjętej z windowsowskiego pulpitu, jeszcze innym razem gada takie głupoty, że uszy więdną. To „coś” pomiędzy, czyli cały ten świat, w którym tak jakby uwięziona zostaje dziewczynka sprawia wrażenie strasznie niechlujnie wykonanego. Aż dziw bierze, że to sprawka samego Petera Jacksona, gościa, który nie miał problemów z wielkimi bataliami we „Władcy Pierścieni”, a tutaj odwalił taką fuszerkę. Te wszystkie blaski, światła i inne błyskotki wyglądają po prostu kiczowato, a Susie wygląda jakby była doklejona do obrazka, do którego zupełnie nie pasuje.

W aktorstwie również nie ma żadnych fajerwerków, Stanley Tucci wypadł nieco lepiej, ale też mam wrażenie, że nie wykorzystano jego potencjału w 100%. Nie podoba mi się tradycyjnie Mark Wahlberg i charakteryzacja Susan Sarandon, która w filmie prezentuje się po prostu odpychająco. Jako ciekawostkę dodam fakt,  że oto chyba wyłapałem nareszcie Petera Jacksona w jego filmie! Nie jest nowością fakt, że reżyser niemal zawsze pojawia się w swoich filmach w bardzo małej roli, często w 1 scenie. I w „Nostalgii Anioła” dostrzegłem go z małą kamerką w salonie fotograficznym. Mam nadzieję, że to był on, głównie po zaroście go poznałem ;D

Aaaa bym prawie zapomniał. Już pogodziłem się z niskim poziomem filmu, kiedy „nadeszła” końcówka i jeden mały sopel lodu, który nie pozostawił mi żadnych złudzeń. W tym momencie przez mózg od razu przeszła mi myśl, że Jackson powinien się tego filmu wstydzić.

 

Tytuł oryginalny: The Lovely Bones

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Peter Jackson

Obsada: Saoirse Ronan, Stanley Tucci, Mark Wahlberg, Rachel Weisz, Susan Sarandon

Gatunek: Dramat

Ocena: 4/10

 

środa, 06 kwietnia 2011

Holly to typowa kobieta. Trajkocze jak najęta, zwinnie manipulując przy tym każdym biednym mężczyzną, który jest akurat w pobliżu, a jedyne czym można ją chociaż na chwilę przymknąć i co na pierwszy rzut oka najbardziej się dla niej liczy jest bogactwo – rożnego rodzaju świecidełka, wszelaka biżuteria i pławienie się w luksusie. Wniosek – nie jesteś bogaty to nie ma co liczyć na jej uwagę. Oskubywanie facetów to dla niej coś w rodzaju sposobu na życie. Kiedy uważa, że ma dość (ona, nigdy ten ktoś drugi) to po prostu zamyka się w domu zostawiając swojego sponsora za drzwiami i denerwując przy tym za każdym razem swojego azjatyckiego sąsiada z góry. Zresztą bardzo pieszczotliwie nazywa ona tych sponsorów „szczurami’. Bardzo subtelnie.

Sytuacja zmienia się nieco po wyprowadzce nowego sąsiada. Nie jest on ani bogaty ani nawet nie daje się tak łatwo zmanipulować. Holly traktuje go jak zwykłego kolegę, bo wiadomo, że na boku czeka na nią kilku przyjemniaczków.

Z ciężkim bólem serca muszę przyznać, że wady płci pięknej ucieleśnione w postaci Holly są nieco przerysowane i wyolbrzymione.  Znajomość listy 50 najbogatszych Amerykanów czy przyjęcie z udziałem „szczurów” i „super szczurów” to najlepsze tego przykłady. Zresztą to nie jest tak, że Holly to jakiś typ zołzy, która robi to co robi z pełną premedytacją łamiąc przy tym kolejne serca facetów na swojej drodze. Wie czego chce, ale z drugiej strony trudno raczej robić to bez świadomości. Nie byłoby Holly bez Audrey Hepburn, a sam film zapewne też nie zdobyłby takiego uznania jak obecnie. Jej rola jest po prostu genialna. Gra z taką lekkością, wyczuciem i naturalnością, że trudno byłoby ją „przebić”. Ten „drugi” jest grany przez późniejszego odtwórcę roli samego Hannibala Smitha z serialu „Drużyna A”.

Przy okazji „Śniadania u Tiffany’ego” obowiązkiem recenzenta jest wspomnieć o muzyce i piosence „Moon River” w szczególności, która jest nieodłącznie kojarzona z filmem. Reżyser ponoć chciał nawet wyciąć scenę, w której słodka Hepburn śpiewa w oknie tę piosnkę na co aktorka zagroziła, że w filmie nie wystąpi w ogóle. I bardzo dobrze, że się postawiła, a pan reżyser uległ, bo dzięki temu dostajemy jedną z lepszych scen w filmie.

Ucieczki przez okno do sąsiada, „Moon River”, wyklinający Azjata i oczywiście tytułowy sklep u Tiffany’ego to w mojej opinii najbardziej charakterystyczne sceny tego obrazu. Film nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia, ale pozostawił po sobie jak najbardziej dobre. Nakręcony w roku 1961 jest protoplastą gatunku i choćby z tego względu należą mu się laury. To z niego korzystać będą później z lepszym lub gorszym skutkiem inne produkcje.

 

Tytuł oryginalny: Breakfast at Tiffany's

Rok produkcji: 1961

Reżyser: Blake Edwards

Obsada: Audrey Hepburn, George Peppar, Martin Balsam

Gatunek: Melodramat

Ocena: 7/10

sobota, 26 marca 2011

Z tego co ostatnio się rozglądam to zapanowała jakaś moda na TOP100 swoich ulubionych filmów. Fajna w sumie sprawa, ale ja ogłaszam wszem i wobec, że u mnie na blogu szybko nic takiego się nie pojawi. Powód? Za mało obejrzanych filmów. Wróć! Za dużo obejrzanych filmów – tak lepiej brzmi ;] No bo jak niby z miliarda „zaliczonych” filmów wybrać tę stówę najlepszych? Zwłaszcza, że masy z nich już nie pamiętam. To jak ktoś się będzie pytał czemu nie wybrałem setki to mówcie, że mam za dużo na głowie i brak czasu. No dobra, zbyt leniwy jestem, dlatego nie ma tego topu.

Czy Essential Killing znalazłoby się w mojej ukochanej setuni? Od razu mówię, że nie. I to nie jest spowodowane tylko i wyłącznie tym, że jest to film polski. Już od dawien dawna (czyli w sumie od roku może) przekonuję się, że z polskim kinem nie jest aż tak tragicznie. Wystarczy tylko dobrze pogrzebać w sensie jak najbardziej pozytywnym. Essential Killing wygrzebała dla mnie akurat sama Wenecja. A skoro Wenecja poleca światu polski film to jak ja jako Polak miałbym go sobie odpuścić?

Wiem co może się w tym filmie nie podobać i długo się nad tym nie zastanawiałem. Brak akcji i nuda. To prawda – jest momentami nudno, ale nie bardziej niż w szpitalu w Leśnej Górze. Sam fakt, że główny bohater nie odzywa się ani słowem przez cały film daje już niemały wgląd w tę sytuację. Powiem więcej – inni też nie kłapią jęzorem na prawo i lewo. Oprócz kilkunastu linijek po angielsku i kilku swojskich po polsku słychać tylko ujadanie psów. Dialogi nie są mocną stroną tego filmu i dobrze. Zapewne tak miało być, że to przejmująca cisza ewentualnie „deptany śnieg” mają budować napięcie.

Główny bohater, Arab ucieka z więziennego konwoju, który wiezie go na następną porcję tortur. Na przeszkodzie oprócz tropiących go strażników więziennych stają mu głównie drzewa i śnieg. Dużo drzew i jeszcze więcej śniegu. Skalę tego problemu świetnie obrazują ujęcia wielkich połaci ośnieżonego terenu z lotu ptaka. Skoro już wiemy, że akcja filmu toczy się w zimie to również głód zaczyna zaglądać w oczy naszemu tajemniczemu uciekinierowi. Zaczyna więc niczym Bear Grylls desperacką walkę o przetrwanie.

O głównej postaci nie wiemy nic. I może właśnie dlatego ciężko z początku się z nim utożsamić. I może później też nie zasypano nas informacjami o nim, to jednak godzina z kawałkiem spędzona z nim robi swoje. Szybko zaczynają się domysły. Kim on jest? Co czuje i myśli? Jaka jest jego historia? Pewne jest to, że towarzyszyło mu zwątpienie. Brak perspektyw choćby i na następne kilka godzin oraz niezaspokojenie tak podstawowych potrzeb jak jedzenie i spanie potrafiłoby złamać każdego.

Nawet w ostatnich minutach Skolimowski nie zdradza nam za kogo mamy brać tego towarzysza. Wróg czy przyjaciel? Niebezpieczny terrorysta czy niesłusznie oskarżony zbieg? Wszystko zależy od widza jak na to spojrzy.

Jest „7”, bo niektóre sceny, ale tylko niektóre naprawdę potrafią znużyć. A mam takie wrażenie, że nie mogły już zostać „wykopane” z filmu, bo nie starczyłoby scen na pełny metraż. I za to należy się nagana. Poprzedni film Skolimowskiego – „Cztery Noce z Anną” jednak bardziej mi się spodobał. Szkoda, że u nas go nie doceniono i tak nie reklamowano.

 

Tytuł oryginalny: Essential Killing

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Jerzy Skolimowski

Obsada: Vincent Gallo, Emmanuelle Seigner

Gatunek: Thriller

Ocena: 7/10

sobota, 05 marca 2011

Pierwszy film z mojej 12-nastki najbardziej oczekiwanych filmów roku. Pierwszy i od razu wtopa. Julie zostaje zdradzona przez swojego wieloletniego ukochanego. Żeby móc szybciej zapomnieć znajduje sobie nowe mieszkanie w nowym mieście. Cena mieszkania jak na Nowy Jork jest bardzo podejrzana i  apetyczna  zarazem. Podobnie jak właściciel, toteż Julie długo się nie zastanawia. Jedynym haczykiem jest fakt, że trwa w nim jeszcze mały remont, a wspomniany już jego posiadacz nie jest do końca zdrowy na umyśle.

Już od pierwszej wspólnej sceny wiadomo, że ta para ma się ku sobie. A kiedy Max, właściciel grany przez uroczego Jeffrey’a Dean Morgana, prosi o referencje nowej mieszkanki tylko po to, żeby za 5 sekund o nich zapomnieć, wszystko staje się jasne. Wytwarza się między nimi chemia. Potem sprawy się nieco zapętlają i nastaje prawdziwy dramat.

Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi w odniesieniu akurat do tego filmu to opowiada on o skomplikowanych relacjach damsko-męskich. Trochę głupio o tym mówić, bo filmowi najbliżej do thrillera.  Ale nie jest to thriller na miarę „Siedem” czy „Szóstego zmysłu”, a raczej przeciętniak. Fakt, że musiałem przed pisaniem tej notki sobie go nieco odświeżyć mówi sam za siebie. Zresztą czego ja się spodziewałem po filmie wprowadzonym prosto na rynek DVD.

Źle rozegrano cały konspekt, na którym opiera się „The Resident”. Praktycznie już po 20 minutach wiemy bardzo dużo, moim zdaniem za dużo. Można było przez dłuższy czas utrzymywać tę atmosferę tajemniczości, a dopiero gdzieś przy końcu odkryć wszystkie karty. Tymczasem zaserwowano nam tu przeplatankę problemów sercowych i bezsenności Julie z cierpieniami młodego Wertera (Werter to Max, żeby była jasność). Sporadycznie tak naprawdę pojawiają się sceny poprawnie zmontowane.

Trudno wskazać na jakąś zdecydowaną zaletę filmu. Gdyby już to byłby to klimat. Co tak właściwie ten film ma reprezentować? Że facet to nie zabawka? Że baby są złe? Czy że gorsze od bab są tylko obciążenia genetyczne? Mnie nauczył tego, że Hilary Swank jak się umaluje to jest nawet podobna do kobiety. Zaczął się oryginalnym pomysłem już w czołówce, a skończył jak najgorsza szmira. Całość mieści się w granicach przeciętności. Szkoda.

 

Tytuł oryginalny: The Resident

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Antti Jokinen

Obsada: Hilary Swank, Jeffrey Dean Morgan, Christopher Lee

Gatunek: Thriller

Ocena: 4+/10

wtorek, 01 marca 2011

Wszyscy piszą o Oscarach to ja nie będę gorszy. W zasadzie to mi się nie chce, ale lepiej teraz niż kiedy indziej, bo kiedy indziej jeszcze bardziej mi się nie będzie chciało.

W tym roku gala Oscarowa zaskoczyła nas… no właśnie niczym. Była niestety bardziej przewidywalna niż reklamy małego Głoda. Z tego też powodu zostanie przeze mnie bardzo szybko zapomniana. I dobrze, bo po co sobie zaprzątać głowę głupotami.

Największy wygrany i połowicznie przegrany poniekąd to film „Jak zostać królem”. 12 nominacji, tylko 4 statuetki. Oscara dla najlepszego filmu i aktora pierwszoplanowego wszyscy się spodziewali, zaskoczeniem natomiast były statuetki za najlepszą reżyserię oraz scenariusz oryginalny (tutaj trochę mniejsze, bardzo mniejsze, w zasadzie nikt nie był zaskoczony).  Dzisiaj w jednym programie słyszałem takie stwierdzenie, że Oscar należy się Fincherowi jak psu zupa. Nie wiem co to znaczy, ale Fincher, Aronofsky i Nolan sukcesywnie są zlewani przez Akademię. Chociaż nominacje dla co poniektórych  to już coś. Może ma to być swego rodzaju motywator dla tych panów. Ale czy oni w ogóle potrzebują motywacji z zewnątrz? No właśnie ;]

Taką samą, najwyższą w tym roku liczbę Oscarów zgarnęła Incepcja i z niej jestem bardzo zadowolony. Drugie małe zaskoczenie, ale nikt chyba nie ma wątpliwości, że żadnemu innemu filmowi nie należały się te Oscary za kategorie techniczne jak właśnie filmowi Nolana. Bez dwóch zdań. Cieszy jeszcze bardziej wygrana pierwszoplanowej Natalie Portman, w tym roku nie miała zbyt wielkich konkurentek.

Drugoplanowe Oscary poszły w ręce jednego filmu – Fightera i są to jedyne, ale jakże cenne nagrody dla tego obrazu. Christian Bale pokonał Geoffrey Rusha, a Melissa Leo między innymi młodziutką Jennifer Lawrence.

A co z Social Network?  3 Oscary na 8 nominacji – za montaż, scenariusz adaptowany oraz muzykę, nieźle. Poniżej lista Oscarów w najważniejszych kategoriach. 4 filmy z 10 nie otrzymały żadnego Oscara, w tym moje odkrycie, czyli „Do szpiku kości” oraz nominowany do 10 nagród film braci Coenów „Prawdziwe męstwo”, który zdecydowanie jest największym pechowcem tego rozdania.

Jak zostać królem – 4

Incepcja – 4

Social Network – 3

Fighter - 2

Toy Story – 2

Alicja w Krainie Czarów – 2

Czarny Łabędź – 1

Wilkołak – 1

Na koniec wyrażam głęboką nadzieję i oczekuję, że przyszły rok w Oscarach przyniesie więcej emocji, a być może niespodzianek i pozytywnych rozstrzygnięć.

piątek, 18 lutego 2011

No tak, mamy nieco ponad połowę lutego, znamy już nominacje do Oscarów, a przedoscarowa gorączka z dnia na dzień będzie coraz ciekawsza (?). Jak dla kogo, bo Oscar nie wywołuje u mnie palpitacji serca, sama nagroda też zbyt wiele nie znaczy, ale filmy oscarowe staram się znać. Staram się, bo wypada, bo o tym się mówi, można powiedzieć, że jestem zmuszony do ich poznania. Jaki ja biedny… Plus jest taki, że w krótkim czasie po nominacjach zabieram się za ich oglądanie, często nadrabianie zaległości. Pewnie prędzej czy później natknąłbym się na te filmy, ale nominacja jednak robi swoje i daje mi silniejszą motywację.

Nie będę płakać, jeżeli któryś z moich faworytów statuetki nie zgarnie. Powiem więcej byłbym bardzo zaskoczony gdyby ją zdobyli. W tym roku nominacje zdominowało „Jak zostać królem”, o którym bez ogródek można powiedzieć, że tych 12 Oscarów na pewno nie zgarnie. Gdyby jednak jakimś cudem się udało byłby to nowy rekord i przebicie w ilości takich filmów jak „Ben Hur”, „Titanic” oraz „Władca Pierścieni: Powrót Króla”.

O miano najlepszego filmu mimo, że drugi rok z rzędu mamy aż 10 nominacji w tej kategorii, walczą praktycznie tylko 2 filmy. Mowa tu o „The Social Network” o powstawaniu fejsbuka w bólach oraz wspomniane „Jak zostać królem” o królu jąkale, który także w bólach musi wygłosić płomienne przemówienie. Nikt o zdrowych zmysłach nie daje szans takim filmom jak „Wszystko w porządku” czy „Do szpiku kości”, konkurencja w tym roku zbyt wielka. Ich szanse są czysto teoretyczne. Przy okazji ten drugi obraz bardzo mi się spodobał i biję pokłony nominującym za objawienie mi tego tytułu, chyba największa pozytywna niespodzianka tego roku. Moi faworyci to trochę już zapomniana „Incepcja” i wciąż trzymający się mocno na nogach „Czarny łabędź”.

Mój faworyt: 1. Incepcja, 2. Czarny łabędź, 3. Do szpiku kości

Kto zgarnie nagrodę: Jak zostać królem

 

Kategoria najlepsza pierwszoplanowa rola męska nie wzbudza we mnie w tym roku zbytnich emocji. Czy to znaczy, że nie było w 2010 żadnych tego typu porywających za serce ról? Pewnie były, po prostu nie znalazły się w nominacjach. Z czystym sumieniem Oscara dałbym Javierowi Bardemowi mimo, że nie widziałem jeszcze na oczy „Biutiful” za które jest nominowany. Widziałem za to zwiastuny, widziałem z nim kilka filmów i na pewno na statuetkę zasługuje, bo to dobry chłopak. Nie obraziłbym się też za nagrodzenie Jamesa Franco. Przekonał mnie do siebie po „127 Godzin”, gdzie siłą rzeczy musiał być aktorem każdego planu i podołał. Król natomiast jest tylko jeden, w dosłowni i przenośni.

Mój faworyt: Javier Bardem

Kto zgarnie nagrodę: Colin Firth

 

Nie widzę innego wyjścia jak Oscar dla Natalie Portman za najlepszą pierwszoplanową rolę żeńską i w tym miejscu mój typ pokrywa się z przewidywaną nagrodą. Dużą niespodzianką byłoby nieobdarowanie młodej Natalie tą cenną nagrodą. Rola białego i czarnego łabędzia jest jak do tej pory jej najlepszą w karierze bez dwóch zdań. I jak nie teraz to kiedy? Oczywiście nie wróżę jej końca kariery, wręcz przeciwnie.

Mój faworyt: Natalie Portman

Kto zgarnie nagrodę: Natalie Portman


Najlepsza drugoplanowa rola męska to z kolei pojedynek Geoffrey’a Rusha z fighterem nr 2, czyli Christianem Balem. Mój kandydat jest tylko jeden i praktycznie nie do zagięcia – John Hawkes, który stworzył niesamowitą kreację w „Do szpiku kości”. Szans nie ma żadnych, ale pomarzyć dobra rzecz. A nuż Akademia zaskoczy mnie w tym miejscu, w końcu nie raz już to robiła.

Mój faworyt: John Hawkes

Kto zgarnie nagrodę: Geoffrey Rush

 

Kompletnie nic nie dzieje się w kategorii najlepsza aktorka drugoplanowa. Żadnej z pań nie zapamiętałem na tyle, żeby wspominać ich role po latach. Najbardziej przychylałbym się jednak do wyróżnienia Amy Adams za rolę w „Fighterze”. Nie widziałem, jako jedynego z całego grona zresztą, „Prawdziwego męstwa” i nic nie mogę powiedzieć o roli 14-latki, która tam zagrała. Szczerze to jest mi chyba obojętne kto zwycięży w tym pojedynku.

Mój faworyt: Amy Adams

Kto zgarnie nagrodę: ?

 

I na sam koniec, jedna z najbardziej prestiżowych kategorii – najlepszy reżyser. Walka w tym pojedynku jest niezwykle ciekawa, bo i Fincher i Aronofsky to bardzo utalentowani i jedni z lepszych obecnie żyjących twórców. Szkoda,  że zabrakło miejsca dla Nolana, wtedy dopiero byłaby rzeźnia, ale tak też jest ciekawie. Będę się cieszył ze statuetki dla któregokolwiek z panów. Zaszczytne grono uzupełniają jeszcze między innymi bracia Coenowie, którzy od lat są w czołówce tych „naj”.

Mój faworyt: David Fincher/Darren Aronofsky

Kto zgarnie nagrodę: któryś z powyższej dwójki

 

Tak przedstawia się moje typowanie i moje oczekiwania tych najbardziej prestiżowych kategorii najbardziej prestiżowych nagród, czyli Oscarów. W tym roku większych skandalów i niespodzianek nie było, ten kto miał dostać nominację w przeważającej większości ją dostał. Zobaczymy jak będzie z rozdaniem już w nocy z 27/28 lutego.

 

czwartek, 17 lutego 2011

Szmery, bajery, dzikie węże część następna. Nowy dom, nowe twarze do wystraszenia i ta sama aktywność paranormalna. Po fenomenalnym kasowym sukcesie części pierwszej bez wahania zdecydowano się na dwójkę. A część druga powiela wszystko to, co było rok wcześniej z jednej strony odkrywając  i rozbudowując starą historię, z drugiej jeszcze bardziej są upiększa i okrywa większą tajemnicą.

Młode małżeństwo, tym razem z dwójką dzieci, przeprowadza się do nowego, w  ich zamierzeniu lepszego i przytulniejszego  gniazdka. Ale gdyby było takie przytulne jak sobie wymarzyli to nie byłoby tego filmu. Dziwne rzeczy zaczynają się dziać stosunkowo szybko, co by nie tracić czasu na głupoty. Idąc tropem jedynki także i tu wszystkie zachowania bohaterów są skrupulatnie rejestrowane, tym razem kamerę z ręki porzucono na kilka kamer rozsianych po całej posiadłości. Po pewnym wypadzie rodzinka wraca do domu, a tam zastaje totalny burdel. Żeby nie dopuścić drugi raz do takiego czynu w każdym pomieszczeniu umieszczają kamery.

Tak sobie oglądałem ten film zastanawiając się w międzyczasie co w nazwie robi „2”, aż tu nagle bach! Pojawia się Katie, tak ta zwariowana Katie! Myślę sobie co jest, najwyraźniej coś mnie ominęło, przecież nie dopuściliby tej zabijaki do ich cudownego syneczka, o które tak dbają i się troszczą.  I następny szok! Chwile później zjawia się Micah, który nie miał prawa się tu pojawić. Na szczęście dla takich zdezorientowanych widzów jak ja przygotowano specjalny napis, który wiele wyjaśnia, a w zasadzie wszystko, to prequel! Chociaż też nie do końca… Później okaże się, że i sequel, dwa w jednym, jak w drugiej części „Ojca Chrzestnego”, no no.

Schemat, który tu występuje może trochę znudzić, wprowadza niepotrzebny marazm. Jedna scena „dzienna”, potem oglądamy dom, kiedy śpi. Każdą noc i każde pomieszczenie w tym samym porządku. Jest cicho jak diabli, a jak w końcu coś się stanie, na przykład patelnia spadnie z wieszaka to aż człowiek zapomina podskoczyć w fotelu. W miarę posuwania się akcji do przodu i nasilania się tajemniczych zjawisk wymięka po kolei każdy z domowników, nawet sceptyczny tatuś zaczyna mieć cykora. „Duchy w naszym domu? Jaaa zajebiście…”  - ekscytuje się nastoletnia córka. Z minuty na minutę film się rozkręca, ale niewiele mu to pomaga bo robi to raczej w przeciętnym stylu.

Mimo, że ciut lepszy od jedynki to dalej nie jest to dobry film. Jak na prawdziwego wyciągacza kasy przystało jest tu wszystkiego więcej niż w poprzedniej części. Błędów i wywołujących mimowolny śmiech scen także. Tyle, że to nie komedia, tak nie powinno być. Na końcu mamy otwartą kolejną furtkę, dlatego z otwartymi rękoma możecie jak najbardziej wyczekiwać trójki jesienią. O ile oczywiście macie czas i ochotę przeżywać  to jeszcze raz.

 

Tytuł oryginalny: Paranormal Activity 2

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Tod Williams

Obsada: Brian Boland, Molly Ephraim, Sprague Grayden

Gatunek: Horror

Ocena: 5/10

sobota, 05 lutego 2011

Tak dokładnie, dopiero teraz do mnie doszło, że mamy nowy rok ;] A nowy rok zawsze wiąże się z nowymi oczekiwaniami, wielkimi nadziejami i tego typu bzdetami. Większość z 12 najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów w 2011 roku to rzecz jasna thrillery, co mnie bardzo cieszy i napawa jeszcze większą wiarą w ludzi. Kryterium wyboru było różne – począwszy od teaserów, zwiastunów, opisów a na obsadzie, reżyserze czy gatunku skończywszy. Filmów jest 12, bo 12 było apostołów i mamy 12 miesięcy w każdym roku kalendarzowym. Mógłbym oczywiście wcisnąć jeszcze kilka filmów, ale nie chcę zbytnio szarżować. Na ten moment te filmy są najbardziej przeze mnie pożądane.  Z noworocznymi postanowieniami też bywa różnie, ale ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że te 12 filmów na pewno obejrzę i basta! Daję same surowe tytuły tylko z odnośnikami do stron filmów na filmwebie, na analizy i inne podsumowania przyjdzie czas w recenzjach mam nadzieję.

  1. Melancholia
  2. Dream House
  3. Source Code
  4. Wrecked
  5. Sucker Punch
  6. Tree of Life
  7. I am Number Four
  8. The Son of No One
  9. The Resident
  10. Hanna
  11. Super 8
  12. Inwazja: Bitwa o Los Angeles
piątek, 07 stycznia 2011

7 lat to szmat czasu. Przez ten okres seria o piłowaniu wyrobiła sobie niezbyt przychylną opinię wśród szanujących się widzów. Większość z nich zgadza się co do tego, że tylko 2 pierwsze części były w porządku, pozostałe to już tylko odcinanie kuponów. Ja sam jakoś do tej pory zbytnio cięty czy jak kto woli ostry na tę serię nie byłem. Oszczędzałem ją i czekałem z oceną aż do końca, właśnie do 7-emki.

Na początek sprawa spoilerów. Jeżeli ktoś filmu nie widział to po pierwsze nie ma czego żałować, a jeżeli bardzo mu na nim zależy to niech sobie odpuści dalszą lekturę – nie gwarantuję, że będę trzymał gębę na przysłowiową kłódkę. Co do reszty filmów z serii to spoilerów nie przewiduję z prostego względu – najzwyczajniej w świecie ich nie pamiętam ;D Może inaczej – pamiętam, ale wszystko zostało już tak pokomplikowane, że nie wiem już co z czym się je.

Streszczenie fabuły w tym przypadku chyba też jest zbędne. Albo dobra, co mi tam! Kolejni ludzie za swoje złe uczynki są wystawiani na próbę przez Pana Piłę (gdzieś wyczytałem takie tłumaczenie Jiggsawa). A że z każdą częścią te złe uczynki przybierają coraz mniejszą skalę to już inna bajka. I tak w tym odcinku mamy na przykład kolesia, który raz po pijaku prowadził auto oraz drugiego, który kłamał w tiwi (u nas w telewizji przydałaby się taka czystka nawiasem mówiąc). Fabuła sprowadza się do pojedynku o to kto zakończy sławną już na cały świat chorą grę. Schemat dalej ten sam: pobudka w nieznanym miejscu, skrępowanie ruchów, często przykucie do ściany, wrzaski i nawoływania o pomoc, odsłuchanie kasety z pogróżkami, live or die i w tym momencie rusza zegar i zaczyna się prawdziwa zabawa. Tak jak we wszystkich poprzednich edycjach było 500 ofiar razem wziętych, tak tylko w siódemce jest ich koło 6 stów (mogłem się walnąć przy liczeniu, ale kto to będzie sprawdzał). W każdym razie, co 3 sekundy ktoś ginie, też mniej więcej. Oczywiście są nowe zagadki, ale nie robią one już takiego wrażenia jak parę lat temu, po prostu się przeżarły, a kiczowate efekty jeszcze bardziej psują ten klimat. Swoją drogą ta część ma chyba mniejszy budżet od „Pogrzebanego”.

Najpierw minusy, bo o dziwo są w przewadze. Let the game begin – jak zwykł mawiać guru całej serii. Byłem naiwny, głupi i nierozsądny, przyznaje się od razu. Film był zapowiadany, jako ten, który zmiecie z powierzchni ziemi pozostałe „numerki”. „Efekt końcowy zwali was z nóg”. Zamiast zwalania nóg tylko ręce mi opadły. A zaczyna się całkiem całkiem, trójka pechowców zostaje przykuta do jednej z zabawek Jiggsawa w samym centrum miasta. Cała masa świadków – czegoś, czego do tej pory jeszcze nie było. Kolejna nowość to niczego sobie dziewczyna, o którą pojedynkuje się dwoje napaleńców. Piękne dziewczyny jakoś do tej pory omijały szerokim łukiem serię, a tu proszę jaki suprajs. A potem już tylko beznadzieja i starość Pariasa. Kompletnie nie przekonuje mnie ten cały detektyw Hoffman, który w filmie gości nie po raz pierwszy. De Niro z niego żaden, Einstein też raczej nie. Za to cieszy mnie, że dodali nowego policemana, bo miałem czym się przez chwilę zająć. Długo zachodziłem w głowę czy to przypadkiem nie jakiś krewny Christiana Bale’a. Twarz niemal ta sama, tak samo również sepleni. Okazało się, że absolutnie nie, ale sami najlepiej oceńcie czy nie ma podobieństwa do nowego Człowieka Nietoperza.

Wszystko niestety leci tutaj na łeb na szyję, dosłownie i w przenośni. Nie przyszło mi do głowy (chociaż było to niemal oczywiste), że twórcy reklamując swoje dzieło jako „najambitniejszą część serii” mają na myśli prostą zasadę „więcej, szybciej i jeszcze bardziej kiczowato”. Brak tu jakiegokolwiek powiewu świeżości, wszystko już było, a końcowy twist woła o pomstę do nieba. Może w 3D wszystko to wygląda nieco lepiej, ale nie było mi dane tego zaznać. Aktorstwo sięgnęło dna den, sami aktorzy nawet nie starają się nimi być, gościnnie pojawia się nawet jeden bardzo popularny wokalista.

To, co zawsze udawało się twórcom udało się i teraz. Mowa o plakatach, zwiastunach i muzyce, które stoją na dosyć przyzwoitym poziomie. Trochę to jednak za mało, żeby „Piłę VII” nie nazwać gniotem. Pierwsze doniesienia z planu głosiły, że będzie to definitywnie pożegnanie z serią. Ostatnio twórcy trochę zmiękli i twierdzą, że to koniec pewnego etapu, w razie czego zostawiają otwartą furtkę. Lepiej, żeby sobie już odpuścili tego tasiemca i zajęli się czymś poważniejszym. Przez te kilka części seria wystarczająco się już stępiła. Game is over.

 

Tytuł oryginalny: Saw 3D

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Kevin Greutert

Obsada: Betsy Russell, Tobin Bell, Costas Mandylor, Chad Donella

Gatunek: Thriller/Horror

Ocena: 3/10

 

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u