piątek, 30 września 2011

Najbardziej pożądany film roku? Wiem, że ludzie lubią takie smaczki, więc odpowiem, że tak. Dwóch utalentowanych panów w obsadzie, genialny zwiastun, oryginalność oraz cała otoczka tajemniczości, jaka wytworzyła się wokół „Drzewa życia” zwiastowały coś naprawdę wyjątkowego. Do osoby reżysera Terrence’a Mallicka podszedłem raczej neutralnie. Ma opinię człowieka, który się nigdy nie śpieszy i lubi całymi latami dopieszczać swoje filmy, o których często gęsto przed samą premierą niewiele wiadomo. Z tego co pamiętam oglądałem jeszcze jego „Cienką czerwoną linię” i był/jest to film znakomity. „Drzewo życia” [UWAGA SPOILER!] takim filmem nie jest.

Moje oczekiwania jak widać były wysokie, a po Cannes notowania filmu jeszcze bardziej wzrosły. Film skierowany do bardzo wąskiego grona osób – to wypada wspomnieć na początku. Pierwsze sceny zwiastowały bez wątpienia, że będzie to film ambitny. Mallick w mojej opinii przeszarżował z tą ambicją. Rozumiem, jakie były jego intencje, co chciał tym filmem przekazać, ale sposób w jaki to robi częściowo mi po prostu nie odpowiada. Kilkunastominutowa gama obrazów żywcem wyjęta z programów przyrodniczych była pierwszą oznaką kłopotów. Sceny mogące być luźną adaptacją „Trenów” Kochanowskiego zwyczajnie do mnie nie trafiły. Apostrofy syna do rodziców i na odwrót wydały mi się w połączeniu z obrazem nawet nieco prymitywne. Oryginalny montaż i nietypowe ujęcia kamery po pewnym czasie zaczęły mnie irytować.

Mimo, że niektóre sceny były bardzo dobre i skłaniały do głębokiej refluksu refleksji  to za chwilę wplatały się między nie te dużo gorsze, co oczywiście wpłynęło na ocenę końcową. 2 godziny 18 minut to sporo czasu, który skróciłbym nawet o połowę. Z tej części zmontowałbym na pewno dużo lepszy film. Do odstrzału poszłoby większość nowatorskich scen. Tematyka filmu (ból po utracie syna, relacje rodzinne itd.) jest każdemu jak najbardziej znana mimo, że niełatwa. Tyle, że nie samą tematyką żyje człowiek. Trzeba to jeszcze jakoś przekazać i właśnie to zawiodło najbardziej – przekaz treści, który momentami jest nieczytelny, niezrozumiały, a większości po prostu nudny i mało interesujący.

Brad Pitt spełnił moje oczekiwania w całości, Sean Penn już natomiast nie bardzo. Głównie dlatego, że tego drugiego jest stanowczo za mało. To co gra – gra dobrze, ale jego rola mogłaby być dużo bardziej rozbudowana i nikt pewnie by nie narzekał. Jessica Chastain w roli matki, zupełnie wcześniej mi nieznana, również bardzo dobrze zinterpretowała swoją rolę.

Być może film jest dla mnie za ambitny. Nie wykluczam takiej możliwości i się do tego jawnie przyznaję. Nie poleciłbym go nikomu. A ponoć następny film Mallicka ma być jeszcze bardziej eksperymentalny… Uciekaj kto może!

Tytuł oryginalny: The Tree of Life

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Terrence Mallick

Obsada: Brad Pitt, Hunter McCracken, Jessica Chastain, Sean Penn

Gatunek: Dramat

Ocena: 6+/10





wtorek, 20 września 2011

Jak namówić kogoś do gadania? Jakim sposobem wydusić z człowieka tę jedyną prawdę? Zastanawia się pewnie niejeden. W przypadku, kiedy chodzi o miliony istnień ludzkich nie ma czasu na głaskanie i masaże (hmm…).

Jeden wariat ogłasza, że za kilka dni wybuchną 3 bomby atomowe w 3 wielkich miastach USA. Wiemy to, bo sam je pokazuje, a potem osobiście przekazuje tę wesołą nowinę. Na własne życzenie zostaje złapany, ale jak się szybko można domyślić nie po to, żeby wyjawić ich lokalizacje… Nie mówi tego ani czarnuchowi pod postacią Samuel L. Jacksona (i wcale mu się nie dziwię) ani też przemiłej Carrie-Anne Moss (i tu można już być nieco zaskoczonym). W każdym razie nic nie powie, nie ma bata na Mariolę. A czas się przecież nie cofa…

Film od początku kojarzył mi się z jakimiś politycznymi podtekstami, machlojkami, spiskami na skale międzynarodową i tym podobnymi pierdołami. A tu zaskoczenie! Wystarczy znajomość skrótów FBI oraz CIA, nic więcej. Arthur Younger, po muzułmańsku Yusuf, ma 3 bomby, ale i FBI dysponuje specjalną bronią być może nawet dorównującą tym trzem (to się dopiero okaże). Tą bronią jest „H”, tajemniczy czarnoskóry gość od brudnej roboty. Po drugiej stronie barykady wspomniana wcześniej brunetka i oboje (powiedzmy, że na zmianę) próbują wydusić z Araba te 3 miejsca warte kilkanaście milionów ludzi.

Metody Helen są legalne, ale w tym przypadku zupełnie nieskuteczne, za to „H” działa niegrzecznie, ale z efektami. Problem polega na tym, że za wszelką cenę trzeba zdobyć te informacje. Od tego jest „H”, ale z kolei jego niehumanitarne metody pracy (raczej niezgodne ze standardami bezpieczeństwa) nie zawsze znajdują poparcie i zgodę wśród reszty. I robi się spory problem. Bo ktoś musi wziąć odpowiedzialność za to, co zrobi się temu człowiekowi, ktoś za to odpowie, jeżeli nie przed sądem to są jeszcze przecież skrupuły, jest sumienie. „Jeżeli mnie nazywacie barbarzyńcą to kim wy jesteście znęcając się nade mną?!” Pyta młody islamczyk i pyta mądrze. I sporo takich mądrych pytanio-dylematów w filmie pada. Czymże jest jedno życie ludzkie skoro za jego cenę można uratować ich całe miliony? Na papierze to prosty rachunek. Gorzej, jeżeli trzeba podjąć tę decyzję.

Akcja filmu to w zasadzie jedno pomieszczenie, coś na kształt schronu, gdzie bombiarz walczy w pojedynkę o prawdę z dwojgiem przesłuchujących oraz wojskiem i FBI. Są sceny mocne (dla mnie przynajmniej, zależy co kto już widział), ale nie są one nadmierne wyeksponowane. Są raczej tłem, środkami pomocniczymi służącymi ukazaniu właściwej treści. Ale skomplikowane zdanie nabazgrałem. A tak naprawdę chodzi o to, że jest krew, ale więcej się straszy niż właściwie pokazuje, więcej nie widać niż widać. Tak samo można było zrobić z zakończeniem i prawie się to udało. Prawie, bo moim zdaniem niepotrzebne jest tych kilka zdań już na napisach końcowych. Było zostawić furtkę i miejsce na domysły.

Ról Jacksona i Moss nie trzeba szerzej komentować. Oboje już dawno udowodnili swoją wartość na rynku aktorskim i tutaj w dalszym ciągu ją potwierdzają. Chociaż Samuela można nie poznać – zupełnie inny niż np. w „Pulp Fiction”. Trzeci bohater – Michael Sheen mimo, że zbyt wiele nie ma do powiedzenia to pokazał się z bardzo dobrej strony. Miał trudne zadanie i wywiązał się z niego na 5.

No cóż – nie zastanawiać się i oglądać. Bardzo miłe zaskoczenie wśród całej masy powielaczy schematów i innych „badziewiów”.



Tytuł oryginalny: Unthinkable

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Gregor Jordan

Obsada: Michael Sheen, Samuel L. Jackson, Carrie-Anne Moss

Gatunek: Thriller

Ocena: 8+/10



wtorek, 30 sierpnia 2011

Doprawdy przedziwny jest początek tego filmu. Kilkunastu chłopa wysmarowanych mąką po całości gapi się na ogromne, rozłożyste drzewo. W końcu zrywają się, dosłownie rzucają na nie i wspinają coraz wyżej lub niżej. Bo trzeba nie tylko uważać, żeby samemu z niego nie spaść, ale i pilnować, żeby nikt nie zafundował ci bolesnego upadku. Po kilku minutach przychodzi przełom – jeden z nich ściąga z korony drzewa flagę, ale to dopiero połowa sukcesu, bo do pełnego wykonania zadania musi jeszcze szczęśliwie zejść. Po słowach „Zrzućcie go!” wnoszę, że nie będzie to wcale łatwe zadanie.

Kilka kolejnych minut później ze świątyni ktoś kradnie świętą głowę świętego posągu Buddy. Posąg Ong Bak to dla wioski największy skarb, więc jej mieszkańcy są tą zuchwałą kradzieżą bardzo zmartwienie. Wtem, jak grom z jasnego nieba, spada im na głowę Ai Bak Tim, ten sam chłopak, który wygrał niedawne zawody wspinania się. Obiecuje odnaleźć resztą posągu i przywrócić tym samym dobre nastroje w wiosce. Znana jest tożsamość złodziejaszka, więc nie powinno być to znowuż takie trudne. A jednak…

Gdybym wcześniej czytał opis tego filmu na pewno bym się za niego nie zabierał. Poszukiwania świętej głowy jako główny cel podróży brzmią jak jakiś absurd i w gruncie rzeczy w czasie filmu kilka razy naszła mnie taka refleksja. O posągu gada każdy, a jego najbardziej zapalony poszukiwacz jest nawet w stanie oddać własną głowę za głowę posągu. Sic, oni tak na poważnie? – pytam sam siebie. Niestety tak. Dlatego też radzę machnąć ręką na te pierdoły fabularne i po prostu film oglądać. A jest na co popatrzeć.

„Ong Bak” to tak na dobrą sprawę i bez cienia przesady ciąg niezwykle widowiskowych walk spod znaku muay thai. Zapomnijcie o wyczynach Van Damme’a, Seagal’a czy innego Chucka Norrisa. Bohaterowie tego filmu potrafią wykonywać tak wymyślne akrobacje, że bez żadnych przeszkód mogliby zająć kilka odcinków discoverowskiego „Jak to jest zrobione?”. Do głowy by mi nie przyszło, że można robić takie rzeczy z ludzkim ciałem, a tu proszę. Dialogi, aktorstwo, scenariusz – wszystko to nie ma w filmie większego znaczenia. Od początku do końca to efektowność gra w nim pierwsze skrzypce. Szczególnie podobały mi się tzw. kuksańce, czyli jak jeden drugiego paca w głowę. Zresztą najbardziej efektowne sceny powtarzane są 2, a czasami nawet i trzykrotnie. Tak jakby twórcy nie chcieli, żebyśmy cokolwiek przegapili. Namęczyliśmy się, żeby to zrobić, to teraz podziwiajcie z rozdziawioną buźką.

W „Ong Bak”, jak też w większości filmów stricte rozrywkowych, nie ma sensu dumać nad umiejętnościami aktorskimi. Tu się liczy kto dalej wyskoczy, kto wyżej podniesie nogę i ciekawiej ją zadrze. A główny bohater skakał bardzo ładnie, był jednym z dwóch najlepiej skaczących w filmie, wielkie brawa dla niego.

Obejrzałem, bo zasugerowałem się w miarę wysoką oceną na filmwebie oraz przypiętą łatką „thriller”. Co do pierwszej części to się zgadzam aczkolwiek nie mogę dać wyżej niż 7. Film można śmiało łykać bez napisów mimo, że jest nakręcony w jednym z najbardziej egzotycznych języków na świecie. Wystarczy po prostu chwilę popatrzeć i wiadomo o co chodzi. Z thrillera w filmie nie ma nic, więc ktoś mnie oszukał i to poważnie.

Film do piwka – tak bym go określił. Lajtowa produkcja, która jasno daje do zrozumienia, że nie o ambitną fabułę jej chodzi.

Tytuł oryginalny: Ong Bak: Muay Thai Warrior

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Prachya Pinkaew

Obsada: Tony Jaa, Pumwaree Yodkamol, Mum Jok Mok

Gatunek: Akcja

Ocena: 7/10



piątek, 12 sierpnia 2011

Z żalem muszę napisać kilka słów o kolejnym filmie, który mnie rozczarował. On - wąsaty, brodaty facet przed czterdziestką, w dodatku stanowczy i paranoik. Drugi on - młody, nieco fajtłapowaty z bardzo nietypowym pomysłem na wzbogacenie się.  I ona - młoda i piękna córka milionera. Oni dokonują porwania jej.

Prosty wstęp, bo też mimo wszystko prosty jest ten film. Prostota sama w sobie nie jest przecież wadą, często gęsto (chociaż zbyt rzadko jak dla mnie) jest niewątpliwą zaletą. „Cube” jest bardzo dobrym przykładem takiego filmu. Nie trzeba dużych środków i skomplikowanej fabuły, żeby zaistnieć. Z drugiej strony myślę thriller to widzę „Siedem”, widzę „Milczenie owiec”, a nawet „Szósty zmysł”. Te 3 filmy to oczywiście majstersztyki i nie ma ich co porównywać do recenzowanego obrazu (Boże uchroń!), ale od czego zmierzam? Ano do tego, że w thrillerach jak w żadnym chyba innym gatunku (no można jeszcze upchnąć horrory) największy ciężar spoczywa na tym, żeby historia się kupy trzymała mówiąc bardzo brzydko oraz na samym jej zakończeniu. Wtedy się wszystko wyjaśnia, wszystko musi do siebie idealnie pasować, żeby nie można było nawet igły nigdzie wcisnąć. Im dłuższa niepewność i utrzymywanie sekretu w tajemnicy tym później większa frajda. W „Uprowadzonej Alice Creed” karty zostały rozdane trochę za wcześnie. Film ma swój klimat, ale końcówka to już nagromadzenie bzdur, tak jakby nie starczyło na nią już scenariusza, aktorom dano wolną rękę i kazano improwizować. Tyle tylko mogę napisać nie zdradzając nic z fabuły. A można było dać jakiś twist np. że nagle okazuje się, że Alice jest córką Apolla z „Rocky’ego”.

Nic tak nie boli w filmach jak patrzenie na głupotę bohaterów. Dlatego nabój zostanie połknięty, klucze będą leżały dosłownie o włos od zasięgu dziewczyny, a młody porywacz spieprzy nawet najprostszą rzecz, która ma zrobić. I po takich kilku momentach napięcie opada, a ja mam zupełnie gdzieś, co się stanie z kimkolwiek. Do tego stopnia, że nie byłem po żadnej stronie, ani porywaczy ani atrakcyjnej brunetki. Dziewczyna oczywiście jest ładna i tak dalej (szczególnie w stroju topless ;), ale porywacze traktują ją nadzwyczaj łagodnie. W efekcie nie miałem wrażenia, że coś naprawdę złego może jej się stać. Tym samym obojętnie spoglądałem na ekran i to co się dalej zdarzy. Panów porywaczy od początku łączą jakieś dziwne relacje, zazwyczaj działają schematem „starszy podejrzewa, że młody coś kręci, a młody nie potrafi się wybronić i wychodzi, że starszy ma rację”. Od pytania „coś się stało/działo?” zaczynało mi już być niedobrze. Zaraz po nim padało odpowiedzio-pytanie „a czemu miało się coś stać/dziać?”.

No to zrobiłem filmowi reklamę… A naprawdę chciałem napisać coś miłego. Jakieś plusy też się znajdą. Klimat, Gemma Arterton i sam pomysł. Szkoda tylko, że najlepsze sceny są już na samym początku (przygotowania porywaczy). Momentami jest nawet dobrze, ale to jednak nie to na co czekałem.

Tytuł oryginalny: Disappearance of Alice Creed

Rok produkcji: 2009

Reżyser: J Blakeson

Obsada: Gemma Arterton, Martin Compston, Eddie Marsan

Gatunek: Thriller

Ocena: 6/10

 

W związku z tym, że nigdy nie mam czasu i głowy do podsumowań wtedy kiedy trzeba (np. w rocznicę) postanowiłem je zrobić wtedy, kiedy czas akurat miałem. Czyli kilka dni temu. Do rzeczy, krótko i treściwie.

Do tej pory na blogu wylądowało, nie licząc tego, 86 wpisów. Niezbyt oszałamiająca liczba zważywszy na fakt, że blog działa od ponad 2 lat, a dokładnie od 28 miesięcy (10-tego była kolejna miesięcznica, że tak powiem). W takim przypadku zawsze podpieram się stwierdzeniem, że idę na jakość, a nie ilość. Liczba pełnowartościowych recenzji wynosi 69, swoją drogą ładna liczba ;) Z tych 69 aż 67 zajmują recenzje filmów, a tylko 2 seriali ("House M.D." i "Prison Break").

Średnia wyciągnięta na podstawie wszystkich wpisów z recenzjami wyniosła ku mojemu lekkiemu zdziwieniu aż 6,96 na film, czyli blisko 7-emki, a filmy z taką oceną to już w moim odczuciu filmy zdecydowanie zasługujące na uwagę jako całość.

Rozkład liczby filmów z konkretnego przedziału głosów: (najpierw ocena, a po myślniku liczba filmów z taką właśnie notą)

  • 1 – 0
  • 2 – 1
  • 3 - 6
  • 4 – 6
  • 5 – 6
  • 6 – 8
  • 7 – 11
  • 8 – 8
  • 9 – 18
  • 10 – 5

Jak łatwo zauważyć najczęściej przyznawaną oceną  przeze mnie jest 9, czyli film ocierający się o arcydzieło. Najniższą przyznaną oceną na blogu jest 2, a jedynym filmem, który tę zaszczytną oceną dostał jest "S. Darko". Nie będę się o nim rozpisywał, bo już raz to zrobiłem, ale na pewno oceny bym nie skorygował, a film szczególnie dla wiernego fana pierwszej części wydanej pod tytułem Donnie Darko, to naprawdę niezła chała.  Najwyższą dychę otrzymało jedynie 5 filmów, w tym takie tytuły jak "Grobowiec świetlików", "Jabłka Adama" czy "Tam, gdzie rosną poziomki".

Wnioski? Chyba nie jest tak najgorzej z ocenami jak na tak wymagającego widza jak ja. Życzę sobie na następne podsumowanko, może nawet szybciej niż za 2 lata, przede wszystkim szczerości, bo to ona jest najważniejsza w recenzowaniu filmów. Pozdrawia was nieulegający żadnym naciskom i całkowicie subiektywny Rodion!

 

P.S. Zebrałem tylko oceny z notek poświęconych w całości jednemu filmowi, czyli wpisy z kategorii "Krótka piłka" się nie załapały, może następnym razem.

Tagi: film kino
01:37, rodion19 , Inne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 02 sierpnia 2011

Nie mam na oku żadnego dobrego kandydata do pełnowartościowej recenzji , więc najlepszym rozwiązaniem będzie napisać na szybko kilka zdań o ostatnio (trochę bardziej ostatnio) oglądanych.  Zaczynam od najsłabszego.

 

Mały Budda – ktoś mi podrzucił niezły bubel. Chociaż bardziej pewne, że film obejrzałem na własną odpowiedzialność. Biografia Buddy przeplatana poszukiwaniami nowego wcielenia wysoko cenionego lamy. Keanu Reeves w roli młodego Buddy dawno nie zagrał tak źle. Trzeba go zrozumieć, nie mógł przecież odrzucić zagrania boga. Ponad 2h nudów, które można wyczytać na wikipedii. I to nie dlatego, że nie wierzę w reinkarnację. 4/10

 

Szczęki – ojejuśku! Nie spodobał mi się klasyk! Znany dreszczowiec jeszcze bardziej znanego reżysera może nie zanudził mnie tak jak życie Buddy, ale o ekscytacji też nie może być mowy. Ataki rekina wyglądały w moim odczuciu co najmniej kuriozalnie i wcale nie będę miał na uwadze tego, że film jest grubo sprzed 30 lat. Dobrze, że dużo ich nie było. Za dużo gadania. 6/10

 

Jak spędziłem koniec lata – ruski film oczywiście musi być umiejscowiony w mroźnej scenerii. 2 aktorów, 2 bardzo różne role, jedna stacja pomiarów gdzieś w północnej Rosji i jedno zdarzenie, które zaważy na dotychczasowych relacjach dwójki bohaterów. Ładne widoczki plus ciekawe zestawienie dwóch różnych światopoglądów na życie równa się dobry film. Chociaż film na pewno nie dla każdego, brak tu wartkiej akcji czy choćby błyskotliwych dialogów, większość filmu odbywa się między wierszami. 7/10



piątek, 29 lipca 2011

Wszyscy mi mówią obejrzyj ten film to zobaczysz, że Nicolas Cage jest wręcz stworzony do grania. Widok pijanego człowieka już dla trzeźwego jest irytujący, więc nie wiem czemu akurat pijany Cage miałby mi się spodobać. Bądź co bądź jest w tym filmie inny. Na tyle inny, że można go nawet nazwać aktorem.

Ben ostro chla. Jest pijany od początku aż do samiuśkiego końca filmu. Traci rodzinę, traci robotę, nie ma nic do stracenia i zyskania, więc postanawia się zabawić ten ostatni raz. Nie żeby rzucał wódę i chlanie. Wręcz przeciwnie, bierze w kieszeń wszystkie swoje oszczędności i jedzie do Las Vegas, gdzie ma zamiar zachlać się na śmierć. Ciekawe marzenie. W mieście wielkich kasyn i wcale niemałych neonów przypadkiem wpada na jedną prostytutkę (o mało co nie rozjechał jej samochodem, prawda, że romantyczne?). Wykorzystuje ją  do nieco innych niż mogłoby się wydawać planów. Chce z nią po prostu być.

Oj zmęczył mnie ten film, zmęczył. To nigdy nie wróży dobrze filmowi, kiedy widz czeka tylko, aż zegar dobije właściwej godziny, a jego męki zostaną przerwane. Pomijam już tego Kejdża, który poza momentami pajacowania, zagrał dobrze i miejscami miał nawet 3 miny na jednej twarzy, co i tak nie zmienia mojego stosunku do niego. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, wyjątek potwierdza tylko regułę, a raz do roku to nawet  ślepej kurze trafi się ziarno. Amerykanie nie mają absolutnie pojęcia z czym się „je” zjawisko znane jako alkoholizm. Może u nich tak to wygląda, że przechyla się wódę jadąc za kółkiem czy napełnia całe wózki w sklepie po brzegi burbonem i innymi, ale ja tego najzwyczajniej nie kupuję. Realizmu w tym żadnego nie widzę, to nie jest alkoholizm. Drgawki i delirka przynajmniej ze 2 razy była. W filmie jest jedna fajna scena jak barman mówi do zapijaczonej mordy Bena „Gdybyś widział to co ja widzę to przestałbyś…”. I ten cytat bardzo wiernie pokazuje czym jest alkoholizm.

Trudno mi też było wejść w pielesze Bena, w jego skórę, przeżywać jego męki czy nawet cieszyć się kolejną opróżnianą butelką. Nie wiemy o nim nic. Absolutnie nic. Można się jedynie domyślać, że przez pijaństwo stracił żonę i syna. Albo też zaczął pić, bo ich stracił. Weź bądź tu mądry i go zrozum. Nie współczuję też mu, bo nie wykazywał w żadnym momencie choćby kawałka skruchy, nie opowiadał ckliwych historii, nie prosił błagalnymi oczętami o pomoc. Po prostu dzień w dzień tylko chleje.

Przeciwwagą w sensie estetycznym jest śliczna prostytutka Sera (bez „h” na końcu;).  Samotna i tak samo wyklęta przez społeczeństwo na własne życzenie zdaje się rozumieć pijaka. Zresztą jako jedyna z ich dwójki wykazuje jakieś emocje i budziła moją sympatię, jej los nie był mi obojętny. Zupełnie niepotrzebna była postać Yuri’ego, alfonsa Sery, który w pewnym momencie mówi do niej „idź” i tyle go widać.

Dawno nie słyszałem tak irytującego soundtracku w tle. Barowe rzępolenie w połączeniu z bezpłciowymi piosenkami w reszcie scen daje niezłego kopa. Film ciągnie się jak flaki z olejem, a dziać się coś zaczyna dopiero na 10-15 minut przed końcem. To trochę za późno. Nikomu nie polecam. Dziękuję.

P.S. Chyba częściej zaczynam pisać jak już mnie do tego syndykatu przyjęli ;)

 

Tytuł oryginalny: Leaving Las Vegas

Rok produkcji: 1995

Reżyser: Mike Figgis

Obsada: Nicolas Cage, Elisabeth Shue, Julian Sands 

Gatunek: Melodramat

Ocena: 5/10



wtorek, 26 lipca 2011

Zamglony obraz, zakrwawiona twarz Adriena Brody’ego, rozbity samochód. Tak przedstawiają się pierwsze minuty, co by nie mówić, intrygującego thrillera zatytułowanego po prostu „Wrecked”.

Zainteresował mnie minimalizm tego filmu. Do tego stopnia, że przyszła mi do głowy myśl, że nakręcić taki film to musi być bułka z masłem. Wystarczy stary samochód ze złomowiska, pokiereszowana morda (niekoniecznie musi to być Adi Broda, w końcu twarz i tak będzie zalana farbą), jakiś tam pies no i oczywiście las. Scenariusz spokojnie można napisać w pół godziny na 1 kartce od zeszytu. Dialogów też tu wiele nie ma, w zasadzie występują tylko monologi z przewagą „fucków”, na czym chyba każdy się zna.

Problemem pozostaje jak nie zanudzić widza przez te 1,5 h. Reżyserowi „Wrecked” udało się to raczej średnio. O akcji, która powinna napędzać film można zapomnieć. Nie robiłem żadnych sondaży, ale cos mi mówi, że 90% oglądających narzekało na bijącą z ekranu nudę. Cały film da się opowiedzieć w 3-4 zdaniach bez szkody dla widza. Pytanie, które dręczy nie tylko nas, ale i głównego bohatera, to co tak naprawdę się stało. Kim jest główny bohater i dlaczego obudził się w środku lasu w rozbitym aucie? Kim jest martwy pasażer z tylnego siedzenia? Przyjacielem czy wrogiem?

Na samym początku zachowania bohatera wydawało mi się dosyć niezrozumiałe i trochę mnie zastanawiało. Nadzwyczaj spokojny, nie woła wniebogłosy o pomoc, na mocno zdziwionego też nie wygląda. Tylko teraz nie wiem czy to „zasługa” takiego akurat scenariusza (dajmy na to szok powypadkowy) czy braku umiejętności aktorskich Brody’ego. Do tej pory nic do niego nie miałem, ale tutaj się nie popisał. A jak na taki specyficzny rodzaj filmu przystało powinien błyszczeć i wypruwać z siebie flaki (może nawet dosłownie), w końcu to on jest jedynym elementem, na którym skupia się akcja. Zastanawiające jest też jak szybko się kuruje. Na szczęście dla filmu noga mu się nie zrosła w ekspresowym tempie.

Reklamowany jako „doskonały thriller psychologiczny” nie spełnia prawie żadnego z tych warunków. Gatunkowo jedynie się zgadza, choć nie wiem czy aby film przyrodniczy nie pasowałby lepiej. Nie poleciałem na ten slogan, a raczej na tematykę, bo na takie filmy po prostu lecę i ciężko mnie do nich zrazić. Jak mi starczy samozaparcia to zrobię nawet jakiś ranking takich minimalistycznych filmów.

Przez dużą część filmu zastanawiałem się też jaki dystrybutor mógłby nadać filmowi polski tytuł. „Rozwalony/zakleszczony/udupiony”, „Wrecked. Kim ja jestem?” czy „Alive. Dramat w lesie” to tylko niektóre z moich propozycji. Samo „Wrecked” nikomu przecież nic nie mówi, nie każdy jest figo fago z angielskiego.

Film trochę poniżej średniego, zdecydowanie na 1 raz. Nie jest to wybitny obraz, bardziej dla fanów Beara Gryllsa. Zbyt płytki scenariusz, w którym było tak mało treści, że nawet nie ma do czego się przyczepić, ukatrupił ten film.



Tytuł oryginalny: Wrecked

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Michael Greenspan

Obsada: Adrien Brody

Gatunek: Thriller

Ocena: 6/10

 

sobota, 16 lipca 2011

I się stało. Blog ma swój własny profil na facebooku. Nie przewiduję jakiejś rewolucji i tłumów jak na ostatnim Harrym Potterze, traktuję to raczej jako ciekawostkę, jakiś dodatek, bo "wszyscy mają to ja też". Znaczniki, że ktoś lubi coś znajdują się pod każdym wpisem już od jakiegoś czasu, więc to też znowu nie jest jakaś tam nowość wielka. Z drugiej strony fajnie by było gdyby kilka osób polubiło blog. Nie mówię, że to przymus, ale jak nie zaczniecie klikać "lubię to" to zamknę bloga.

 

Skromny profil jeszcze skromniejszego bloga pod adresem http://www.facebook.com/pages/Blog-filmowy/149075051833396. Mała zakładka znajduje się też bezpośrednio pod listą tagów.

Tagi: film
02:36, rodion19 , Inne
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 lipca 2011

Najprościej rzecz ujmując, ludzie dzielą się na dwa rodzaje. Na gaduły i na ludzi czynu. Większość ludzi to gaduły. Jedyne, co potrafią, to gadać. Ale kiedy przychodzi co do czego, właśnie ludzie czynu odmieniają świat. A kiedy to robią, odmieniają też nas. I dlatego nigdy o nich nie zapominamy. A kim ty jesteś? Będziesz tylko gadał, czy się postawisz i coś z tym zrobisz?



Pierwsza część filmu, o której nota bene nie można zapomnieć wspominając o tym filmie, była bardzo atrakcyjna. Mimo, że motyw „brania” sprawiedliwości w swoje ręce i wymierzania jej tym, którzy wywinęli się wymiarowi sprawiedliwości jest stary jak świat to filmowi nie przeszkodziło to w żadnym stopniu w odniesieniu niemałego sukcesu. Na kontynuację jakoś jednak niespecjalnie czekałem. Skoro już się jednak pojawiła na horyzoncie to w sumie pomyślałem, że nie zaszkodzi sprawdzić. Może aż tak zła nie będzie.

Po przesiedzeniu tych 2 godzin przed ekranem, mocno już zniesmaczony czy raczej zobojętniony (bo zniesmaczony to byłem na samym początku) postanowiłem, że napiszę tę recenzję choćby po to, by obsmarować głównego śledczego w sprawie, a w zasadzie główną, bo to agentka specjalna Eunice Blomm – kobieta. Ta postać jest niemal kwintesencją tej części. Każdy, kto oglądał jedynkę na pewno przyzna mi rację, że Wiilem Defoe i jego genialna rola lekko zbzikowanego gliny to jeden z jej największych plusów. Zauważyli to także twórcy drugiej części i zapragnęli całą tę postać przerzucić na grunt żeński, w efekcie czego dostajemy niemal identyczną kalkę bohatera granego przez Defoe.  Nie mam nic przeciwko Julie Benz, która gra tę rolę, co to to nie. Fajna babka, szczególnie fajna jako delikatna serialowa pani Dexterowa. Tu natomiast jej gra jest sztuczna, ruchy żałosne, a całość można określić jedynie jako znacznie gorszą wersję Defoe. Po prostu ma się ochotę wyłączyć telewizor za każdym jej wejściem i kolejnymi popisami. Jedyny plus to, że czasami ładnie się prezentuje na tle brzydkich mord innych detektywów.

I tak jak wspomniana już pani agentka, tak i cała masa patentów została tu najzwyczajniej w świecie skopiowana z poprzedniego filmu. Większość, jeżeli nie wszystkie, oczywiście ze skutkiem mizernym. To normalne, że następna część powinna kontynuować tradycję ze wcześniejszej, ale powinna też to robić z głową, bardziej elegancko, z polotem i dodać też coś od siebie, a nie tak po chamsku. Ta część najogólniej mówiąc nie ma pałera. Patrzę na kolejne strzelaniny i modlitwy braci, ale patrzę obojętnie. Nie będzie chyba spoilerem, jeżeli wspomnę, że w każdej z bodajże 3-ech akcji bracia po prostu idą przed siebie kładąc trupa za trupem w slow motion (oczywiście), a żadna z dziesiątek kul wystrzeliwanych w ich stronę nie dosięga celu. Dużym spoilerem nie będzie też chyba wyjawienie, tego co wiadomo od początku, czyli od chwili wyruszenia braci w miasto, a mianowicie, że ich ojciec nie biorący do tej pory udziału w wyprawie w decydującym momencie wkroczy i uratuje im dupę.

Im więcej się zastanawiam tym niższą ocenę mam ochotę wystawić temu filmowi, a w sumie nie jest tak źle jak na średniaka. Pochlebnie można wyrazić się o odniesieniach w dialogach do innych filmów („Ścigany”, „Azyl” czy wreszcie „Akcja na Eigerze”). Sceny o zabarwieniu humorystycznym też podnoszą poziom, chociaż na akcje w rodzaju akcji z kotem z pierwszej części nie ma co liczyć. Rocco pojawia się w kilku scenach, głównie w retrospekcjach, ale szału nie ma.

No i na koniec decydujące pytanie – czy warto obejrzeć, jeżeli nie widziało się jedynki? Warto, jeżeli mieszkasz w pieczarze i nie masz dostępu do filmu z 1999 roku. Może brak znajomości poprzedniego filmu wzbudziłby we nie jakieś większe zaciekawienie podczas oglądania tej części. Mogę tylko gdybać, bo jedynkę obejrzałem, nie cofnę już tego, nie żałuję, a w dodatku polecam.

Zaniżyłem ocenę o jedno całe oczko za samą końcówkę, w której próbowano coś mi wmówić, ale tego nie kupiłem i się jeszcze zdenerwowałem do tego. Także jak macie możliwość to najlepiej wyłączyć film na te 5 minut przed końcem.

 

Aha, tagów nie ma, bo mi blox mówi, że już i tak jest za dużo. Także dopóki się nie zorientuję o co im biega notki będą bez tagów.



Tytuł oryginalny: The Boondock Saints II: All Saints Day

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Troy Duffy

Obsada: Norman Reedus, Sean Patrick Flannery, Julie Benz, Billy Connolly 

Gatunek: Sensacyjny

Ocena: 5+/10

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u