sobota, 27 października 2012

„Tylu fajnych chłopaków zmarnowało się przez kobiety”. Ten cytat z „Wniebowziętych” z powodzeniem mógłby odnosić się do Fergusa  gdyby nie to, że zanim poznał on tę dziewczynę był już mało ciekawą osobistością.

Festyn w Belfaście. Angielski żołnierz wyrywa piękną panienkę, wszystko idzie w jak najlepszym kierunku, aż do momentu kiedy poczuje zimno lufy pistoletu przy swojej potylicy. Zostaje porwany przez IRĘ, która bierze go jako zakładnika i żąda jego wymiany za swojego człowieka siedzącego za kratami. Wszystko ma się wyjaśnić w ciągu 3 dni. Żołnierz jest przetrzymywany i pilnowany na zmianę 24 h na dobę. Tyle, że zmiana jednego z żołnierzy IRA – Fergusa wydaje się nadzwyczaj długa, a on sam zaczyna niebezpiecznie spoufalać się z więźniem. Po 3 dniach sytuacja się wyjaśnia, a Fergus zaczyna żyć swoim życiem odcinając się od swojej nielegalnej działalności. W pamięci ma jednak dalej więźnia i tajemniczą Dil, o której tyle wspominał. Postanawia ją odnaleźć i zbliżyć do niej.

Dziwny to film. Początkowe pół godziny jesteśmy świadkiem dialogów pomiędzy Fergusem a więźniem Jodym. Rozmawiają o krykiecie, o piwku na skałce i nie jest dla nikogo tajemnicą, że więzień próbuje wpłynąć tym na działanie pilnującego go żołnierza ochotnika, a tym samym doprowadzić do swojego uwolnienia. Dalej następuje przeskok miejsca, akcji i czasu. Fergus nieprzypadkowo spotyka Dil i zaczyna się…

Jako wielbiciel thrillerów stanowczo protestuję przeciwko nazywaniu „Gry pozorów” właśnie tym mianem. Nie występuje w nim żadne napięcie, nie ma atmosfery tajemniczości, nie ma jakiejś intrygi czy czegokolwiek, co miałoby w finale nagle zaskoczyć. Druga część filmu to mało pasjonujące ukazanie dosyć specyficznej relacji między Fergusem a Dil. W ich związku role zostają odwrócone – to Dil jest facetem, a Fergus zachowuje się jak rasowa kobieta. Nie wie zupełnie czego chce, dąsa się, marudzi, a to Dil dyktuje (w większości dosłownie) mu co ma robić. Przykro mi się na to patrzyło, bo mało w tym było nieprzewidywalności. I tu pojawia się jedna scena. Nie można pisać tekstu o „Grze pozorów” i nie wspomnieć o tym twiście. Nie powiem, wzdrygnąłem się kiedy nagle zostałem uderzony tym nagłym zwrotem akcji, przeszedł mnie impuls, ale przecież ta jedna scena, a raczej jej zaskakujący wydźwięk nie zrekompensuje mi reszty filmu. Po tej scenie (ehh pisanie tekstu bez spoilerów naprawdę potrafi uprzykrzyć życie) znowu przechodzimy do nudnych  dylematów Fergusa. I już do końca jesteśmy katowani próbą zmierzenia się obojga bohaterów właśnie z tą sytuacją. Stephen Rea przez cały film nie zmienia nastroju i ma tę samą, znudzoną minę, a przecież nawet taką ciapę jak Fergus można było zagrać ciekawiej aniżeli tylko przyjmując bierną postawę znudzenia. [SPOILER] Grający Dil Jaye Davidson wypadł o niebo lepiej i to jemu/jej należą się pochwały za grę aktorską w filmie. [KONIEC SPOILERA]

„Gra pozorów” to melodramat jedyny w swoim rodzaju, ale to niekoniecznie musi być jego zaleta. Miałem mały problem z jego ocenieniem, ale jeżeli przyjąć, że najważniejszym czynnikiem wpływającym na ocenę jest zaciekawienie widza, no to przykro mi. Tu już nie mam wątpliwości, że film mnie wynudził i czekałem tylko zaskakującego finału, który miał nadejść. Niestety takowego zakończenia nie było, a cała siła „Gry pozorów” tkwi w tej jednej scenie, która choć jest zaskakująca to nie ratuje filmu.

Tytuł oryginalny: The Crying Game

Rok produkcji: 1992

Reżyser: Neil Jordan

Obsada: Stephen Rea, Jaye Davidson, Forest Whitaker

Gatunek: Melodramat

Ocena: 5/10

niedziela, 30 września 2012

Meksyk. Jeden z najbardziej katolickich krajów na świecie, a jednocześnie państwo z jednym z najwyższych odsetków przestępczości. Kraj paradoksów, gdzie jest ponoć większy „Meksyk” niż u nas. Kartele narkotykowe poczynają tam sobie coraz śmielej, porwania ludzi są na porządku dziennym, a władze albo skorumpowane albo atakowane w brutalnych napaściach. Jednym słowem – piekło. Nic dziwnego, że każdego dnia setki czy tysiące ludzi za cenę swojego życia próbuje przebić się za granicę, do kraju marzeń – USA. Stając przed wyborem – męczyć się większość życia albo zginąć z ręki gangu,  a dać się zabić straży granicznej sporo osób wybiera to drugie. Oczywiście większości woli w ogóle nie umierać, ale przejście za granicę w jednym kawałku bardzo często zależy jedynie od szczęścia, od chwili.

Sayra wraz z ojcem , którego nie widziała szmat czasu wędrówkę do ziemi obiecanej zaczyna aż z Gwatemali. Dziewczyna nie jest zbytnio z tego faktu zadowolona zwłaszcza, że rusza do niemal obcej sobie „rodziny”. Willy z kolei znany jest bardziej jako Casper i przynależy do lokalnego gangu Mara Salvatrucha. Za jego sprawą jesteśmy świadkiem wprowadzania nowego członka do grup, może 12-letniego chłopca mimo, że sam jest od niego ze 4 lata starszy. Przywódca gangu również nie wygląda na więcej niż 20-stkę. Casper za sprawą jednego małego kłamstewka popada w niełaskę szefa. W to wszystko zostaje wplątana dziewczyna Caspera, której ciekawość (ahh te ciekawskie baby) prowadzi ją do zguby. Casper mści się na szefie swojego gangu, za co  oczywiście dostaje zaoczny wyrok śmierci. Zaczyna się polowanie na młodego chłopaka przez innych chłopaków.

„Ucieczkę z piekła” można na upartego podpiąć pod kino drogi. Sporą część filmu oglądamy z perspektywy pociągu, a raczej dachu pociągu, na którym podążają nasi bohaterowie, a potem samochodu. Są cały czas w drodze. To głównie dwójka młodych nastolatków – losy Sayry i Willy’ego zacieśniają się w kluczowym dla filmu momencie. Ambicją Willy’ego jest po prostu uciec choć zdaje się, że chłopak już pogodził się ze swoim marnym losem. Jest mu obojętne czy będzie dalej żyć czy też nie. Tyle, że młoda Sayra wyczuwa w nim bratnią duszę i chce iść razem z nim nawet na koniec świata. „Nie rozumiesz, że jestem już trupem?! Mafia ma dobrą pamięć (…) nawet nie masz pojęcia w co się wpakowałaś”. To dwójka zagubionych dzieciaków, którzy nie potrafią się odnaleźć w tym świecie. Willy zapewne wstąpił do gangu, bo nie miał innych perspektyw w slumsach. Sporo rzeczy musimy się domyślać, ale nie są to raczej skomplikowane sprawy. Film może nie jest tak brutalny jak inne podobne, ale niesamowicie mnie poruszył. Swoją surowością, naturalizmem i oszczędnością w środkach. Nie bazuje na żadnym konkretnym przypadku, ale nietrudno uwierzyć, że takie historie w tym rejonie się zdarzają. Od małego dzieci zderzają się z brutalną przemocą i śmiercią, a  często ich jedynym zajęciem jest właśnie gangsterka. Kosę w żebra można zebrać np. za wejście nie na swój teren. Nasze problemy wydają się niczym w porównaniu z tymi, jakie mają miejsce w ubogich dzielnicach Meksyku.

1,5 h minęło mi jak z bicza strzelił. Film gorzki, smutny i ze smutnymi ludźmi, ale prawdziwy i pewnie dlatego oglądałem go w niemałym szoku. Najbliżej mu chyba do „Amores Perros”, a moim zdaniem jest sporo lepszy niż chwalone „Miasto Boga”.



Tytuł oryginalny: Sin Nombre

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Cary Fukunaga

Obsada: Edgar Flores, Paulina Gaitan, Luis Fernando Pena

Gatunek: Dramat

Ocena: 9/10

piątek, 31 sierpnia 2012

Pomysł przeniesienia gry w statki na ekrany kin wydaje się: a)niezwykle interesujący, b)niezwykle absurdalny. Marketingowo to strzał w dziesiątkę i pewnie nie tylko ja skuszony tą zapowiedzią film obejrzałem. Czy w takim razie "Battleship" jest wierną ekranizacją gry w statki i czy udało się ująć w nim wszystkie najważniejsze jej elementy?

Uwaga będą końcowe spoilery! Nie wydaje mi się jednak, żeby ktokolwiek w trakcie seansu był czymkolwiek zaskoczony na czele z finałem.

Nie. Bądźmy szczerzy – "Battleship" ma tyle samo z ekranizacji gry w statki, co „Siedem” z ekranizacji Biblii. Już w zasadzie wcześniej widziałem ekranizację tej gry i nazywała się „Karmazynowy przypływ”. Albo „Okręt” albo prawie każdy film, którego akcja w sporej części dzieje się na otwartych wodach. Czyli jako ekranizacja odpada, więc co zostaje?

Film podejmuje jakże ważny i oryginalny temat ataku obcych na Ziemię. W rzeczywistości przybysze z innych planet olewają nas od początków świata, co nie przeszkadza twórcom filmów w prześciganiu się w ich portretowaniu. W "Battleship" jak przystało na 2012 rok mają oni super ultra nowoczesne sprzęty, a sami są fanami Iron Mana, od którego przejęli metalowe wdzianko. Nie są w żadnym stopniu zainteresowani eksterminacją gatunku ludzkiego, o ile ten gatunek im nie wchodzi w drogę. Jak się można domyślić – jednak wchodzi.

Amerykanie na spółkę z Japończykami muszą zniszczyć znajdujący się na morzu wielki statek obcych zanim ci zdążą wezwać posiłki. Niby logiczne, ale film to niestety nagromadzenie głupot, na które nie mogłem przymknąć oka ot tak. Chyba za dużo już tego typu filmideł o obcych widziałem. Z 15 lat temu pewnie wszystkie te zagrywki przeszłyby bez żadnego „ale”. Dajmy na to taki mały drobiazg jak fakt, że złowrogi statek obcych w drobny mak niszczy wszystkie statki poza jednym. Ten jeden statek dowodzony jest przez absolutnego żółtodzioba, który chwilę przed inwazją kosmitów miał wylecieć z armii na zbity pysk. Tak się akurat złożyło, że ma tę jedyną szansę udowodnić, że nie jest zmarnowanym talentem i w przeciągu kilkunastu minut przechodzi przemianę, jakiej większości ludzi nie może przejść przez całe swoje życie. Z niechluja, playboya i lekkoducha staje się odpowiedzialnym i mężnym dowódcą. Ale to dalej nie tłumaczy faktu dlaczego statek naszych wrogów, który może zniszczyć statek mężnego dowódcy w każdym momencie, tego nie robi. Być może nie jego kolej – o to przecież w grze w statki chodziło ;)

Sam się teraz zastanawiam co oni przez te 2 godziny robili na ekranie. Część obcych przeniknęła na ląd i tam sieje rozpierduchę, ale znakomita większość filmu rozgrywa się na wodzie i skupia na pojedynku dwóch ekip – dobrej i złej. Pada przy tym cała masa banałów typu „Mój brat zrobiłby to samo.” albo „Umrzemy – ty, ja i ktoś jeszcze inny… Ale nie dzisiaj”. Całość utrzymana jest w trochę humorystycznym tonie, bo chociaż żółtodzioby mają ratować świat to wydają się być dalej na luzie. Tak jak gdyby dalej byli na ćwiczeniach. I rzecz jasna ani przez chwilę nie przeszła mi przez głowę myśl, że mogą tego świata nie uratować. Ostatecznie to emeryci, niepełnosprawni i ci, których w armii dawno być nie powinno, ratują planetę.

Jedyne, co może się podobać to efekty specjalne. Nie oglądam dużo tego typu filmów z fajerwerkami, więc wszelkiej maści wybuchy wyglądały jak na moje oko całkiem w porządku. Nie widziałem żadnego z „Transformersów”, ale gdybym miał zgadywać to temu filmowi blisko do nich jak żadnemu innemu. No ale same efekty to za mało.

Aktorstwo stoi na dosyć niskim poziomie . W rolach głównych Taylor „Kicz” Kitsch, który zgodnie z nazwiskiem zagrał kiczowato i Rihanna, która dla odmiany tu nie śpiewa, ale niczym się nie wyróżnia. Można ją było spokojnie zamienić na kogoś anonimowego i rola wyglądałaby tak samo, ale wtedy film nie miałby gwiazdy. Liama Neesona jest dużo mniej niż myślałem i nie ma za bardzo czego oceniać.

"Battleship" to czysta rozrywka, ale w tym najgorszym wykonaniu. Historia głupia, przewidywalna i napakowana po brzegi schematami, która niczym się nie różni od innych tego typu. Oglądanie filmu dla samych efektów wydaje mi się nieco przesadą. W szczególności, że nie ma ich zresztą aż tak wiele.

Tytuł oryginalny: Battleship

Rok produkcji: 2012

Reżyser: Peter Berg

Obsada: Taylor Kitsch, Rihanna, Alexander Skarsgard, Liam Neeson

Gatunek: Science fiction

Ocena: 3/10

sobota, 28 lipca 2012

Zbliżenie na 3 trupy zalane krwią. Każdy z nich poszatkowany do tego stopnia, że trudno po pierwszym spojrzeniu go zidentyfikować. Mocne wejście kolejnego filmu skrzywdzonego za sprawą polskiego tłumaczenia tytułu (równie dobre co – „To ja, kibol” albo „Londyński bramkarz”).

Film ma przedstawiać historię rzekomo najgroźniejszego przestępcy Anglii – Carltona Leacha. Tyle, że to Michael Peterson aka Charles Bronson jest tym najgroźniejszym zawadiaką na wyspach i jakby się tak zastanowić to tam w tej Wielkiej Brytanii sami najgroźniejsi przestępcy. I oni nam mówią, żeby do Polski nie przyjeżdżać, bo wróci się pewnikiem w trumnie. Phi. Pomijając politykę i spór o najgroźniejszego człowieka  Anglii to ów Leach we własnej osobie wprowadza nas w swoją historię (aktor go grający oczywiście). Od początku do końca jest narratorem i jednocześnie główną personą w filmie, a sam film jest ekranizacją wspomnień, jakie spisał po latach. Jako narrator bez ogródek i zbędnej gadki opowiada ze szczegółami wszystkie występki, których się dopuścił. A trzeba wam wiedzieć, że jego życie to właśnie nic innego jak pasmo rozrób, obitych mord, mocno nieszczęśliwych zdarzeń, obitych mord oraz obitych mord. Krótki początek filmu wskazuje nam rok 1995, żeby w mgnieniu oka przenieść nas kilkanaście lat wstecz.

Carlton przyczyna po przyczynie, zdarzenie po zdarzeniu opowiada jak mówiąc delikatnie jego życie się skomplikowało. Z mało intratnego zajęcia, jakim jest „kibolstwo” szybko przerzucił się na bramki klubów, a potem wyżej i wyżej, krok po kroku, aż natrafił na biały proszek (bynajmniej nie ten od Chajzera). Nie trzeba być zbytnio ogarniętym w temacie, żeby wiedzieć jak szybko tak dochodowa fucha, jaką jest handel dragami może przerodzić się w największe piekło na Ziemi. Tu cię ktoś wyroluje, tam ktoś za mało policzy albo włoży nie ten towar co trzeba i kłopoty piętrzą się w zastraszającym tempie. Gdyby zapytać ankietowanych Familiady czego w życiu nie należy absolutnie robić to „zadzierać z mafią turecką” wygrałoby zapewne cały program. Zresztą czy to rosyjska, jamajska czy turecka, mafia to mafia i z pewnością nie lubi być robiona w balona, jaka by nie była. A jak już raz wdepniesz w to bagno to wyjść z niego bez szwanku i ofiar w ludziach jest dużo ciężej niż zajebiście trudno.


Leach bez skrępowania jak na spowiedzi wdraża nas w metody swojego działania, które bardziej przybliżają go do zwierzęcia aniżeli istoty rodzaju ludzkiego. Brzydzi się uprzejmością. Uważa ją za słabość, a sam praktycznie cały czas chodzi ze skwaszoną miną. Jest jak tykająca bomba, która w każdej chwili, w najmniej spodziewanym momencie może wybuchnąć siejąc przy tym niemały zamęt. Mimo wszystko w pewnym momencie daje się zauważyć, że nawet on ma przebłysk człowieczeństwa i zaczyna niejako ze zdziwieniem czy obrzydzeniem patrzeć na wyczyny swoich kolegów. A jednak wstawia się za kumplami i ryzykując bardzo wiele próbuje ich z tego wyciągnąć. Przez ekran przelewają się całe hektolitry krwi i jak to w światku gangsterskim bywa „brzydkie słowa”. Tempo filmu jest dosłownie zabójcze, bo tak jak wspominałem obitych mord jest tu na pęczki, a akcja nawet na chwilę nie zwalnia. Nie oszczędza się nawet kobiet, na które jest wśród nich tylko 1 określenie. Zresztą jedna z nich przyczynia się w dużej mierze do finałowego rozstrzygnięcia. Wyobrażacie sobie tego typu kino bez Vinnie „warjata” Jonesa? To postarajcie się, bo w filmie go nie uświadczycie. Zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe role odgrywają mało znani mi aktorzy angielscy, ale trudno odmówić im wpasowania się w klimat i realia Anglii. W większości to mocne, zbite bydlaki.

„Zawód gangster” jasno pokazuje, jaką ścieżką nie należy w życiu podążać. Nie jest to jednak film moralizatorski, a męskie, twarde kino nie szczędzące mocnych obrazków i odsłaniające zasady panujące wśród angielskiej gangsterki albo raczej ich brak.

Tytuł oryginalny: Rise of the Footsoldier

Rok produkcji: 2007

Reżyser: Julian Gilbey

Obsada: Ricci Harnett, Craig Fairbrass, Terry Stone

Gatunek: Biograficzny, kryminał

Ocena: 8+/10

 

poniedziałek, 23 lipca 2012

Z angielskiego „The Grey” (tak, czepiam się) to opowieść o wilkach i ludziach, którzy przeżywają moc przygód. W zasadzie to sporo osób nie przeżywa, bo więzi, która łączy ludzi z tymi wilkami zdecydowanie nie można nazwać przyjacielską. W wyniku nieszczęśliwego wypadku grupka chłopów zostaje uwięziona w nieprzyjemnej i mroźnej Alasce. Akurat się tak zdarzyło, że w tym rejonie jest sporo wilków (no popatrz), a wilki jak się okazuje lubią sobie pochrupać kości oraz pojeść mięsko, a jeszcze bardziej ludzkie mięsko i ludzkie kości. 7 chłopa wyrusza więc przed siebie – gdzieś, gdzie nie ma wilków. Może niezbyt ambitny cel wędrówki, ale uwierzcie mi, że ich by to w 100% usy-tasy usatysfakcjonowało. 

Między chłopami szybko pojawiają się pierwsze zgrzyty. Największe pretensje padają pod adresem Dymitra Samozwańca, który jest zdaje się ekspertem od wilków. W tej roli, która jest jednocześnie główną, Liam Neeson i nie powinno to nikogo dziwić, gdyż jego emploi to właśnie role cwaniaków, doświadczonych życiem i zoranych zębem czasu twardzieli. Jako pierwszoplanowa postać – John jako jedyny doczeka się retrospekcji w opowiadanych historiach (mimo, że opowiada każdy), wie o życiu wszystko, a samo życie nie oszczędziło go nic a nic (o czym świadczą nachalne obrazy z przeszłości).

W „The Grey” niczym w rasowym slasherze mamy grupkę osób, która w miarę upływającego czasu kurczy się w drodze eliminacji. Eliminującymi jest grupa wilków, którzy tak jak w moim ukochanym gatunku zwanym horrorem, wykazują się ponadnaturalnymi umiejętnościami. Zwierzęta się czają, a chłopy idą i na tym w zasadzie opiera się film. Idą przed siebie, sami nie wiedzą gdzie, nawet zbytnio się tym nie przejmują. Wspominają coś tam o braku jedzenia, ale robią to niezbyt przekonywujący sposób. Pojawiają się w zamian obowiązkowe rozmowy o Bogu i zachowaniu wilków. Oprócz skakania na drzewa z urwiska nie wykazują się jakąś nadzwyczajną głupotą (ludzie).

Scenariusz jest prosty, a sam film dosyć średni i lubi przynudzić. Wielki plus za końcówkę, a w szczególności za to, że nie była tak sztampowa jak mogła być. Cała reszta pozostaje milczeniem.

Tytuł oryginalny: The Grey

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Joe Carnahan

Obsada: Liam Neeson

Gatunek: Dramat, przygodowy

Ocena: 6+/10

 

W jaki sposób możliwie najwierniej przedstawić jak wygląda praca w danym zawodzie? Przez 7 wybranych dni w tygodniu (a jakże by inaczej!) podążać z kamerą w trakcie jej wykonywania. Tak byłoby z zawodem lekarza, policjanta, drwala czy strażaka. Nie inaczej jest z dealerem narkotykowym, choć to oczywiście nie zawód, a dosyć specyficzny pomysł na zarobek.

Głównym dealerem w filmie jest Frankie. Początkowo mamy dwóch głównych bohaterów, w tym jednego granego przez znakomitego Madsa Mikkelsena, który w dosyć szybkim tempie przebija się obecnie do Hollywood. Czas pokaże czy wyjdzie mu to na dobre. Ostatni jego angaż, czyli rola Hannibala Lectera w serialu, który będzie opowiadał jego losy,  zdecydowanie najciekawszy.  W „Dealerze” gra łysego gościa bez klasy, którego ulubionym tematem jest seks w każdej odsłonie. W pewnym momencie schodzi on jednak na drugi plan, a Frankie zajmuje cały ekran dla siebie.

W wyniku bardzo nieudanej transakcji z brązowym proszkiem na czele Frankie wpada w bardzo duże kłopoty. Nie pomaga mu w tym szybkie zwolnienie z aresztu przez policję (a rozbudza wyobraźnię jego „kolegów”) , a przede wszystkim brak perspektyw mających poprawić jego sytuację finansową. Dodatkowo z minuty na minutę pętla się zacieśnia, a tym samym rośnie determinacja/frustracja wierzycieli Frankie’ego. Wpada on w spiralę śmierci nie do pozazdroszczenia, z której tylko cud może go uratować.

Ku mojemu zaskoczeniu w otwierających film napisach śmignęło mi nazwisko Refn. Kto oglądał „Bronsona” czy niedawny „Drive” ten wie, czym jego filmy są wypełnione. „Dealer” nie jest wyjątkiem w tej kwestii. To bezkompromisowe kino ze sporą dawką przemocy, ale przede wszystkim prawdziwe. Przemoc jest tu całkowicie usprawiedliwiona, jest środkiem do podtrzymywania realizmu tej smutnej historii. Trudno sobie wyobrazić, żeby w światku dealerów wymieniali się oni kwiatkami czy częstowali nawzajem czekoladkami. Nie zdradzę zakończenia rzecz jasna, ale wydaje mi się ono jakoś dziwnie urwane. Film doczekał się po 8 latach sequela, a potem jeszcze jednego filmu, co jak łatwo policzyć tworzy trylogię. Tak się składa, że w chwili pisania tekstu widziałem już wszystkie 3 filmy i głównym bohaterem każdego z nich jest inna osoba, ale grająca już swoją rolę choćby w tej części.

„Dealer” (nie wiedzieć czemu jako jedyny z trylogii przetłumaczony, pozostałe są już sygnowane angielskim słowem „Pusher”) jawi mi się jako mocna historia bez kompromisów. Nie posiada żadnego drugiego dna ani nic z tych rzeczy, ale to żaden zarzut - film wciąga innymi elementami. W miarę komplikowania się sytuacji Frankie’ego film nabiera tempa i wartości, a atmosfera zagęszcza do naprawdę sporych rozmiarów.



Tytuł oryginalny: Pusher

Rok produkcji: 1996

Reżyser: Nicolas Winding Refn

Obsada: Kim Bodnia, Mads Mikkelsen, Zlatko Buric

Gatunek: Dramat, sensacyjny

Ocena: 8+/10

 

piątek, 20 lipca 2012

Długo, długo nic, więc co by się nie nadwyrężać zacznę pomału od krótkiej piłki. Na poważniejsze rzeczy przyjdzie czas. Mam nadzieję.


Babycall - dobrze zapowiadający się thriller i nic ponadto. Historia w pewnym momencie się rozpada na kawałki, których wprost nie idzie poskładać. Odnoszę wrażenie, że scenariusz pisały co najmniej 2 osoby. Tej pierwszej udało się zaciekawić widza i rozbudzić wyobraźnię, tej drugiej udało się zniechęcić widza do własnych przemyśleń.  Noomi Rapace nie zagrała też na miarę swoich możliwości i najlepiej, żeby jak najszybciej o filmie zapomniała. 5/10


God Bless America – kolejny z długiej listy filmów, które miały być szerzej opisane (czytaj zrecenzowane w notce zwyczajnej długości), ale nie wyszło. Frank jest gościem, jakich zapewne wielu w tych czasach. Ma dość głupiutkich programów w TV, rozmów, które skupiają się na byle czym, jest sfrustrowany zgnilizną, jaka panuje obecnie w społeczeństwie (nie tylko amerykańskim). Mimo, że z jego rolą także się utożsamiam to jednak jego młoda wspólniczka – Roxie mnie bardziej oczarowała. Aktorka z bardzo wielkim potencjałem na miarę tego  Chloe Moretz z „Kick-Ass”.  Sam film nieprzewidywalny, nietuzinkowy i zdecydowanie wart obejrzenia. 9/10


Być jak Stanley Kubrick – to, że istniał gość podający się za Stanleya Kubricka wiedziałem wcześniej. Film traktowałem więc raczej jako rozwinięcie tego ciekawego tematu. Główną rolę gościa, który w hotelach, na przyjęciach, bankietach i tym podobnych podawał się za kultowego reżysera gra John Malkovich. I co do tego aktora mam mieszane uczucia. Wydaje mi się, że wybiera sobie strasznie pokręcone role. Tu gra niezwykle irytującą postać homoseksualisty.  I to głównie za jego sprawą film mnie nużył. Jedyne co jest w nim naprawdę warte odnotowania to historia (którą lepiej jednak przeczytać niż tu oglądać) i genialne nawiązania muzyczne do chyba każdego dzieła Kubricka, których było niemało. 5/10

niedziela, 29 kwietnia 2012

Związek Radziecki, początek lat 80. Milicja dostarcza patologowi ciało pewnej kobiety. Z racji trudności w identyfikacji biednej dziewoi nakazuje on wręcz milicjantom wrócić w miejsce odnalezienia zwłok i dokładnie je przeczesać. Kilka godzin później milicjanci wracają nie z rzeczami mającymi pomóc w identyfikacji dawnej znajomej, a z kilkoma następnymi zwłokami. Lekarz sądowy Burakov nie spodziewał się, że jego silna prośba zaważy na jego późniejszym losie, który to oznacza przekwalifikowanie i awans na detektywa stojącego na czele oddziału ścigającego seryjnego mordercę. Od patologa do detektywa – dziś powiedzielibyśmy, że takie rzeczy to tylko w Rosji.

„W Związku Radzieckim nie ma seryjnych morderców. To jest dekadencki fenomen zachodu.” – twierdzi dumnie stojący na czele komitetu sekretarz partii, który czuwa i zatwierdza (a częściej nie zatwierdza) decyzje Burakova – niegdyś specjalisty od medycyny sądowej, dziś Sherlocka Holmesa. Słowa te brzmią jak gadka człowieka niezwykle ograniczonego (bo dlaczego niby seryjni mordercy mieliby atakować w jednych krajach, a w innych takich jak ZSRR już nie?), ale zostają wypowiedziane z taką powagą i przekonaniem, że gdybym słyszał je jako 6-letnie dziecko to mógłbym w nie uwierzyć. Burakov (ciekawą jaką miał ksywę w szkole hłe hłe) od początku nie miał lekko, a z każdego swojego kroku musiał spowiadać się przed komitetem, a ten reprezentujący władzę radziecką skutecznie blokował każdą propozycję mogącą pomóc w schwytaniu tego seryjnego mordercy. A mimo to Burakov wykazuje się niezwykle silną wolą i jest jednym z niewielu ludzi w ZSRR, którym zależy na dorwaniu mordercy, a tożsamość Obywatela X zostaje przed widzem zdemaskowana już w bardzo wczesnej fazie filmu. Zaskakuje fakt, że to niezbyt rozgarnięty człowiek, który Hannibalowi Lecterowi mógłby co najwyżej polerować buty, a i tego zapewne nie zrobiłby dość starannie. Ktoś tak niechlujny i z niezwykle przewidywalną metodą wybierania ofiar, a przy tym niezwykle brutalny morderca dzieci i kobiet naprawdę stąpał po radzieckiej ziemi, bo film jest oparty na faktach i w tym przypadku nie ma powodu, żeby w to nie wierzyć.

Po ilości oddanych głosów na największych światowych portalach filmowych widzę, że film jest niezbyt popularny (póki co, bo zapewne po tej recenzji liczba głosów gwałtownie wzrośnie). Tym bardziej jestem rad, że na niego trafiłem. „Obywatel X” ukazuje nie tylko mechanizmy działania seryjnego mordercy, ale działanie (a może przede wszystkim) Związku Radzieckiego. Pod tym względem film mógłby z powodzeniem zostać pokazywany na lekcjach historii w szkołach. W roli nauczyciela jedyny sprzymierzeniec Burakova – pułkownik Fetisov. Świetnie opisuje np. powody, dla których opinia publiczna ZSRR nigdy nie dowie się o tym, że na terenie ich państwa grasuje seryjny morderca, nie wspominając o tym, że milicja nigdy nie wystąpi o pomoc do FBI czy nawet nie ściągnie posiłków z Moskwy. Oprócz lekcji historii i psychologii możemy także wejść w psychikę człowieka, który podąża tropem potwora. A człowiek ten nie jest żadnym superbohaterem, jest niezwykle wrażliwy i działa pod ogromną presją wiele ryzykując, ale chęć zatrzymania mordów na masową skalę ostatecznie w nim przeważa. W tej roli Stephen Rea, który ma łatwe nazwisko do zapamiętania, ale osobiście go nie znam, choć w rolę Burakova wcielił się poprawnie. Jak dla mnie to dwóch gigantów seniorów go przebiło w tym filmie. Donald Sutherland i w mniejszej roli Max von Sydow. Panowie, którzy chyba będą żyć wiecznie i wiecznie zachwycać i tego im życzę.

Nie wiem komu film polecić. Gdybym napisał, że fascynatom  „serial killers” to zabrzmiałoby to z deczka dziwnie. Niech będzie, że pasjonatom kryminałów choć mogą oni być nieco zawiedzeni tym że mordercę poznajemy tak szybko. Na pocieszenie wspomnę, że reżyser wiedział co robi i taki zabieg tylko podwyższył wysoką wartość tego wciągającego filmu.

Tytuł oryginalny: Citizen X

Rok produkcji: 1995

Reżyser: Chris Gerolmo

Obsada: Stephen Rea, Donald Sutherland, Jeffrey DeMunn

Gatunek: Kryminał, thriller

Ocena: 9/10

 

 

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Trylogia Larssona nie daje o sobie zapomnieć. Najpierw wydana zostaje w papierowej formie i odnosi ogromny sukces na całym świecie. Następnie bardzo udana ekranizacja w szwedzkim stylu, ostatnio kolejne przeniesienie książki na ekrany kin dzięki postaci Davida Finchera. W drodze kolejne 2 ekranizacje dopełniające trylogię w wykonaniu Amerykanów. Ale zanim to nastąpi, już po obejrzeniu pierwszej części Millennium w obu wersjach postanowiłem zapoznać się z jej kontynuacją. Po wzięciu w swoje ręce książki i powierzchownym zapoznaniu się z jej strukturą przypominającą standardowej grubości cegłę zdecydowałem, że będę czytał, ale napisy…

Jeżeli ktoś nie widział/czytał poprzedniej części to proponowałbym przerwanie dalszego czytania tego tekstu. Po nacieszeniu się wakacjami Lisbeth wraca do kraju. Nawet nie próbuję zgadnąć w czym śnieżna Szwecja jest lepsza od chociażby banalnych Karaibów. A w Szwecji na pannę Salander czekają kolejne kłopoty. Dziewczyna mimo woli zostaje wplątana w cały szereg problemów włącznie z oskarżeniem o kilkukrotne morderstwo. Dziwnym trafem w wir śledztwa i bezpodstawnych oskarżeń trafia także jej stary przyjaciel – Mikael Blomkvist. Zaczyna się gra na śmierć i życie (tekst z Polsatu), w której poznajemy kolejne tragiczne zdarzenia z przeszłości, które zaważyły na późniejszej osobowości Lisbeth.

Tak, to Lisbeth gra pierwsze skrzypce w tej historii i co do tego nie ma wątpliwości. Każde zdarzenie kręci się wokół niej i pomimo faktu, że próbują jej pomóc inne, życzliwe osoby to w ostatecznym rozrachunku ona sama musi oczyścić się z zarzutów, a przy tym dbać o to, żeby dosłownie nie stracić głowy. A Lisbeth to oczywiście Noomi Rapace, coraz bardziej rozpoznawalna w światku filmowym. A ta może nie robi już takiego wrażenia jak za pierwszym razem, ale trudno odmówić Szwedce talentu i urody. Z bólem serca muszę przyznać, że Rooney Mara wypadła jednak nieco lepiej niż Rapace w roli nieposkromionej hakerki. Lisbeth w recenzowanym filmie jest dalej zagubiona, wyalienowana, ale jak przychodzi co do czego robi się bezwzględna i nie cofa się przed niczym. Postać trochę paradoksalna, ale aktorce udało się z sukcesem przenieść ją na ekran. Partnerujący jej Nyqvist z kolei wydał mi się naprawdę przeciętnym aktorem.

„Millennium 2” wciąga, bo co jakiś czas dostajemy nowe, czasami zaskakujące informacje. Fabuła dosyć szybko posuwa się do przodu i nie znalazłem w niej słabszego elementu, w czasie którego mógłbym pozwolić sobie na drzemkę. Może sceny z pewnym blond mięśniakiem wyglądają na troche niedopracowane, ale to tylko furtka dla przyszłej, kolejnej ekranizacji. Mimo, że szwedzką wersję stawiam wyżej niż jej amerykański odpowiednik to myślę, że Fincher ma sporo do powiedzenia i może przebić się z dwójką nieco dalej.

Gdyby jednak film nie doczekał się już nowszej wersji to nie będę płakał. Wersja w wykonaniu Szwedów jest naprawdę niezłym filmem. Pomimo zawirowań i masy tajemnic reżyserowi (na spółę z Larssonem) udało się zachować jasność przekazu, a na końcu wszystko zgrabnie wyjaśnić. Muzyka dodatkowo świetnie potęguje napięcie do tego stopnia, że na kolejne sceny aż chce się czekać.

Tytuł oryginalny: Millennium part 2: Flickan som lekte med elden

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Daniel Alfredson

Obsada: Noomi Rapace, Michael Nyqvist. Lena Endre

Gatunek: Kryminał

Ocena: 8/10



wtorek, 28 lutego 2012

No, to trzeba skończyć, to co się zaczęło. Krótko, mam nadzieję, bo chcę jak najszybciej mieć za sobą już ten czas. Ostatnio pisałem, że nie będę płakał i nie płakałem, ale jak tak obejrzałem na własne (no bo niby czyje inne? ;) oczy triumf „Artysty” to zacząłem go jeszcze bardziej nie lubić. Rok 2012 to podzielenie się Oscarami pół na pół, po 5 statuetek dla dwóch filmów hołdów. Tyle, że to nie są równe połowy. „Artysta” zdobył swoje nagrody w zdecydowanie ważniejszych kategoriach z najlepszym filmem, najlepszym reżyserem i najlepszą pierwszoplanową rolą męską na czele. Film zgarnął większość z tego, co miał zgarnąć, a główna tego zasługa to jego niemy i czarno-biały charakter. A nikt już nie pamięta o tym, że treść, a nie tylko opakowanie też się liczy? „Hugo i jego wynalazek” zgarnął Oscary za bardziej techniczne sprawy typu najlepsze zdjęcia, scenografia czy efekty specjalne. Tym samym również sprzed nosa zgarnął te nagrody ostatniej części Harry’ego Pottera, której z 3 nominacji nie zostało nic. A mogło być tak ładnie – Akademia mogła przypieczętować czy docenić koniec sagi o okularniku. Tak zresztą mi się wydaje, że efekty specjalne w tym filmie były lepsze niż w „Hugo”, ale w 3D nie oglądałem, więc coś tam mogło mi umknąć. I te nagrody w zasadzie były największymi niespodziankami tegorocznej gali Oscarowej. O ile można je nazwać niespodziankami, a nie bardziej mini-zaskoczeniem.

Za pierwszoplanową rolę kobiecą nagrodę odebrała Meryl Streep, dla której jest to już 3 Oscar. Sama zainteresowana swoją sporą częstotliwość w nagradzaniu czy nominowaniu też dosyć zgrabnie zaakcentowała w swoim przemówieniu. Najlepszy aktor za pierwszoplanową rolę to Jean Dujardin i tu nie było również żadnego zaskoczenia. Oba Oscary zasłużone, ale szkoda pana Oldmana, dla którego pierwsza bodaj nominacja nie została niestety zamieniona na nagrodę. Czarnoskóra (nie jestem rasistą) Octavia Spencer ma nagrodę za rolę drugiego planu, a jej podziękowania były najobfitsze w łzy. Jej odpowiednikiem, ale w odniesieniu do dziadków mężczyzn  został Christopher Plummer, 82-letni trzeba to podkreślić. Został on tym samym najstarszym aktorem nagrodzonym Oscarem. Prowadzący galę zażartował nawet, że w jego rodzinie dziadkom nie tylko nie pozwala się grać w filmach, ale nawet ich oglądać ;D

Jak wypadła ogólnie gala? Było na pewno sporo żarcików (tak mi się wydaje, bo sporo z nich nie zrozumiałem, ale widziałem, że Clooney zacieszał, więc musiały to być śmieszne żarty – George nie cieszy się z byle czego), sporo reklam (na szczęście powstrzymano się przed reklamą na sam finał), ale ogólnie bez szału. Była to moja pierwsza w całości obejrzana gala oscarowa, więc siłą rzeczy siedziałem w skupieniu oglądając ją mimo późnej (albo wczesnej) pory. Realizator pokazywał non stop te same kilka twarzy na krzyż, czyli Clooneya, Jolie i Pitta, czasami śmignął Scorsese czy Spielberg. A widziałem, że siedziało więcej osób, więc szkoda, że ich nie omiątnięto kamerą. Woody Allen otrzymał kolejnego Oscara, za scenariusz oryginalny, ale jest już tak przyzwyczajony do faktu nagradzania, że nawet się nie zjawił po odbiór. Zabrakło filmów wybitnych w gronie nominowanych i to pewnie z tego powodu nie było takiego szaleństwa. „Rozstanie” pokonało nasze polskie „W ciemności”, ale to żadna nowina, bo irański film mógłby pokonać każdy z 9 nominowanych w głównej kategorii. Przez chwilę przy Holland stał Billy Crystal i to nasze największe osiągnięcie – że byliśmy na ekranie przez dobrych kilka sekund.

W tym roku 4 z 9 pretendujących do miana najlepszego filmu nie zgarnęło żadnej nagrody, w tym aż 2 filmy z Bradem Pittem oraz „Czas konia” „Czas wojny”.

Artysta – 5

Hugo i jego wynalazek – 5

Żelazna dama – 2

Spadkobiercy – 1

O północy w Paryżu – 1

Dziewczyna z tatuażem – 1

Służące – 1

Rozstanie – 1

Debiutanci – 1

I kilka pomniejszych…

Co więcej? Pisać, że w następnym roku może będzie lepiej? Będzie „Hobbit”, będzie nowy Batman i Spiderman, będzie nowa część „Obcego”, która nie jest nową częścią „Obcego” i będą nowe niezależne i ambitne filmy, które zmiażdżą tę blockbusterową śmietankę! Taa…

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u