sobota, 25 lutego 2012

Już za niebawem kolejne rozdanie Oscarów, więc trzeba wysmarować kolejną notkę. Jako pierwsza – notka z typowaniami, co by się trochę sprawdzić (w czym tak właściwie to nie wiem). Dzisiaj dowiedziałem się ciekawej ciekawostki a mianowicie, że średnia wieku członków Akademii wynosi 62 lata! Żeby tego było mało to tylko 14% z nich wiekowo ma poniżej 50-tki. Jaki z tego morał? Pozostawiam do interpretacji każdego. Rok temu rozpocząłem tradycję typowania w 5 najważniejszych kategoriach i dalej się jej trzymam. Chociaż tak właściwie nie wiem czy robienie czegoś po raz drugi to już tradycja czy może powtarzanie się.

 W kategorii najlepszy film od tego roku kolejne zmiany. Już nie 10 filmów otrzymuje nominację, a dowolna liczba mieszcząca się w przedziale 5-10. 10 w zasadzie też może być, ale w tym roku padło na szczęśliwą 9. Czy to dobra zmiana? Domyślam się, że miała wyeliminować nominowanie słabszych produkcji czy wręcz podnoszenie poziomu, prestiżu samej nominacji. 9 to niedużo mniej niż 10, a i przy 5 może trafić się jakiś bubel, więc moim zdaniem było pozostać przy tych 10. Swojego murowanego kandydata nie mam w tej kategorii. Rok temu było zdecydowanie ciekawiej. Co wcale nie znaczy, że nie ma wśród nominowanych filmów bardzo dobrych. Obejrzałem wszystkie i wydaje się, że walka rozegra się pomiędzy dwoma filmami, które złożyły hołd kinu (czy naprawdę tak łatwo przypodobać się Akademii?). O „Artyście” mam niezbyt pochlebne zdanie dlatego wolałbym widzieć „Hugo i jego wynalazek” jako zwycięzcę. Jeżeli statuetkę zgarnie „Czas wojny” czy „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” to z pewnością ludzie wyjdą na ulicę i coraz częściej zapowiadana rewolucja na skalę światową stanie się faktem. Niespodziankę może sprawić „Drzewo życia”, które spotyka się ze skrajnymi opiniami.

Mój faworyt: 1. Hugo i jego wynalazek, 2. Służące, 3. Spadkobiercy

Kto zgarnie nagrodę: Artysta

 

Nominacje dla najlepszego aktora pierwszoplanowego to pojedynek dwóch gwiazdorów Hollywoodu z mało znanym Francuzem. I Brad Pitt i George Clooney moim zdaniem nie zasłużyli na nagrodę, która powinna polecieć do Jeana Dujardina. Co jak co, ale trzeba przyznać, że rola w filmie niemym to spore wyzwanie, któremu Dujardin podołał i to może być spektakularny początek jego kariery. Miło byłoby gdyby Akademia nagrodziła Gary’ego Oldmana, który ze swoją rolą w „Szpiegu” uplasowałby się u mnie zaraz za Dujardinem. Demian Bichir to dla mnie totalny kosmos, ani nie znam aktora ani filmu, za jaki został nominowany. Ryan Gosling i Michael Shannon powinni byli wygryźć chociażby wiecznie uśmiechniętego Clooneya, który nie zachwycił.

Mój faworyt: Jean Dujardin

Kto zgarnie nagrodę: Jean Dujardin

 

Meryl Streep! W przypadku nominacji dla najlepszej aktorki za rolę pierwszoplanową nikt się nie zastanawia kto zgarnie nagrodę, ale czy będzie to Meryl Streep czy ktoś tam inny. Pani Streep ma już 2 Oscary na koncie, jest zdecydowanie lubianą aktorką (nominacje dostaje chyba co roku), więc nie ma się czemu dziwić. Przy tym wszystkim zapomniałbym też o tym, że jest wyśmienitą aktorką ;) Ale w tym roku ma niezwykle silną konkurencję. Glenn Close w roli mężczyzny czy kobiety przebranej za mężczyznę (w sumie nie wiem, ale wiadomo, o co chodzi), Michelle Williams jako Marilyn Monroe, Rooney Mara jako niezwykle wyrazista hakerka oraz Viola Davis za rolę czarnoskórej, tłamszonej służącej. I nad tym wszystkim Meryl Streep jako jedna z legend XX wieku – brytyjska premier Margaret Thatcher. Osobiście wyróżniłbym Rooney Marę za odważną rolę, którą pod koniec roku 2011 pokazała się światu. Chociaż patrząc obiektywnie nikt nie powinien być zbulwersowany, jeżeli to Streep podniesie swoją trzecią statuetkę. Razi brak Tildy Swinton za „Musimy porozmawiać o Kevinie”.

Mój faworyt:  Rooney Mara

Kto zgarnie nagrodę: Meryl Streep

 

Najlepszy aktor drugoplanowy z kolei nie ma chyba żadnego 100% zwycięzcy. Ja trzymam kciuki za Nick’a Nolte’ego. Poruszył mnie rolą eks-alkoholika, a przede wszystkim ojca, który chce po latach zbliżyć się do swoich synów i odkupić chociaż trochę swoje winy z „Wojownika”.  Jego najmocniejsi rywale to panowie, którzy od kilku dekad pojawiają się w filmach, których mają na koncie grubo ponad stówę. Max von Sydow w „swoim” filmie nie wypowiedział ani jednego zdania i zagrał jak zawsze na wysokim poziomie. Filmu z Christopherem Plummerem nie widziałem, ale łatwo można się domyślić, że Akademia być może będzie chciała w końcu docenić robiące wrażenie dokonania obu panów. Żaden z nich Oscara do tej pory nie otrzymał.

Mój faworyt: Nick Nolte

Kto zgarnie nagrodę: Max von Sydow

 

Czy Jessica Chastain już w swoim pierwszym wielkim roku kariery zgarnie Oscara? To byłoby piękne dopełnienie jej efektownego wejścia do Hollywoodu, a rola ze „Służących” na pewno zasługuje na wyróżnienie. Oprócz niej 4 mało znane aktorki, w tym Octavia Spencer (znowu „Służące”) i Melissa McCarthy za przebojową rolę z „Druhen”.

 

Mój faworyt: Jessica Chastain

Kto zgarnie nagrodę: Jessica Chastain (innego wyboru nie chcę słuchać i widzieć)

 

Najlepsi reżyserzy to przede wszystkim trzej giganci kina. Woody Allen, Martin Scorsese oraz Terrence Mallick, a mógł dołączyć jeszcze do nich Steven Spielberg, który wszedł w 2011 rok aż z dwoma filmami. Scorsese za umiejętne połączenie historii o kinie z technologią 3D, Mallick za swoje barwne ujęcia z „Drzewa życia”, a może Michel Hazanavicius, który przy czarno-białym, niemym filmie zapewne też miał sporo roboty? Woody Allen z czystej sympatii ;)

Mój faworyt: Woody Allen

Kto zgarnie nagrodę: Martin Scorsese

 

Uff to tyle. W tym roku nie będę płakał, bo i nie ma nominacji za którymi stałbym murem, ale kilka zwycięstw może mnie zaniepokoić. Liczę przede wszystkim na to, że Oscary 2012 nie będą tryumfem „Artysty”, w szczególności jako najlepszego filmu. Najwięcej, bo aż 11 nominacji otrzymał „Hugo i jego wynalazek” i musiałby zdobyć je wszystkie, żeby wyrównać dotychczasowy rekord, jeżeli chodzi o zdobyte statuetki. Wygląda to trochę na „myszyn impasybyl”. Co ciekawe film nie otrzymał żadnej aktorskiej nominacji mimo, że Ben Kingsley w drugoplanowej roli zagrał bardzo przyzwoicie.  Za kilkadziesiąt godzin wszystko powinno być jasne i wtedy też możecie spodziewać się kolejnej mojej opinii. Obym tylko nie musiał dużo wtedy zrzędzić ;)

P.S. Dalej sobie nie mogę wybaczyć, że film o koniu, który walczył z czołgiem i prawie sam wygrał wojnę znalazł się wśród nominowanych, a taki „Drive” nie.

 

piątek, 17 lutego 2012

Dalsze, już chyba końcowe, nadrabianie zaległości z roku 2011.

Pan Popper i jego pingwiny – dałbym połowę swojego majątku, żeby przypomnieć sobie, co mi strzeliło do głowy, żeby brać się za ten film. Na usta cisną mi się tylko 2 słowa – Jim Carrey. Jim zagrał bardzo dobrze, w swoim stylu i raczej nikt nie będzie miał mu za złe, że zagrał w tak kiepskim filmidle. Przedstawiciel kina familijnego, na którego to jeszcze 10 lat temu patrzyłbym zupełnie inaczej, taka kolej rzeczy. W tym wieku niestety tylko mnie wynudził. Może to kwestia nastroju, chwili, bo przecież aż tak zły nie był, ale też nic nowego do mojego życia i kinematografii nie wniósł.  4+/10

Czas wojny – film oscarowy, który bardziej zasłużył na nominację niż chociażby „Drive”? Z chęcią zobaczyłbym tych, którzy głosowali za nim. Główny bohater to koń, a sam film mógłby zakończyć się już po scenie orania pola. Nie byłby to w dalszym ciągu nawet przeciętny film, ale zawsze to krótszy... Oprócz konia jest jeszcze kilka innych postaci, np. gęś. Myślę, że Akademia powinna pomyśleć o oddzielnej kategorii dla zwierząt. Oprócz gęsi i konia z „Czasu wojny” nominowane byłyby jeszcze pingwiny z filmu opisywanego wyżej, małpka z drugiej części „Kac Vegas”, a wygrałby i tak pies z „Artysty” ;)  3/10

Wojownik – zaskakująco wysoko oceniany film. Zaskakująco jak na fakt, że mało rozpowszechniany np. w kinach i tematykę, która mówiąc szczerze lekko trąci kiczem. Ale tylko lekko, bo „Wojownik” to niezwykle efektowny film o klepiących się mężczyznach, ich przeżywających żonach i płaczących, a zarazem dumnych tatuśkach. Nick Nolte i Tom Hardy odwalili kawał naprawdę dobrej roboty.  8+/10

wtorek, 07 lutego 2012

Dawno nie czekałem na żaden film jak na ten. I mimo, że w końcówce poprzedniego i na początku już tego roku obejrzałem kilka filmów, które uratowały honor 2011 roku to na „Take Shelter” i tak dalej czekałem jak wierny piesek. A film nie pojawił się w żadnej mojej liście najbardziej oczekiwanych. Po prostu sobie wypłynął i to od razu w Cannes. I tak jak normalnie zwiastunów nie oglądam, tak do tego filmu oglądałem go tyle razy, że niemal znam na pamięć, a w jego trakcie w dalszym ciągu przechodzą mnie dreszcze.

Michael Shannon gra tu człowieka z problemami. Ma kochającą żonę, córeczkę, którą bardzo kocha, a która nie mówi i nie słyszy oraz dobrą pracę. Kumpel twierdzi, że jest on „dobrym człowiekiem, a nie ma większego komplementu niż powiedzieć komuś, że prowadzi dobre, szczęśliwe życie”. No ale „Take Shelter” to dramat, więc musiało się coś spieprzyć. I z minuty na minutę pieprzy się coraz bardziej. Curtis zaczyna przejawiać dosyć dziwne zachowanie. Dręczą go koszmary, które są czymś więcej niż koszmarami, halucynacje i paranoja. Zaczyna budować tytułowy schron, gdyż jest święcie przekonany, że zbliża się potężna burza z tornadem…

Powiem bez ogródek, że to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów poprzedniego roku. Z podsumowaniem 2011 wciąż czekam i czekam, bo cały czas dochodzą (bezczelnie) nowe produkcje. W każdym razie, jeżeli taki top zrobię w końcu to ten film z pewnością w nim zagości. To film, który nakreśla czym jest choroba umysłowa, jej początki i zmagania z nią. Curtis zachowuje się podobnie jak pewnie większość z nas zachowałaby się w jego sytuacji. Może nie to, że jest nieszczery w stosunkach z ukochaną, ale nie mówi jej całej prawdy. Podejmuje próby walki z samym sobą, ale jego zapał szybko stygnie. Odrzuca od siebie najbliższe osoby i powoli zatraca w sobie.

Przez większą część filmu towarzyszyła mi atmosfera niepokoju i pewnej tajemniczości. Wspaniały motyw muzyczny, który już w zwiastunie dał popis swojej „siły”. Do tego genialna kreacja Michaela „Psychopaty” Shannona. Po roli psychopaty spodziewam się przede wszystkim jednej rzeczy – nieprzewidywalności. Jest taka scena, kiedy Curtis błądzi po mieszkaniu, mija w kuchni swoją ukochaną, która cała przemoczona stoi do nas tyłem. Za moment wraca do niej, a ta patrzy na niego (i przy okazji na nas ;) z nożem w zasięgu ręki. To właśnie przykład sceny, kiedy poczucie zagrożenia i obawa przed tym, co może się wydarzyć sięga niemal zenitu. „Może” się wydarzyć, nie musi, ale to wystarczy, żeby siedzieć w jej trakcie jak na szpilkach, a widza postawić w stan niemal przedzawałowy.

Ostatnio, jakiego filmu bym nie skubnął to trafiam w nim na Jessicę Chastain. I ta po raz kolejny pojawia się w bardzo dobrej roli – żony Curtisa. 2011 to był zdecydowanie jej rok. Tylko to nieszczęsne „Drzewo życia”... Wierzę, że sama czyta te wszystkie podsuwane jej scenariusze. W przeciwieństwie do Nicolasa Cage’a (sory, musiałem).

Powiem szczerze, że spodziewałem się thrillera. Dostałem dramat, ale zaszufladkowanie gatunkowe nie ma tu najmniejszego znaczenia. Czytałem, że ludzie oczekiwali nawet filmu katastroficznego. No cóż, katastroficzny to on na pewno nie jest. Po raz kolejny za to sprawdza się teza, że burza nic dobrego nie przynosi. Spotkałem się również z porównaniem do „Donnie Darko” i rzeczywiście oba filmy mają sporo wspólnego. Dla mnie najważniejsze, że oba to niemalże arcydzieła. Jeszcze kilka minut po końcowych napisach siedziałem jak przygłup wpatrując się w ekran. Film z klimatem, dla którego warto zadbać o odpowiednie warunki, w jakich się go ogląda.

Aha, film oglądałem oczywiście w Cannes, żeby nie było. Proszę mi niczego nie imputować panie Hołdys ;)



Tytuł oryginalny: Take Shelter

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Jeff Nichols

Obsada: Michael Shannon, Jessica Chastain, Shea Whigham

Gatunek: Dramat

Ocena: 9/10

 

 

poniedziałek, 06 lutego 2012

Długo  się wzbraniałem przed tym filmem chociaż wiedziałem od początku, że to daremne. W końcu musiała nadejść pora, że skuszony tak wysokimi ocenami obejrzę ten film, a nominacja do Oscara (a w zasadzie ich kilka) ostatecznie o tym przesądziły.

Film wydawał mi się kolejny, zapewne porządnie zrobionym moralitetem na temat rasizmu. Takie porządnie zrobione filmy były nierzadko jak dla mnie po prostu nudne. Wszystko albo niemal wszystko było w nich dopięte na ostatni guzik, ale brakło jakiegoś katharsis – tąpnięcia, które zbudziłoby mnie z tego marazmu. W efekcie filmy te mnie wynudziły. Ten przydługi trochę wstęp został wprowadzony oczywiście po to, żeby pokazać, jakim filmem „Służące” mogły być, a nie są.

Tytułowymi służącymi są czarnoskóre panie, które co prawda dostają jakąś tam zapłatę za swoją posługę w okazałych domach białych, ale bardziej przypomina to psie pieniądze niż rzeczywistą pensję. Sprzątają, gotują, piorą, prasują i najważniejsza ich „pomoc” – wychowują dzieci często rozkapryszonych młodych matek, która nie mają dla nich czasu. Oprócz tego wysłuchują masę nieprzyjemnych rzeczy pod swoim adresem, są dyskryminowane i wyszydzane, bo wiadomo – czarny to gorszy. Może nie są to już czasy niewolnictwa, w końcu akcja filmu to druga połowa XX wieku, ale dużo lepiej nie jest. Czarni nie mogą odpyskować na obelgi rzucane pod ich adresem, bo każde niezważone słowo skończyłoby się dla nich wyrzuceniem z tej marnej pracy (ale zawsze pracy) i to prawdopodobnie z wilczym biletem, o który postarałby się jej pracodawca.

Mimo, że film traktuje o ścieraniu się dwóch ras, gdzie jedna jest wyraźnie stawiana wyżej niż druga to w „Służących” nie uświadczymy mocnych, brutalnych scen. Nie będzie spychania ze schodów, bicia czy innych okaleczeń. Szał w filmie zrobią za to oddzielne łazienki, które biali wymyślą dla kolorowych. „Naprawdę załatwiacie się w tej samej toalecie? Masz pojęcie jakich chorób możesz nabawić się od czarnych w ten sposób?”. Poraża zaściankowość i głupota tamtejszych pań domu. Głównie młodych dziewcząt krótko po ślubie, bo to one stoją w opozycji do czarnych służących, które „zatrudniają”. Jednym z elementów, który odrzucał mnie od tego filmu był charakterystyczny klimat przełomu lat 50 i 60. I mimo, że temat dyskryminacji ze względu na rasę się jak najbardziej obronił to ta cała otoczka tamtego okresu niestety już nie. Po prostu nie pasuje mi tamta atmosfera i chyba nic nie jest w stanie tego zmienić. Młode dziewczęta w postarzających je fryzurach, w kolorowych sukienkach, koniecznie z papierosem trzymanym raz to w ustach raz w ręku. Nie wątpię, że Ameryka tamtych lat tak naprawdę wyglądała, ale mi jawi się to jako tak bardzo sztuczne i wygładzone, że niemal oderwane od rzeczywistości. Z tego też samego powodu do tej pory nie ukończyłem nawet pierwszego sezonu „Mad mena”.

Co świadczy o tym, że „Służące” to film bardzo dobry? Ukazanie na przykładzie 3 czy 4 gospodarstw domowych „siły” rasizmu. Myślę, że to te niezwykle proste, codzienne przykłady z życia (jak choćby oddzielne spożywanie posiłków czy zwracanie się przy każdej odpowiedzi per „Pani”) najbardziej przemawiają do rozsądku. Może to wszystko jest trochę za bardzo przerysowane, ale to tylko po to, żeby jeszcze bardziej unaocznić problem pogardy jednego człowieka wobec drugiego.

Oprócz nominacji w kategorii najlepszy film, „Służące” zdobyły jeszcze nominacje za najlepszą rolę pierwszo- i aż dwie za drugoplanową. W tej pierwszej Viola Davis, która uważam, że nie zagrała jakoś tam specjalnie wybitnie. Przez większą część filmu ma po prostu minę zbitego psa, nos na kwintę i tyle z jej gry. Co innego Jessica Chastain, która bryluje obecnie w Hollywoodzie i bardzo dobrze. Miała dużo większe pole do popisu i się popisała, a jej rola mimo, że na początku się nie wydawała była jedną z najlepszych w filmie. Nominacja dla czarnoskórej Octavii Spencer również nie była przypadkiem.

„Służące” to ważny głos w wydaje się już dawno wyczerpanym temacie rasizmu. Kto se będzie chciał to se kurde obejrzy i tak powiem!



Tytuł oryginalny: The Help

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Tate Taylor

Obsada: Viola Davis, Emma Stone, Octavia Spencer, Jessica Chastain

Gatunek: Dramat

Ocena: 8/10

środa, 28 grudnia 2011

Święta już za pasem, a i w pasie pewnie też więcej, więc można spokojnie wrócić do szarej rzeczywistości, a do takiej na pewno należy „zaliczanie” kolejnych mniej lub miejmy nadzieję – bardziej udanych produkcji.


A po radosnych świętach jakże radosny film o sympatycznym Meksykańcu, który… no właśnie. Tytuł nasuwa skojarzenia jakoby pan Estrada trzy razy zostawał uznany za zmarłego, a potem trzy razy chowany mimo, że to nie był on. Takie skojarzenia nasuwają się mi, bo lubię sobie komplikować życie. Prawdziwe rozwiązanie jest dużo bardziej banalne. Otóż ten sam pan zmarł raz, a trzy pogrzeby w tytule oznaczają, że był po prostu trzy razy kopany w ziemi. Mi co prawda wyszły tylko 2 razy, ale co ja tam wiem…

Sama fabuła jest z pewnością tym, co do filmu przyciąga. Melquiades przyjeżdża do pewnego miasteczka w Stanach. Jak na prawdziwego Meksykańca przystało oczywiście robi to nielegalnie. Zaprzyjaźnia się z pewnym właścicielem pewnego rancza (w tej roli Tommy Lee Jones), a potem zostaje zastrzelony. Cała sprawa zostaje zatuszowana, nikogo nie interesuje martwy Latynos, których na pograniczu amerykańsko-meksykańskim, gdzie dzieje się akcja filmu, jest aż nadto. Mela zastrzelił pewien strażnik graniczny. Ranczer Pete dosyć szybko się o tym dowiaduje, porywa go, porywa także ciało Mela i w trzech wyruszają do miejsca zwanego Jimenez. Tam to właśnie chciał być pochowany Melquiades, a Pete mu to obiecał z całego serca.


To dramat. Nie western, bo jak wszyscy świetnie się orientujemy, gatunek ten umarł w 1992 roku zaraz po premierze „Bez przebaczenia”. Zresztą sama podróż na koniach nie przesądza chyba jeszcze o tym, że film należy do tego czy innego gatunku. Jak na dramat jest z kolei troszkę za mało dramatyzowania, ale mimo wszystko to dobry film. O przyjaźni, o wybaczeniu, o przyznaniu się do błędu i kilku innych refleksjach.


Przez jakąś tam część, film jest wyraźnie rozczłonkowany – raz widzimy slajdy z przeszłości, innym razem te z „czasów obecnych”. Zaburzona chronologia jest, normalnie. Autorem scenariusza jest ten sam pan, który napisał go do takich filmów jak „21 gramów”, „Babel” czy „Amores Perros”, więc przyjmuję, że rozstrojony czas wprowadził tu dla zasady. Niby coś trzeba sobie poukładać, ale nie są tu nazbyt skomplikowane puzzle. A jak było naprawdę wie tylko widz. Ewentualnie jeszcze Mel, ale nie wiem czy miał czas przed śmiercią się nad tym zastanawiać. Po jego minie wnioskuję, że nie.


Aktorów jest w zasadzie dwóch – Tommy Lee Jones i Barry Pepper. O ile ten pierwszy jest raczej kojarzony przez ogół, to drugi z pewnością niedoceniany. Jones wyreżyserował również ten film, a po „W dolinie Elah” czy już klasyku w postaci „To nie jest kraj dla starych ludzi” coraz wyraźniej klaruje się jego emploi człowieka z zasadami.
Główny zarzut filmu to momentami przedzierająca się przez ekran nuda, ale to tylko momentami. Warto zainteresować się „Trzema pogrzebami…”, a jeżeli ktoś lubi klimaty pogranicza Stanów i Meksyku oraz historie z Meksykańcami w tle to jest dla niego obowiązkowa lektura.


Tytuł oryginalny: Three Burials of Melquiades Estrada

Rok produkcji: 2005

Reżyser: Tommy Lee Jones

Obsada: Tommy Lee Jones, Julio Cedillo, Barry Pepper, Melissa Leo

Gatunek: Dramat

Ocena: 7/10

 

wtorek, 22 listopada 2011

Tym razem wpadł w moje ręce (albo raczej na mój dysk) bardzo poważny film. Nie żadna komedyjka, łzawy dramat czy inny krwawy horror, a film o poważnej tematyce obejmującej absolutnie cały świat swoim zasięgiem, a nawet wszechświat.

I po takim wstępnie można się filmem zainteresować. Chociaż zupełnie niepotrzebnie… Film, który swoją premierę miał przekładaną tyle razy, że aż się ktoś wkurzył i nie czekając na nikogo wrzucił sobie film w internet. Do tej pory nie wiem kiedy tak naprawdę „Apollo 18” zadebiutował w kinach (o ile w ogóle).

Krótki opis? Proszę bardzo. W latach 1969-1972 odbyło się kilka załogowych pierwszych i ostatnich lotów na Księżyc. Począwszy od Armstronga i Apollo 11, a skończywszy na Apollo 17. I to są fakty. Skąd więc Apollo 18? A może nawet i 19 i 20? Nikt nie wie, ale grupa osób twierdzi, że takie loty także się odbyły, ale strasznie nie wyszły Amerykanom, dlatego je utajnili i oficjalnie się do nich nie przyznają.

Nie wiem co było czy jest dalej podstawą tych tez, że jednak po 1972 roku człowiek był jeszcze kilka razy na Księżycu. Film opowiada o pierwszej z tych tajnych misji. Jeżeli ktoś (w tym ja) spodziewał się trzymającego w napięciu thrillera stawiającego ważne pytania i poddającego w wątpliwość niektóre księżycowe fakty to nie ma tu czego szukać. Takie „Paranormal Activity” w kosmosie. Dużo szumu o nic, choć wiadomo, że popularność obu filmów jest skrajnie różna. No niestety, moda na paradokumenty przebiła atmosferę i zawitała już nawet na orbitę, daleko od Ziemi.

Początkowe informacje mówią o zaginionych nagraniach NASA, a „Apollo 18” przybierając formę stylizowanego na dokument stara się wmówić nam, że patrzymy właśnie na część tych filmów. Są problemy z obrazem, trzęsąca się kamera, w związku z tym w niektórych scenach, najkrócej mówiąc – gówno widać. Bohaterowie (nawet nie starałem się wyłapać ilu ich było, dacie wiarę?) mają tendencję do wyolbrzymiania, do nieuzasadnionej paniki i z każdej pierdoły potrafią zrobić straszną aferę.

Tak patrzyłem na ten film i nawet… odechciało mi się na niego patrzeć. To też sztuka nie zaciekawić widza w czasie tej godziny z kawałkiem. Czekałem na upragniony koniec, bo „Apollo 18” nie potrafił mnie niczym zaskoczyć. O dreszczyku emocji nie może być mowy skoro to co widzę to stek bzdur trudnych do przełknięcia nawet jak przymknę oko (bo jak przymknę to zasnę). Kosmonauci sypią skrótami i obcobrzmiącymi nazwami jak z rękawa i nikt nie stara się nawet, żebym nam je objaśnić. Punkt dla mnie, że uważałem na fizyce czy geografii i takie np. jak NASA znałem ;D

Goście biegają po powierzchni srebrnego globu, potem wracają do statku, mają jakąś awarię i tak do znudzenia to samo w koło Macieju. Pod koniec próbowano trochę zagrać na emocjach i zagrano, ale na nerwach. Celowo nie zdradzam kilku ważnych elementów, które jeszcze bardziej pogrążyłyby to filmidło. Nawet przy takim „czymś” muszę być konsekwentny i spoilerów nie będzie.

Twórcy filmu, zresztą nie pierwszy raz, postanowili, pożerować na ludzkiej naturze, która przecież uwielbia to, co tajemnicze, niewyjaśnione, niedopowiedziane. Tutaj dopowiedziano całą resztę, ale lepiej gdyby film nakręcić coś w stylu alternatywnej historii wydarzeń, a nie podawać jakieś bajki, które to niby są pewnikiem. A szkoda, bo trylogii Apollo 18-20 prawdopodobnie nie będzie.

 

Tytuł oryginalny: Apollo 18

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Gonzalo Lopez-Gallego

Obsada: Nie wiem, jakieś fajfusy

Gatunek: Dokumentalizowany thriller

Ocena: 3/10

 

środa, 09 listopada 2011

Ale ten czas leci. Już 3 miesiące minęły od ostatniej odsłony krótkich podsumowań, a w kolejce jeszcze następna część „Najgorszych tłumaczeń tytułów filmów” (NTTF). To co mnie martwi to nie kiepska jakość filmów, które trafiają ostatnio do dystrybucji, a moja pamięć, którą zdaje się mam z filmu na film coraz krótszą. Może dojść w przyszłości do absurdalnych sytuacji, kiedy będę musiał spisywać swoje wrażenie już w trakcie oglądania albo drugi raz obejrzeć film właśnie pod kątem napisania recenzji. Źle to brzmi.

Głód – kolejny po „W imię ojca” bardzo dobry film o IRA i dążeniach Irlandczyków do połączenia dwóch leżących obok siebie części Irlandii. Filmy o chudzielcach to bardzo dobry materiał na film i sukces, a Krystian Bal znalazł właśnie bardzo godnego rywala w postaci Michaela Fassbendera. „Głód” jest brudny, sceny nie napawają optymizmem, nikt się w filmie nie śpieszy, a całość dzieje się w więzieniu. Mimo to, podoba się. Za przywiązanie do ojczyzny i poświęcenie w jej imię mocne 8/10

Trespass – jak przeczytałem polskie tłumaczenie tytułu to straciłem resztki zaufania, jakie pokładałem w naszych tłumaczach. Z dupy wzięta „Anatomia strachu” brzmi bardziej tajemniczo niż przypadki zaginięć w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. Szkoda, że film tak ciekawy już nie jest. Niemal 2 godziny przewracania się, biegania po domu i gadki-szmatki opierającej się na zwrocie „pieniądze albo śmierć”. Tyle, że łotry, które przetrzymują pewną parę w ich domu wcale tak ochoczo do tej ich śmierci się nie zabierają. Dużo głupot, mało konkretów. I jeszcze Kejdż… 5/10

Kac Vegas w Bangkoku – gdyby film nakręcono za czasów Kochanowskiego to o polskim tłumaczeniu tytułu napisałby on zapewne niejedną fraszkę. Następną część proponuję nazwać „Kac Vegas w Bangkoku w Grabinie przy drodze w kartonach”. Kolejny przedstawiciel formuły „szybciej, więcej, lepiej”. Tyle, że lepsze jest wrogiem dobrego i druga część Kaca już tak fajna jak jedynka nie jest. Stu panikuje, Allan w swoim stylu żartuje, Phil próbuje wszystkich zebrać jak zawsze do kupy, a Doug jak zawsze jest najnudniejszy, a to w sumie dobrze, bo jest go mało w filmie. Humor jest, bo to komedia, ale raz śmieszy, a raz irytuje. Film w większości opiera się na poprzedniku i choćby za to należą mu się niezłe baty. Już miałem przygotowaną niską ocenę, ale sama końcówka, pewien występ, mnie nieco rozruszył i za to podwyższam. 6+/10

 

 

Muszę chyba nieco podkręcić tempo i skończyć z paplaniem, „że jakoś, a nie ilość”, a co za tym idzie zacząć sypać recenzjami jak z rękawa. Było już kilku kandydatów do zrecenzowania, ale ostatecznie stanęło na „Robocopie”. Pewnie głównie dlatego, że to dobry materiał na recenzję jest.

Ocena będzie wysoka. „Robocop” (zwany także nieskromnie „Supergliną”) dzisiaj to już legenda. Nieco zapomniany film sprzed niemal 25 lat to kawał naprawdę dobrego, bezkompromisowego kina akcji. Nowy policjant w wydziale, Alex Murphy, rusza w pościg za bandą naprawdę złych zbirów. Nie wiedzieć czemu, zamiast strzelać w opony próbuje postrzelić któregokolwiek z nich bezpośrednio. Kończy się na tym, że mu uciekają, a następne ich spotkanie, w opuszczonym magazynie niezbyt dobrze wychodzi Murphy’emu na zdrowie. W zasadzie to je traci, na co składają się odstrzelone kończyny i przestrzelona czaszka. Nie jestem pewny czy odstrzeliwanie np. rąk jest fizycznie możliwe, ale w przypadku „Robocopa” chyba nikt się nad tym nie zastanawiał. Murphy dostaje drugie życie, zamknięty w stalowym pancerzu napędzany bateryjkami. Tak właśnie narodził się „Robocop”.

Dziwna sprawa, że nikt nie pokusił się o nakręcenie wspólnego filmu Terminatora z Robocopem. Jest „Obcy kontra Predator” to czemu również „metalowcy” mieliby się nie zabawić.

Fabuła filmu jest tak klarowna, że bardziej być już chyba nie mogła. Nie ma tu nic niejasnego,  wszystko się ładnie zazębia, a kolejne sceny dopełniają jedna po drugiej. Po odzyskaniu pamięci Robocop zapała żądzą zemsty do swoich oprawców, a widz będzie z całego serca w tym dopingował i oczekiwał na krwawy finał.

Nie wiem dlaczego, ale blaszanego superpolicjanta polubiłem od samego początku. Może to właśnie za sprawą tego, co go spotkało. Może wątek Murphy’ego i jego rodziny nie jest zbytnio rozbudowany, ale to przecież kino akcji, a nie „M jak Miłość” (przy okazji pozdrawiam Hankę, chyba, że…). Jest kilka dosyć brutalnych scen, które brutalne są nawet dzisiaj, nie wspominając o tamtych czasach.

Co prawda urodziłem się już po premierze filmu, ale nie przeszkodziło mi to w obejrzeniu go jeszcze jako dzieciak. Z sentymentu obejrzałem go po dosyć długiej przerwie i muszę stwierdzić, że dalej smakuje wyśmienicie. Warto sobie przypomnieć albo sprawdzić po raz pierwszy zanim wezmą się za bezczeszczenie kolejnego klasyka, bo remake już od wielu miesięcy jest w planach.

Tytuł oryginalny: RoboCop

Rok produkcji: 1987

Reżyser: Paul Verhoeven

Obsada: Peter Weller, Nancy Allen, Kurtwood Smith

Gatunek: Sensacyjny

Ocena: 8/10

 

sobota, 05 listopada 2011

To nie jest film o miłości. To nie jest film, który wzrusza do łez. To nie jest film, który straszy. To nie jest film z morałem. To nie jest film trzymający w napięciu (powiedzmy). To nie jest film z wartką akcją. To nie jest nawet film śmieszny…

Czymże więc jest „The Big Empty”? Właśnie tym, co jest zawarte w tytule – wielkim niczym. Trochę fabuły, co by się wszystkim lepiej czytało. Gość ma długi. Oczywiście nie widać tego po nim, bo to Ameryka, ale wyprzedaje nawet wszystkie swoje meble (z łóżkiem włącznie), więc trzeba założyć, że jednak nie śmierdzi groszem. 27 tysięcy – tyle wynosi jego debet. Wtem – tadam tadam – zjawia się u niego sąsiad z bardzo lukratywną propozycją. John dostarczy w jedno miejsce pewną niebieską walizkę (bez jej otwierania), a w zamian dostanie okrągłe 25 tysięcy dolarów. Początkowo nie chce o tym nawet słuchać, ale w końcu daje się namówić na pokrycie całej kwoty swego długu. Wyrusza w podróż.

Podróż jest krótka, a John zamieszkuje w hotelu w pewnym dziwnym miasteczku na pustyni, gdzie ową niebieską walizkę ma oddać niejakiemu Kowbojowi (z dużej, bo to prawie jak imię). W oczekiwaniu na niego poznaje kilkoro (tylko z pozoru) bardzo ciekawych mieszkańców.

W założeniu, a bynajmniej tak się domyślam, „The Big Empty” miało być przyjemną komedią połączoną z refleksją na temat życia jako takiego. Jako, że jestem dosyć wymagającym widzem, to filmowi nie udało się ani jedno ani drugie. Typowych gagów raczej tu nie uświadczymy. Są tylko dziwaczne zachowania mieszkańców plus ich paranoiczne anegdoty i „zwariowane” problemy.

Fabuła posuwa się do przodu, ale zamiast wyjaśniać pewne kwestie, rodzi jeszcze więcej dziwnych pytań (coś jak w „Zagubionych”). Tytuł filmu mógł śmiało brzmieć coś a’la „Kowboje i obcy”. W ramach ciekawostki powiem, że Jon Favreau, czyli odtwórca głównej roli, w tym roku naprawił swój błąd i nagrał film o dokładnie takim tytule. Skoro już przy głównym bohaterze jesteśmy… Koleś jest nijaki, a na pewno nie da się go lubić. I pomyśleć, że nakręcił potem dwa „Iron Many” i wspomnianych „Kowbojów”.

„The Big Empty” to wariacja na temat UFO podana w wyjątkowo nieciekawy sposób. Nie chcę już więcej rozmawiać o tym filmie.

 

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Steve Anderson

Obsada: Jon Favreau, Rachael Leigh Cook , Daryl Hannah

Gatunek: Komedia

Ocena: 5+/10

 

 

poniedziałek, 24 października 2011

Czas goi rany. Gówno prawda – mówi Gaspar Noe i robi film, którego dewizą jest myśl „Czas niszczy wszystko”. Bo nie można go cofnąć, bo to co się stało już się nie odstanie, bo jest NIEODWRACALNY.

Noe zrobił film szokujący bez dwóch zdań. Na tym tle szczególnie wybijają się 2 sceny. Podczas pierwszej (a chronologicznie drugiej, ale o tym potem), może nie odwracałem wzroku i nie wymiotowałem na monitor, tylko na spodnie. Żartuję oczywiście. Błądziłem gdzieś po ekranie byle tylko przeczekać i nie patrzeć na to, co było w niej esencją. Chociaż oczywiście było to daremne, gdyż scena była tak dosadna, że dosłownie rozlewała się na cały ekran i wszystko ze szczegółami oglądałem z niesmakiem (i słuchałem). Mowa oczywiście o „akcji” z gaśnicą. Druga scena, w tunelu, była troszkę mniej drastyczna, ale to też zasługa faktu, że byłem na nią wcześniej przygotowany. Mogę tak przeżywać jeszcze dobre kilka akapitów, ale „Nieodwracalne” to przecież nie tylko te 2 sceny, choć te akurat konkretne są zdecydowanie najbrutalniejsze (najbardziej brutalne? ) i bodaj najważniejsze w kontekście całości.

Film jest dramatem. Ale nie takim zwykłym, który się ogląda, żeby umilić sobie czas. Już początek jest dosyć intrygujący.  Sama czołówka, gdzie odwrócone i powykręcane litery szaleją na ekranie, potem kamera buja się na wszystkie strony, a dalej gruby goły facet, bar dla gejów, w tle niezbyt ciekawe dźwięki dla uszu i skrawki obrazu.

Dosyć szybko (im ktoś bardziej bystry tym szybciej, taka zależność) idzie się połapać, że w filmie zastosowano odwróconą chronologię, czyli na chłopski rozum – to co wydarzyło się na końcu w filmie jest na początku i odwracalnie odwrotnie. Jakoś nie jestem przekonany do takiego zabiegu. Czasami jest wręcz potężną zaletą, jak w „Memento” chociażby, ale w większości przypadków jednak nadużywany. Tutaj przez pierwsze pół filmu dzieje się bardzo dużo, zostajemy przyzwyczajeni do naprawdę szybkiego tempa, a żeby w drugiej części filmu być nieco zawiedzionym. Do samego końca czekałem jeszcze na jakąś scenę rozwijającą akcję z finału (czyli z początku filmu – wiem skomplikowane). Niby było małe wydarzenie, które trochę skomplikowało sprawę, ale można było się bardziej postarać. Nie wiecie o czym mówię, prawda?

Tematyka filmu – zemsta to prawdopodobnie najbardziej wciągający motyw wykorzystywany w filmach. Dosyć łatwo ją usprawiedliwić, w tym przypadku nawet jeszcze łatwiej. Podczas pierwszych kilkunastu minut to właśnie ta zemsta i determinacja głównego bohatera nieporównywalna do żadnej innej robi ogromne wrażenie. Nie ma co ukrywać, że to dzięki genialnej grze Vincenta Cassela, który specjalizuje się w rolach twardzielo-cwaniaków. Coraz bardziej lubię chłopa. Lubię też jego filmową i rzeczywistą żonę – rzecz jasna. Monica Bellucci jest tu po prostu zjawiskowa w każdym tego słowa znaczeniu.

„Nieodwracalne” to spora dawka brutalności, przemocy, wulgarności i golizny, ale wszystko to jest usprawiedliwione w 100% i na takie filmy warto czekać. Nawet, jeżeli zdajesz sobie sprawę, że niektóre sceny mogą cię katować. Sama treść zostaje dodatkowo wspomożona przez całą masę dobrych scen, bardzo dobre aktorstwo i szare, nie chcę powiedzieć ciemno-czarne, zdjęcia bardzo zgrabnie dopasowane do stylistyki filmu.



Tytuł oryginalny: Irréversible

Rok produkcji: 2002

Reżyser: Gaspar Noe

Obsada: Vincent Cassel, Monica Bellucci, Albert Dupontel

Gatunek: Dramat

Ocena: 8+/10



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u