piątek, 30 września 2011

Najbardziej pożądany film roku? Wiem, że ludzie lubią takie smaczki, więc odpowiem, że tak. Dwóch utalentowanych panów w obsadzie, genialny zwiastun, oryginalność oraz cała otoczka tajemniczości, jaka wytworzyła się wokół „Drzewa życia” zwiastowały coś naprawdę wyjątkowego. Do osoby reżysera Terrence’a Mallicka podszedłem raczej neutralnie. Ma opinię człowieka, który się nigdy nie śpieszy i lubi całymi latami dopieszczać swoje filmy, o których często gęsto przed samą premierą niewiele wiadomo. Z tego co pamiętam oglądałem jeszcze jego „Cienką czerwoną linię” i był/jest to film znakomity. „Drzewo życia” [UWAGA SPOILER!] takim filmem nie jest.

Moje oczekiwania jak widać były wysokie, a po Cannes notowania filmu jeszcze bardziej wzrosły. Film skierowany do bardzo wąskiego grona osób – to wypada wspomnieć na początku. Pierwsze sceny zwiastowały bez wątpienia, że będzie to film ambitny. Mallick w mojej opinii przeszarżował z tą ambicją. Rozumiem, jakie były jego intencje, co chciał tym filmem przekazać, ale sposób w jaki to robi częściowo mi po prostu nie odpowiada. Kilkunastominutowa gama obrazów żywcem wyjęta z programów przyrodniczych była pierwszą oznaką kłopotów. Sceny mogące być luźną adaptacją „Trenów” Kochanowskiego zwyczajnie do mnie nie trafiły. Apostrofy syna do rodziców i na odwrót wydały mi się w połączeniu z obrazem nawet nieco prymitywne. Oryginalny montaż i nietypowe ujęcia kamery po pewnym czasie zaczęły mnie irytować.

Mimo, że niektóre sceny były bardzo dobre i skłaniały do głębokiej refluksu refleksji  to za chwilę wplatały się między nie te dużo gorsze, co oczywiście wpłynęło na ocenę końcową. 2 godziny 18 minut to sporo czasu, który skróciłbym nawet o połowę. Z tej części zmontowałbym na pewno dużo lepszy film. Do odstrzału poszłoby większość nowatorskich scen. Tematyka filmu (ból po utracie syna, relacje rodzinne itd.) jest każdemu jak najbardziej znana mimo, że niełatwa. Tyle, że nie samą tematyką żyje człowiek. Trzeba to jeszcze jakoś przekazać i właśnie to zawiodło najbardziej – przekaz treści, który momentami jest nieczytelny, niezrozumiały, a większości po prostu nudny i mało interesujący.

Brad Pitt spełnił moje oczekiwania w całości, Sean Penn już natomiast nie bardzo. Głównie dlatego, że tego drugiego jest stanowczo za mało. To co gra – gra dobrze, ale jego rola mogłaby być dużo bardziej rozbudowana i nikt pewnie by nie narzekał. Jessica Chastain w roli matki, zupełnie wcześniej mi nieznana, również bardzo dobrze zinterpretowała swoją rolę.

Być może film jest dla mnie za ambitny. Nie wykluczam takiej możliwości i się do tego jawnie przyznaję. Nie poleciłbym go nikomu. A ponoć następny film Mallicka ma być jeszcze bardziej eksperymentalny… Uciekaj kto może!

Tytuł oryginalny: The Tree of Life

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Terrence Mallick

Obsada: Brad Pitt, Hunter McCracken, Jessica Chastain, Sean Penn

Gatunek: Dramat

Ocena: 6+/10





wtorek, 20 września 2011

Jak namówić kogoś do gadania? Jakim sposobem wydusić z człowieka tę jedyną prawdę? Zastanawia się pewnie niejeden. W przypadku, kiedy chodzi o miliony istnień ludzkich nie ma czasu na głaskanie i masaże (hmm…).

Jeden wariat ogłasza, że za kilka dni wybuchną 3 bomby atomowe w 3 wielkich miastach USA. Wiemy to, bo sam je pokazuje, a potem osobiście przekazuje tę wesołą nowinę. Na własne życzenie zostaje złapany, ale jak się szybko można domyślić nie po to, żeby wyjawić ich lokalizacje… Nie mówi tego ani czarnuchowi pod postacią Samuel L. Jacksona (i wcale mu się nie dziwię) ani też przemiłej Carrie-Anne Moss (i tu można już być nieco zaskoczonym). W każdym razie nic nie powie, nie ma bata na Mariolę. A czas się przecież nie cofa…

Film od początku kojarzył mi się z jakimiś politycznymi podtekstami, machlojkami, spiskami na skale międzynarodową i tym podobnymi pierdołami. A tu zaskoczenie! Wystarczy znajomość skrótów FBI oraz CIA, nic więcej. Arthur Younger, po muzułmańsku Yusuf, ma 3 bomby, ale i FBI dysponuje specjalną bronią być może nawet dorównującą tym trzem (to się dopiero okaże). Tą bronią jest „H”, tajemniczy czarnoskóry gość od brudnej roboty. Po drugiej stronie barykady wspomniana wcześniej brunetka i oboje (powiedzmy, że na zmianę) próbują wydusić z Araba te 3 miejsca warte kilkanaście milionów ludzi.

Metody Helen są legalne, ale w tym przypadku zupełnie nieskuteczne, za to „H” działa niegrzecznie, ale z efektami. Problem polega na tym, że za wszelką cenę trzeba zdobyć te informacje. Od tego jest „H”, ale z kolei jego niehumanitarne metody pracy (raczej niezgodne ze standardami bezpieczeństwa) nie zawsze znajdują poparcie i zgodę wśród reszty. I robi się spory problem. Bo ktoś musi wziąć odpowiedzialność za to, co zrobi się temu człowiekowi, ktoś za to odpowie, jeżeli nie przed sądem to są jeszcze przecież skrupuły, jest sumienie. „Jeżeli mnie nazywacie barbarzyńcą to kim wy jesteście znęcając się nade mną?!” Pyta młody islamczyk i pyta mądrze. I sporo takich mądrych pytanio-dylematów w filmie pada. Czymże jest jedno życie ludzkie skoro za jego cenę można uratować ich całe miliony? Na papierze to prosty rachunek. Gorzej, jeżeli trzeba podjąć tę decyzję.

Akcja filmu to w zasadzie jedno pomieszczenie, coś na kształt schronu, gdzie bombiarz walczy w pojedynkę o prawdę z dwojgiem przesłuchujących oraz wojskiem i FBI. Są sceny mocne (dla mnie przynajmniej, zależy co kto już widział), ale nie są one nadmierne wyeksponowane. Są raczej tłem, środkami pomocniczymi służącymi ukazaniu właściwej treści. Ale skomplikowane zdanie nabazgrałem. A tak naprawdę chodzi o to, że jest krew, ale więcej się straszy niż właściwie pokazuje, więcej nie widać niż widać. Tak samo można było zrobić z zakończeniem i prawie się to udało. Prawie, bo moim zdaniem niepotrzebne jest tych kilka zdań już na napisach końcowych. Było zostawić furtkę i miejsce na domysły.

Ról Jacksona i Moss nie trzeba szerzej komentować. Oboje już dawno udowodnili swoją wartość na rynku aktorskim i tutaj w dalszym ciągu ją potwierdzają. Chociaż Samuela można nie poznać – zupełnie inny niż np. w „Pulp Fiction”. Trzeci bohater – Michael Sheen mimo, że zbyt wiele nie ma do powiedzenia to pokazał się z bardzo dobrej strony. Miał trudne zadanie i wywiązał się z niego na 5.

No cóż – nie zastanawiać się i oglądać. Bardzo miłe zaskoczenie wśród całej masy powielaczy schematów i innych „badziewiów”.



Tytuł oryginalny: Unthinkable

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Gregor Jordan

Obsada: Michael Sheen, Samuel L. Jackson, Carrie-Anne Moss

Gatunek: Thriller

Ocena: 8+/10



Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u