niedziela, 10 lipca 2011

Dzisiaj prawdziwy komplecik - kasowy gniot, film dobry choć pokręcony oraz na koniec arcydzieło w postaci prostej historii.

 

Wynalazek – tutaj recenzji nie będzie, bo nie miałbym o czym pisać. Przyznaję się, nie podołałbym recenzji tego filmu. Od samego początku, dosłownie, nie wiadomo o co chodzi, a jedynym punktem zaczepienia są podróże w czasie. Masa pojęć z zakresu fizyki wcale nie pomaga w zrozumieniu tego filmu. Mimo wszystko ocena wysoka, za oryginalność i odwagę. Na pewno wrócę do niego i postaram się coś uważniej wyłapać. 7/10

 

Resident Evil: Afterlife – czwarta i na pewno nieostatnia część  filmowej serii o ludziach nieumartych. Najbardziej widowiskowa i najmniej mająca wspólnego z grą od Capcomu. Gdyby tego było mało, zdaje się, że seria będzie szła właśnie w tym kierunku, szkoda. Końcówka (i krótka scena w czasie napisów końcowych) nie pozostawia złudzeń, że filmowy Resident Evil przeobraża się na naszych oczach w rasowego tasiemca, który zmierza donikąd. Pojawia się nawet Scofield, który znowu chce czmychnąć z więzienia… 4/10

 

Mój przyjaciel Hachiko – wyciskacz łez w pełnym tego słowa znaczeniu. Opowieść o niesamowitej przyjaźni człowieka i psa będąca podręcznikowym przykładem przysłowia: pies najlepszym przyjacielem człowieka. Jesteśmy świadkami bezwarunkowej i szczerej miłości czworonoga do człowieka, a potem… No dobra, najlepiej samemu się przekonać. Zmiękczy każdego kilera. 10/10

środa, 06 lipca 2011

Tym wpisem oficjalnie świętuję przyjęcie mojego skromnego bloga w poczet tzw. "Syndykatu". W wielkim skrócie zostałem wyróżniony. Za 2 czy 3 razem i nie wiem w zasadzie czym ta druga czy trzecia próba różniła się od poprzednich, bo ani wielkim poetą nie jestem w dalszym ciągu ani też nie dodaję wpisów systematycznie czy sumiennie. W każdym razie stało się, nie ma co narzekać, wiele się nie zmieni. Mam tylko nadzieję, że nie będę musiał nic płacić ;D

Mam takie nieodparte wrażenie, że na blogu dominują raczej notki z gorszymi ocenami filmów niż tymi drugimi. Ma to jakiś sens, w końcu zadanie recenzenta polega przede wszystkim na krytyce. Każdy woli bardziej krytykować niż sypać czułymi epitetami. Dlatego dla odmiany coś pozytywnego.

Główny motyw filmu to wyprawa po zwłoki, choć szybko idzie się zorientować, że to tylko przykrywka do ukazania głębokich relacji, jakie łączą ich uczestników (może nawet głębszych niż sami są w stanie sobie uświadomić). Małym zaskoczeniem może być fakt, że wyprawę w całości uskutecznia czterech 13-latków. Miasteczko ogarnia wiadomość o zaginięciu ich rówieśnika. Przypadek sprawia, że jeden z nich podsłuchuje prawdopodobne miejsce spoczywania zwłok. Chłopcy dłużej się nie namyślając, podbudowani chęcią zdobycia sławy i zostania bohaterami, wyruszają z buta w 1, 5 dniową podróż na własną odpowiedzialność. Dziecięca ciekawość bierze górę i z wrażenia zapominają nawet o spakowaniu jedzenia. Rzecz jasna rodzice o całej wycieczce nic nie wiedzą, a chłopcy już zadbali o swoje alibi.

Niby taki niezbyt fascynujący temat. Nie ma żadnych zwrotów akcji, nie ma fajerwerków, trup też jest tylko jeden i to, o którym wiemy już od samego początku. A jednak jest to film godny uwagi. Zwykła wyprawa w nieznane przeradza się w swego rodzaju podsumowanie całej dotychczasowej przyjaźni chłopaków. Część z nich właśnie zmienia szkołę i ma już nigdy nie być tak cudownie jak w tej chwili. Niczym nieograniczeni przeżywają kilka niezwykłych przygód, także tych, których woleliby nie przeżywać. Bawią się tak czadowo, że można zazdrościć, że nie jesteśmy już w ich wieku, w ich paczce. Z wyjątkiem może sceny z pociągiem, gdzie o mały włos nie zszedłem na zawał.

Film po brzegi wypełniony jest bardzo przyjemną muzyką, która genialnie wtapia się w kolejne sceny, wręcz je uzupełnia i pogłębia swawolny klimat Ameryki przełomu lat 50 i 60. A tytułowy przebój „Stand by me”, przygrywający co jakiś czas w tle, bardzo umiejętnie zamyka film. Gra dzieciaków to także majstersztyk, mimo, że każdy z nich jest inny to świetnie oddają swoje emocje.

Scenariusz oparto o opowiadanie „The Body” i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie autor w postaci samego Stephena Kinga, jednego z bardziej poczytnych pisarzy naszych czasów. I mimo, że ta ekranizacja zdecydowanie różni się od sztandarowych obrazów na podstawie prozy Kinga, nie ma tu przecież żadnych wampirów, więźniów czy innych zjaw, to śmiało można zaliczyć ją do jednych z lepszych. Film mocno refleksyjny, sentymentalny i bez żadnych skrupułów wydzierający stare wspomnienia naszego dzieciństwa, ale trudno go nie pokochać. Warto go obejrzeć, bo przez te ćwierćwiecze od premiery został wydaje mi się nieco zapomniany.



Tytuł oryginalny: Stand by me

Rok produkcji: 1986

Reżyser: Rob Reiner

Obsada: River Phoenix, Will Wheaton, Corey Feldman, Jerry O'Connell, Kiefer Sutherland 

Gatunek: Dramat

Ocena: 9/10

piątek, 24 czerwca 2011

Porwania to dosyć poważny i ważny temat. Przetrzymywanie w warunkach absolutnie nieludzkich, gdzieś w opuszczonych bunkrach czy chatach o suchym pysku, bez nadziei na lepsze jutro z częstymi torturami i pobiciami, a wszystko to dla kilku marnych groszy. Porwania przez obcych to już tylko powód do śmiechu. Bynajmniej ja je tak postrzegam. Ale ludzie lubią wierzyć w takie niewiarygodne pierdoły, a filmowcy bez skrupułów żerują na naszej wrodzonej ciekawości.

„Czwarty stopień” to wprost idealna dla mnie pożywka. Ciekaw jestem, ile jeszcze będę musiał zobaczyć takich dziwadeł i ile rozczarowań przeżyć, żeby w końcu je z dala omijać. W miasteczku na Alasce dochodzi do serii niewyjaśnionych zniknięć, a FBI zostaje tam wezwane ponad miliard razy. Psycholog w osobie Milli Jovovich wie coś o tym, bo traci w ten paskudny sposób męża. Postanawia rozwiązań zagadkę jego śmierci, a przy okazji kilka innych, niemal bliźniaczo do siebie podobnych, dziwnych zdarzeń.

Na pierwszy rzut oka obstawiałem oczywiście ruską mafię sprytne duchy. Za chwilę jednak dowiaduję się, że o 3 w nocy (lub 3.30 lub 3.33) mam wyczekiwać nie duchów, a… kosmitów! Może nie tyle co „wyczekiwać”, bo z filmu płynie jasny przekaz, że na drugi dzień po przebudzeniu rano nie będę pamiętał, że kosmici w ogóle mnie porwali. No chyba, że ktoś zafunduje mi hipnozę, w czasie której zobaczę co „oni” mi robili i nie będę już mógł z tym żyć, więc będzie musiało dojść do tragedii. Tak się przedstawia sytuacja wielu z pacjentów pani psycholog. Jest jeszcze w to wplątana sowa, normalna zwyczajna sowa, ale która w sumie to… nie jest sową. Wiem, głupie, ale tak to w filmie jest przedstawione. Kto nie wierzy niech obejrzy.

Film jest ukazany w dosyć dziwnej konwencji, czegoś w rodzaju paradokumentu. Już w pierwszej scenie, kiedy Milla Jovovich stoi w lesie, a kamera obraca się wokół niej o 180 stopni (wygląda to naprawdę paskudnie), słyszymy z jej ust, że to wszystko działo się naprawdę , że takie są fakty, a „na końcu sami zdecydujemy, w co wierzymy”. Nic, tylko oglądać. W trakcie filmu co jakiś czas ukazywane są „prawdziwe” nagrania rzekomo prawdziwej pani psycholog. Sama pani niby prawdziwa pani psycholog też zresztą występuje w filmie we fragmentach wywiadu, który miał zostać został z nią kiedyś tam przeprowadzony. Bez owijania w bawełnę – ona sama wygląda jak istota nie z tej ziemi. Prawdziwe wziąłem w cudzysłów, bo nie dość, że już w trakcie miałem wątpliwości co do autentyczności tych bajek, to po sprawdzeniu okazało się, że te prawdziwe wydarzenia w filmie nie są prawdziwe! Kumacie to? Reżyser z pełną premedytacją łże i robi w balona widzów wmawiając im do tego, że pokazuje prawdziwe nagrania i historię opartą na faktach.  No tego to jeszcze nie było, nie na taką skalę. Wytwórnia filmu dostała oczywiście karę pieniężną za mydlenie oczu i przypisywanie innym czegoś, co nie miało miejsca. Te jawne oszustwa to nie jedyna bolączka filmu, ale pomogły mi w zredukowaniu ogólnej jego oceny.

Chciałbym napisać, że aktorstwo w tym filmie było chociaż dobre, ale na chęciach niestety się kończy. Elias Koteas, zwany również drugim panem De Niro (zdjęcie porównawcze niżej), jako jedyny nie zawiódł. Obie odtwórczyni roli pani psycholog zagrały fatalnie. Udająca prawdziwą psycholog aktorka mówi jednostajnie, jak ostatnia ofiara losu, a jej gadka nie wiem czy jest bardziej nużąco czy monotonna. Oprócz ruchów ust niczym innym nie rusza. Milla Jovovich ma także jedną minę, z której wyraźnie można odczytać jej pojedynczą myśl „kurdę, jak to rozgryźć”.

Jeżeli chcecie obejrzeć coś stosunkowo nowego o obcych to polecam „Paula”. „Czwarty stopień” to jedno wielkie rozczarowanie. Wtrącenie w to wszystko jeszcze starożytnego języka, rzekomo używanego przez kosmitów tylko pogrąża film i upewnia mnie w przekonaniu, że drugi raz po ten syf nie sięgnę.



Tytuł oryginalny: Fourth Kind

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Olatunde Osunsanmi

Obsada: Milla Jovovich, Will Patton, Elias Koteas, Corey Johnson 

Gatunek: Thriller Sci-fi

Ocena: 3/10

piątek, 17 czerwca 2011

Polskie tłumaczenia tytułów filmów są kiepskie. Są beznadziejne, pozbawione logiki, często są powodem do wyśmiewania i szydzenia z nich. I właśnie dlatego, szerzej mam nadzieję, zajmę się nimi w mojej nowej kategorii wpisów. Tłumaczenia tytułów pojawiają się niemal codziennie i w większości niestety z niezbyt dobrym skutkiem. Czasami jest to spowodowane brakiem innego, lepszego pomysłu, brakiem wyobraźni, ale najczęściej tytuł filmu musi zarobić na cały film. Musi być chwytliwy, zaskakujący, przykuwający oko, dlatego częste odniesienia do innych, znanych już produkcji filmowych. Chęć zbicia kokosów bardzo często przyćmiewa mózgi naszych translatorów w efekcie czego zamiast zachęcić robią coś zupełnie w inną stronę. Niby nie powinno się oceniać książki po okładce, a filmu po tytule, ale weźcie powiedzcie to swoim szarym komórkom, które w ułamku sekundy mogą zatrzymać się na tym czy innym tytule tylko ze względu na ten akurat zbitek słów. Co nie zmienia faktu, że nasi tłumacze mogliby się często trochę bardziej postarać.

W dzisiejszej odsłonie tłumaczenia kultowe, czyli te, które pierwsze przychodzą na myśl, jeżeli ktoś wyrywkowo zapyta nas o najgorzej przetłumaczony tytuł.

 

7. American History X – Więzień nienawiści - znany film o znanym eksnaziście nie mógł tak po prostu zostać pominięty i zapomniany przez tłumaczy. Trudno odmówić im racji, bo Derek zdecydowanie był więźniem zarówno metaforycznie jak i dosłownie, ale czy dwa niezbyt skomplikowane angielskie słowa nie mogły tak po prostu zostać nieruszone?

 

6. Robocop – Superglina – dzisiaj na słowo „Robocop” już niemal wszyscy intuicyjnie wiedzą o kogo chodzi, a „Superglina” brzmi co najmniej jak powód do śmiechu i zapowiedź kiczowatej produkcji, którą na pewno nie jest. Na całe szczęście dystrybutor wycofał się z planów i w większości dominuje pierwszy, oryginalny tytuł

 

5. Fight Club – Podziemny krąg – chyba nic tak nie boli fana filmu, jeżeli kaleczy się lub przekręca jego tytuł. „Fight Club” idealnie oddawało sens filmu, ale nam było dalej za mało, więc został przechrzczony na „Podziemny krąg” – tytuł tak tajemniczy, że aż ląduje w tym zestawieniu

 

4. Reality Bites – Orbitowanie bez cukru – od razu się pochwalę, że filmu nie widziałem, ale wcale nie przeszkodziło mi to w poznaniu tego świetnego spolszczenia. O ile oryginał można jeszcze jakoś spróbować rozgryźć (Rzeczywistość boli czy rani) o tyle „Orbitowanie bez cukru” brzmi jak jakaś abstrakcja

 

3. Dirty Dancing – Wirujący seks – kto nie słyszał o tym jakże seksownym tytule. Taniec zamienił się w seks, a sama nazwa sugeruje raczej jakiś erotyk zamiast nudnawego melodramatu

 

2. Die Hard – Szklana pułapka – i tu się dopiero dystrybutor zdziwił, że powstały kolejne części, które wiele z oryginalnym tytułem nie mają wspólnego. Z drugiej strony „Die Hard” to ciężki orzech do przetłumaczenia

 

1. Terminator – Elektroniczny morderca – zwycięzca mógł być tylko jeden. Wprawdzie, podobnie jak przy Robocopie i Dirty Dancing, odstąpiono od tego feralnego tłumaczenia, ale niesmak pozostaje. James Kamerun pewnie by się zastrzelił jakby się dowiedział. Chyba tylko jego czeski odpowiednik w postaci „Elektronickiego mordulca” go przebija

 

To by było na tyle, następny odcinek jak mi się zachce, czyli w sumie nie wiadomo kiedy.

Taki spływ kajakowy to musi być super sprawa. Wsiadasz w samochód, jedziesz z dala od cywilizacji, a potem kajak i zapominasz o bożym świecie na kilka dni, ekscytując się „surową” naturą oraz nietkniętym przez ludzkie łapska krajobrazem. Sam nigdy nie brałem udziału w spływie i wiele wskazuje na to, że po tym filmie również szybko na kajaki się nie wybiorę.

A czterech gamoni się wybrało… Korzystając  z tego, że może być to jedna z ostatnich okazji na spływ kajakiem ta narowistą rzeką (są plany wybudowania na niej tamy) wybierają się w kolejną wielką przygodę po dziczy. Tyle, że ci gamonie to nie byle chłystki, a raczej dojrzali panowie, którzy wcześniej kajak widzieli nie tylko na wystawie sklepowej. Z dala od żon postanowili wypocząć sobie nad wodą, a przy okazji upić się albo na odwrót (1 twardziel nie pił, nie wiem o co mu chodzi). W każdym razie, mimo pięknych krajobrazów, gołym okiem widać, że „Uwolnienie” to nie jest film przyrodniczy i w pewnym momencie zaczyna się „coś” dziać.

Do czasu „tego” momentu paczka sobie żartuje, urządza małe polowanka, ogniska, nawet wzajemnie się straszą. Słowem – można im pozazdrościć. Później jest już mniej wesoło, a jedną sprawę komplikuje druga, a potem jeszcze kolejna. Tak jak każdy normalny człowiek są zdezorientowani i skołowani całą sytuacją, nie ma już mowy o powrocie do zabaw. Dochodzi nawet do konfliktów we własnym gronie.

Nie można mieć żadnych zastrzeżeń do sposobu, w jaki rozplanowano poszczególne części filmu. Początkowa sielanka nie jest jakoś przesadnie wydłużona, a umiejętnie otwiera historię. W następnej części akcji też nie ma specjalnie dużo. Cały film może się nie wlecze, ale bije od niego chłodem i surowością, dużym realizmem. Nie ma tu też, co idzie in plus, żadnych wyolbrzymionych akcji w stylu Supermana, nie ma żadnego koloryzowania. Całość przypomina historię, która mogła lub się nawet zdarzyła.

Aktorzy mimo, że nie są ładni (żadnej kobiety!) to „ładnie” grają, jak najbardziej poprawnie. Oprawie muzycznej się nie wsłuchiwałem, nie wiem nawet czy w tym filmie istnieje, ale dźwięki spiętrzonej wody stanowiły bardzo miłe dźwięki dla ucha. Blisko 40-letnie „Uwolnienie” jest filmem, który bez zbędnego szarżowania ma do opowiedzenia ciekawą historię. W zasadzie trudno powiedzieć, czego mi w tym filmie zabrakło, ale obejrzeć warto.

 

Tytuł oryginalny: Deliverance

Rok produkcji: 1972

Reżyser: John Boorman

Obsada: Burt Reynolds, Jon Voight, Ned Beatty, Ronny Cox

Gatunek: Dramat

Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Nowa kategoria zarezerwowana dla krótkich podsumowań z filmów, których dłużej nie chce mi się opisywać. No to tyle.

 

Inwazja: Bitwa o Los Angeles – film, który znakomicie nadawałby się na materiał na grę video. Przejście z punktu do punktu, strzelanie do obcych raz na jakiś czas przerywane nudnymi gadkami, które przecież mają takie znaczenie w strzelankach jak wyniki meczów ligi botswańskiej. Szablonowi żołnierze Marines kreowani na twardych i nieustępliwych madafaków, często zdolnych do głupich poświęceń. Wygląd obcych też mnie nie przekonał. Jedyny plus to chyba wymiany ognia. 5/10

 

Hanna – tytułowa dziewczyna to żeński odpowiednik Tarzana. Z tą różnicą, że potrafi nawijać w kilku językach, ale obaj wychowywani byli w lesie. Gdyby całość utrzymać w króciutkim klimacie tych polowań w lesie to byłoby dużo fajniej. A tak, Hanna zupełnie nie pasuje mi do tego wielkomiejskiego klimatu. Fajnie patrzeć jak mała dziewczynka rozwala kilku dorosłych chłopa, ale nie kupuję tego wyjaśnienia na końcu. Pokłony za świetną muzykę. 6+/10

 

Hobo with a shotgun – dosyć specyficzne kino, którego jeżeli ktoś nie lubi to i tego filmu nie polubi. Tak było ze mną. Miażdżone czaszki, jedzenie szkieł, mielenie palców i wiele innych, absolutnie chorych akcji. Fani będą zachwyceni, ja byłem mocno zniesmaczony, ale jakoś odżałowałem te 1,5 h. Pod koniec już nawet ta „główna” prostytutka przestała mi się podobać. A Rutger Hauer przypomina mi tu Anthony’ego Hopkinsa ;] 3/10



Mówiąc o polskich filmach nie sposób użyć zwrotów, że „jak na polski film to jest nawet nieźle” albo „polski film i wypada jak zawsze”. Nasza rodzima kinematografia długo trwała w marazmie, ale powoli chyba się przebijają do publiczności te nieco lepsze produkcje. Z drugiej strony gdyby Adamczyk, Karolak, Wesołowski czy inny Zakościelny się nie sprzedawali to nie nagrywano by z nimi co drugiego filmu w Polsce. Raz na jakiś czas, nie taką skalę jak w Ameryce na przykład – to oczywiste, pojawia się u nas obraz, który diametralnie różni się od innych, które taśmowo wpełzają do kin. „Lincz” stanowi właśnie taką odskocznię.

Historię dramatu, który rozegrał się we wsi Włodowo, zna u nas każdy. Kilka lat temu wiadomości huczały o tym bezprecedensowym u nas wydarzeniu, a cała sprawa budzi duże kontrowersje. Głośna sprawa to łakomy kąsek dla filmowców. I pan Łukaszewicz właśnie się skusił na udokumentowanie całej historii. Nie ma Wesołowskiego, Małaszyńskiego i całej reszty ferajny. Jest za to dramat i bezsilność prostych ludzi ze wsi i bardzo dobre kreacje aktorskie pana Komasy, Lichoty, Kuny i kilku innych. Chociaż porównania do „Długu” chyba są trochę na wyrost to oba filmy na pewno dostarczyły dużo dobrego do polskiego kina.

Niemal od samego początku przeszkadzał mi bałagan, który jest w filmie. Raz mamy przesłuchania oskarżonych i czas rzeczywisty, innym razem retrospekcje, ale wszystko jest przemieszane w niezbyt dobry sposób i miałem wrażenie, że gdyby sceny pomontować w inną całość to dalej wiele, by to nie zmieniło. Nie jest to bałagan, w którym można się zagubić, bo wiadomo o co chodzi (prześladowania, lincz, więzienie), ale można było się postarać o lepszą formę i zgranie wszystkiego do kupy, bo wychodzi na to, że Łukaszewicz liczył tylko na to, że dobry temat sam się obroni. Poza tym reżyser zdaje się, że tylko liznął temat, bo 1 godzina i 15 minut to trochę mało jak na tak „grubą sprawę”.

Starczy tego jęczenia, bo przechodzę teraz do niewątpliwych plusów „Linczu”. O grze aktorskiej, w szczególności genialnej roli Władysława Komasy jako dręczyciela wsi już wspominałem. Muzyka również spełniła swoją rolę i w zasadzie tylko w jednym momencie mi nie pasowała, w każdym innym budowała napięcie i klimat filmu. Bardzo dobrze wyeksponowano solidarność sąsiedzką, która to właśnie, przy współudziale braku zaangażowania w sprawę służb mundurowych, doprowadziła do tragicznego finału. Wieś rządzi się nieco innymi prawami od miasta, co ten przypadek pokazuje bardzo obrazowo. Obojętność i „niewtrącanie się” w czyjeś sprawy sprowadza się w blokowiskach już niemal do absurdu. Obserwowanie, co robi sąsiad na podwórzu i jakie dzisiaj ubrał sandały tak, ale reagowanie na tragedie, które dzieją się za ściana absolutnie nie. Bezsilność i próba ratowania najbliższych były powodami tego linczu, a nie zwykła chęć zmasakrowania człowieka i zapewne to miał na uwadze sędzia, kiedy wydawał w tej sprawie wyrok.

„Lincz” to poprawny, chociaż nieco za krótki film. Historia oparta na autentycznych wydarzeniach pokazuje, że nawet (a może w szczególności) w XXI wieku człowiek nie może czuć się bezpiecznie w cywilizowanym kraju i zdarzają się sytuacje, kiedy jedynym rozwiązaniem jego problemów jest wzięcie sprawiedliwości we własne ręce.

 

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Krzysztof Łukaszewicz

Obsada: Wiesław Komasa, Leszek Lichota, Izabela Kuna, Zbigniew Stryj

Gatunek: Dramat

Ocena: 7/10

sobota, 14 maja 2011

Tej recenzji w ogóle być nie powinno. Nie dlatego, że nie ma materiału na nią, ale dlatego, że film jest tak niskich lotów, że nie powinno się nad nimi zbyt długo rozwodzić. Niemniej jednak obiecałem sobie, że zrecenzuję wszystkie filmy z listy, która pojawiła się na blogu na początku roku. I tak też będzie. Na razie jest niestety 2:0 dla reszty świata, bo „Jestem numerem cztery” przedstawia podobny poziom co pierwszy z filmów – „The Resident”.

Okej, jak już zapewniłem o swojej miłości do filmu to mogę z czystym sercem przejść do argumentów, czyli obsmarowywania i wypunktowywania minusów. Chociaż może warto się zastanowić czemu akurat ten film jest nieudany, bo co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Albo nie – lepiej byłoby pomyśleć bądź przypomnieć sobie czemu czekałem na ten film z takim utęsknieniem. Być może zachęcił mnie zwiastun, ale w tej chwili nie mam siły się już nim katować i tego sprawdzać.

Gdybym miał z 10 lat mniej na karku lub tylko 10 wiosen i właśnie przystępował do sakramentu I-szej komunii świętej to „Jestem numerem cztery” by mną zawładnął bez dwóch zdań. Jest dużo akcji, efektów specjalnych i drużyna futbolowa, której członkiem zawsze chciałem być (zakładamy teoretycznie). No to o co chodzi? A o to, że to film schematyczny do szpiku kości i gdyby pokuszono się o wycięcie scen powszechnie śmierdzących powtarzalnością to prawdopodobnie nie zostałoby nic. Film zrobiony dla kasy, który nawet przez moment nie stara się udawać, że tak nie jest.

Jedną z jego większych zalet wad jest fakt, że to tak naprawdę wstęp, prolog do następnych możliwych kontynuacji – ekranizacji książek na podstawie których go nakręcono. I tak np. cała nasza wiedza po seansie zamyka się w dosłownie kilku słowach dotyczących fabuły i głównego bohatera. Było ich 9. Musieli uciekać z innej planety, która została zniszczona przez bandę dziwolągów. Schowali się na Ziemi, a wraz z nimi przybyli na nią dziwolągi, którzy na nich polują „one by one”. Nie wiadomo po co. Najwidoczniej tak musi być i już. Albo miało to zostać wytłumaczone w następnych filmach, które być może nigdy nie powstaną.

Aha, nasz John Smith, oznaczony numerem „4” a obecnie numero uno na liście dziwolągów, posiada także ponadnaturalne moce, których się dopiero uczy. Tuła się z miasta do miasta, a w nowej szkole poznaje stały skład amerykańskich filmów młodzieżowych, tj. twardzieli z drużyny futbolowej, z którymi oczywiści wchodzi w otwarty konflikt, kujona gnębionego przez tych osiłków oraz piękność, byłą dziewczynę twardzieli. A on sam musi w dodatku zmagać się z tym swoim przekleństwem, mocami, których przecież nikt nie może u niego odkryć, a w szczególności dziwolągi.

Niezbyt przekonujące efekty specjalne (na czele z komputerowymi chimerami), aktorstwo na najniższym poziomie i wiele, wiele innych. Mógłbym tak wymieniać dosyć długo i gnębić to filmidło, ale nie ma to większego sensu, bo jak jest koń każdy widzi. Próbuję znaleźć jakieś plusy, ale nie umiem dlatego z miłą chęcią posłuchałbym jakiś waszych propozycji. Znalazłem jeden i to naciągany, dzięki któremu ocena jest i tak wyższa niż być powinna, a mianowicie, że film mi szybko zleciał. Trudno to jakoś racjonalnie wytłumaczyć, ale tak było i dlatego numer cztery jesteś dla mnie co najwyżej 4 i pół.



Tytuł oryginalny: I Am Number Four

Rok produkcji: 2011

Reżyser: D.J. Caruso

Obsada: Alex Pettyfer, Timothy Olyphant, Teresa Palmer, Dianna Agron

Gatunek: Sci-fi (?)

Ocena: 4+/10



poniedziałek, 02 maja 2011

Norymberga – rok 1935. Z rozkazu wodza III Rzeszy, Adolfa Hitlera ogłoszone i wprowadzone w życie zostają tzw. ustawy norymberskie. Zakazują one między innymi zanieczyszczeń rasowych, mieszania ras, czyli w praktyce jakiegokolwiek kontaktu czystej i najwyższej rasy aryjskiej z plugawym i najniższym w hierarchii narodem żydowskim. Każdy taki kontakt jest bezwzględnie ścigany, a potem surowo karany, nierzadko karą śmierci. Norymberga – rok 1945. Początek procesów norymberskich mających na celu sprawiedliwe osądzenie zbrodniarzy hitlerowskich wliczając w to także lekarzy, sędziów czy urzędników państwowych. "Sprawiedliwe" mimo, że wiele osób chętnie widziałoby ich trupem bez żadnego procesu.

To właśnie sędziowie oraz przedstawiciele ministerstwa sprawiedliwości są bohaterami „Wyroku w Norymberdze”. Przez cały film jesteśmy świadkami sądzenia 4 spośród kilkuset osób oskarżonych przez powojenne sądy o zbrodnie przeciwko ludzkości czy masowe mordy. Spośród tych 4 osób przed szereg zdecydowanie wysuwa się jedna z postaci – Ernst Janning, minister sprawiedliwości w świcie fuhrera. Człowiek bez wątpienia o bardzo interesującym profilu, autor wielu książek naukowych, w tym podręczników uczelnianych, ceniony prawnik, który jednak w momencie objęcia władzy przez Hitlera nie tylko się nie wycofał, ale i bez reszty podporządkował jego poleceniom.

Zmylił mnie krótki opis, gdyż spodziewałem się raczej, że będzie on traktował o najsłynniejszym z 13 procesów norymberskich, w którym sądzono takie niechlubne sławy jak Goring, von Ribbentrop, Frank czy Hess. Okazało się, że to prawnicy zasiadają na ławie oskarżonych w filmie. Później pomyślałem, że to może i nawet lepiej, że nie ma głośnych nazwisk, bo przecież wina przywódców SS, Gestapo czy innych najbliższych współpracowników Hitlera była absolutnie niepodważalna. Natomiast sędziowie, którzy tworzyli prawo w tamtym czasie czy też wydawali decyzje „zalegalizowujące” zbrodnie wtedy dokonywane, nie mieli już w tym tak głębokiego udziału, a ich ręce nie były splamione krwią w takim samym stopniu jak reszty zbrodniarzy wcześniej wymienionych. W dalszym ciągu są winni, ale ich wina jest często bardzo sporną kwestią a i dowodów na nią jest mniej.

„Nic o tym nie wiedzieliśmy” – słowa, które możemy usłyszeć niemal od każdego oskarżonego na tamtej Sali, ale jest to wymówka także i większości narodu niemieckiego. Jakim cudem można nie zauważyć śmierci 6 mln osób?! Przepełnione wagony kolejowe, brutalne porwania czy tajemnicze zniknięcia setek tysięcy osób – znajomych, sąsiadów, członków rodziny i cała sieć obozów koncentracyjnych – tego nie sposób przeoczyć nawet się tym nie interesując. W podobnym tonie wypowiada się Janning, sam siebie w zasadzie oskarżając, a jego oświadczenie jest nota bene jednym z najlepszych momentów w filmie.

Całość trwa coś koło 3 godzin zegarowych, więc całkiem niemało. Z pełną świadomością muszę przyznać, że ogląda się ją jednym tchem. Efekt psuje nieco wątek znajomości głównego sędziego z pewną Niemką (w tej roli Marlene Dietrich), który przeplata się z wydarzeniami z sali w Pałacu Sprawiedliwości i nieco zwalnia żywe tempo filmu. A to właśnie te wydarzenia, podobnie jak w każdym dramacie sądowym, są jego niezaprzeczalną zaletą. Znakomite dialogi, świetna gra aktorska (w szczególności wymienionego Burta Lancastera w roli ministra oraz Maximilliana Schella w roli obrońcy) i bardzo żywiołowa konfrontacja na linii obrona-oskarżyciel.

Film ma już bagatela pół wieku i był jednym z pierwszych, który podejmował tę problematykę. Przy okazji rozejrzałem się za innymi obrazami i ku mojemu zdziwieniu wiele ich nie znalazłem. Oprócz tego są jeszcze ze 2 czy 3 filmy o tym wydarzeniu, a recenzowany przeze mnie „Wyrok w Norymberdze” postawił poprzeczkę tak wysoko, że nie wiem czy któryś z nich będzie ją w stanie przeskoczyć. Nawet gdyby spojrzeć na to w szerszej perspektywie, jako na gatunek to tylko „12 Gniewnych ludzi” może z nim rywalizować o palmę najlepszego dramatu sądowego.

Nie wyczerpuje on tematu, bo temat jest niemal niewyczerpywalny, ale podejmuje najważniejsze z kontrowersji i aspektów, które powinien. Bardzo realistycznie przedstawia działania nie tylko wyżej postawionych w społeczeństwie niemieckim, ale i reakcje zwykłych obywateli na to, co się wtedy działo. A wszystko to w formie ożywionej dyskusji na sali sądowej.

P.S. Nie wiedzieć czemu nazwiska w filmie nie pokrywają się z tymi prawdziwymi

 

Tytuł oryginalny: Judgment at Nuremberg

Rok produkcji: 1961

Reżyser: Stanley Kramer

Obsada: Spencer Tracy, Maximillian Schell, Burt Lancaster, Marlene Dietrich

Gatunek: Dramat sądowy

Ocena: 9/10



środa, 27 kwietnia 2011

Kto ma prawo decydować o życiu i swojej śmierci? Bardziej naiwni powiedzą, że Bóg, skoro stworzył pierwszego człowieka. Ci bardziej racjonalnie myślący bez wahania odpowiedzą, że każdy żyje na własną odpowiedzialność toteż każdy ma prawo przerwać swoje życie w każdym jego momencie. Obie te teorie dosyć mocno ścierają się w tym filmie. Nawet jeżeli nie jest to powiedziane wprost to takie refleksje nasuwają się same. Czy gdybym był podobnie jak główny bohater sparaliżowany od stóp do po samą szyję chciałbym umrzeć? Czy leżenie przez niemal 30 lat w jednej pozycji to dalej życie? I czy istnieje coś takiego jak „godna śmierć”?

Ramona poznajemy nie w momencie jak beztrosko biega po plaży, ale jak sparaliżowany w łóżku szuka sposobu na swoje legalne uśmiercenie. Stał się tym kim się stał przez własną głupotę, więc winny jest tylko sam sobie. I mimo, że ma kochającą rodzinę w postaci siostry, brata, ojca, siostrzeńca i jeszcze kilku znajomych, to postanawia się zabić. „Takie życie to nie życie” to słowa, które stały się niemal jego mottem i myślą przewodnią. Nikt ani nic nie jest w stanie odciągnąć go od tych czarnych myśli, a wielu próbuje. Bardzo trafne było wplecenie w tę historię postaci księdza. Księdza, który jest w niemal identycznej jak Ramon sytuacji z tym wyjątkiem, że ksiądz się nie poddał. Mimo całkowitego paraliżu korzysta z życia na tyle na ile może. Ot choćby jeżdżąc wózkiem sterowanym ustami przy pomocy specjalnie skonstruowanej nawigacji. Ramon tego nie chce. Dla niego życie bez czucia w rękach i nogach nie ma żadnego znaczenia.

Decyzja o zabiciu się mimo, że pozornie łatwa do zrealizowania to wcale nie jest prosta. Nie mam tu już na myśli samego zainteresowanego, bo ten zdaje się nie mieć żadnych wątpliwości co do słuszności swojej decyzji, ale całe jego otoczenie. Brat wyklina go i nie przyjmuje do wiadomości takiego wyboru. Twierdzi wręcz, że to dla niego rzucił niemal wszystko, żeby mieszkać tu gdzie teraz mieszka i pracuje w tym „zasranym sadzie” jak to określa. Decyzję o samobójstwie uważa za przejaw egoizmu. Na horyzoncie pojawia się także kobieta, która bardzo się z nim zżyła i dla której jego odejście byłoby wręcz niewyobrażalną stratą.

„W stronę morza” pokazuje z jednej strony batalię w sądzie o zabieg eutanazji, a z drugiej poprzez wprowadzenie postaci prawniczki także powody, dla których Ramon decyduje się odebrać sobie życie. Sama postać Ramona jest też bez wątpienia nietuzinkowa. Niegdyś zagorzały podróżnik w osobie marynarza, a dzisiaj nieco zgorzkniały pesymista, który mimo wszystko się nad sobą nie użala. Myślałem, że po „To nie jest kraj dla starych ludzi” Javier Bardem mnie już niczym nie zaskoczy, a tu się okazuje, że kilka lat wcześniej stworzył jeszcze być może bardziej niezapomnianą kreację. Trudno tu rozstrzygać, bo obie są niesamowicie charakterystyczne, ale i skrajnie od siebie różne. Tutaj, ucharakteryzowany na trochę podstarzałego już mężczyznę, również nie ma sobie równych. Mimo, że przykuty do łóżka to w dalszym ciągu potrafi zażartować z siebie chociaż w niektórych momentach jest tak przerażająco poważny, że trochę przypomina zabijakę od Coenów.

Ten film to bardzo ważny głos w sprawie eutanazji, który porusza zarówno prawne jak i te chyba ważniejsze, czyli moralne aspekty tego zjawiska. Mimo, że o podobnej tematyce co „Motyl i skafander”, to oba filmy to 2 zupełnie inne bieguny. Chociaż w obu sparaliżowany mężczyzna ma potrzebę napisania książki o swoich przeżyciach – coś w tym musi być ;] Nie chcę pisać, że pozycja obowiązkowa, bo kto będzie chciał obejrzeć to obejrzy i odwrotnie, ale ja się na nim na pewno nie zawiodłem. Co ja mówię – bardzo dobry film.

 

Tytuł oryginalny: Mar adentro

Rok produkcji: 2004

Reżyser: Alejandro Amenabar

Obsada: Javier Bardem, Belen Rueda, Mabel Rivera, Lola Duenas

Gatunek: Dramat

Ocena: 9/10

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u