czwartek, 23 września 2010

- Dlaczego Robin Hood?

- Bo Jean-Michael Jarre.

Nie mogłem nie zacząć od żartu jak jest taka okazja. Żartu, którego sam pan Hamburger by się nie powstydził. Ridley Scott, reżyser najnowszych przygód Robina, powinien się nieco jednak wstydzić. Najświeższy Robin Hood jest opowieścią… bez Robin Hooda! Chyba pierwszy raz na ocenie filmu przeze mnie odbiło się to nieczytanie opisów przed jego obejrzeniem. Scott doszedł zapewne do wniosku, że za dużo razy historia leśnego filantropa gościła na ekranach w poprzedniej wersji, więc postanowił nadać jej nieco innego charakteru. Pokazuje narodziny legendy, a sam film kończy się w miejscu, gdzie większość historii o Robinie się zaczyna. Warto go za to pochwalić? Za pomysł jak najbardziej, za wykonanie (a w szczególności scenariusz) już nie bardzo.

Russel Crowe, odtwórca głównej roli, sam jeszcze przed zakończeniem zdjęć wspomniał, że co by na planie nie zrobił i tak wszyscy porównywać będą jego rolę do tej z „Gladiatora”. I dobrze prawił – ja też będę :) Ten sam schemat budowania postaci, te same miny, podobne gesty, tylko realia historyczne inne. Odtwórczość to główny grzech nowego Robin Hooda.

Co się okazuje, że jeżeli obedrzeć Robin Hooda z legendy Robina, czyli rabowania bogatych i dawania biednym, nie zostaje tak naprawdę nic interesującego do ukazania. Mało odkrywcze, a reżyser się na to złapał. Przez dużą część z tych 150 minut na ekranie wieje nudą. Nawet kilka sekwencji bitewnych dużo w tym aspekcie nie pomaga. Oprócz tego razi „hollywoodyzm” filmu. I tak wiemy na pewno, że każda strzała Robina dojdzie do celu, a w nim samym dokona się cudowna przemiana w mgnieniu oka. Poza tym jest jeszcze parę innych zagrań, których nie będę przytaczał z czystej życzliwości albo lenistwa, jak kto woli.

Bardzo ładne zdjęcia - ładne zamki, ładne konie, ładne stroje i rekwizyty. Od strony technicznej film prezentuje się wręcz wzorcowo. Aktorzy, Russel Crowe, Cate Blanchett i Mark Strong, których to najczęściej możemy podziwiać na ekranie, dali z siebie dokładnie tyle, na ile oczekiwałem po nich, czyli nie ma się gdzie przyczepić. No może Cate jako niestrudzona kobieta roli zagrała nieco lepiej od reszty (wyjątkiem może być jeszcze jej filmowy papa – w tej roli prawdziwy weteran Max Von Sydow).

To, że film mi się nie spodobał zrzucam w dużej mierze na karb tego, że czego innego się po nim spodziewałem. Zmyliły mnie też chyba trochę zwiastuny, po których oczekiwałem filmu brutalnego i jak najbardziej „dorosłego” w sensie, że dla dorosłych. Tymczasem okazało się, że na tego Robina w pełnym tego słowa znaczeniu przyjdzie mi jeszcze poczekać. O ile dojdzie do sequela i o ile w ogóle był planowany, a coś mi mówi, że mógł być. Taką odświeżoną legendę w wykonaniu Scotta z chęcią brałbym w ciemno. Tyle, że film w parze z „Księciem Persji” może pochwalić się jedną z większych porażek tego roku w box office’ach.

Mimo wszystko Robin Hood 2010 to prawidłowo wytłoczony obraz. Co prawda z kilkoma niedoróbkami (m.in. brak prawdy historycznej od początku do końca i z lądowaniem w Normandii a’la „Szeregowiec Ryan”), ale można na nie przymknąć oko, szczególnie, jeżeli nie było się asem z historii. Za mało napinanych łuków i przebijanych ciał, za dużo gadania i polityki.

Edit: Przy okazji tej notki z ciekawości podliczyłem sobie liczbę recenzji i okazuje się, że ten wpis jest 50 recenzją na blogu! Czyli 100 lat 100 lat! Jakoś szybko to minęło, szkoda, że przy okazji akurat takiego filmidełka. Gdybym wiedział wcześniej przygotowałbym coś specjalnego, aj słer. A tak trzeba czekać z tym do równej setki.

 

Tytuł oryginalny: Robin Hood

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Ridley Scott

Obsada: Russel Crowe, Cate Blanchett, Mark Strong, Max Von Sydow

Gatunek: Przygodowy

Ocena: 6/10

środa, 22 września 2010

Nemo Nobody, urodzony 9 lutego 1975 roku, budzi się po długim śnie w roku… 2092! Technika posunęła się na tyle do przodu, że ludzie stali się nieśmiertelni. Wszyscy oprócz wymienionego już 117-letniego staruszka. Przeczuwając zbliżający się koniec decyduje się na udzielenie ostatniego wywiadu do gazety. Ma to być prosty wywiad z odpowiedzią na to najważniejsze pytanie: jak spędziłeś swoje życie?

Starzec, z racji tego, że nie jest już pierwszej daty, że tak powiem, przytacza sytuacje z życia, która są bardzo zagmatwane. Bardzo trudno odnaleźć się w tym całym gąszczu przeróżnych zdarzeń, brak tu logiki, występuje pełno sprzeczności. Nawet gdyby udało się powycinać poszczególne sceny i próbować poukładać je w porządku chronologicznym zapewne dalej byłby to duży problem. Poznajemy Nemo nie tylko w różnych okresach jego życia (od wczesnych lat dzieciństwa, przez mało- i pełnoletniość, aż do „pełnej” dorosłości), ale także w różnych, alternatywnych wersjach tego samego życia. Dokładnie są to 3 wersje, z 3 różnymi kobietami u boku Pana Nikogo. Czyni to z mózgu niezłą sieczkę. Na moje szczęście przestałem w pewnym momencie zastanawiać się nad uporządkowaniem historii, a bardziej skupiłem na jej przeżywaniu.

Mr. Nobody to właśnie taki typ filmu, do przeżywania. Porażająco refleksyjny, posiadający w sobie pewien urok i magię (i nie mam na myśli bynajmniej tej magii potterowskiej :). Nasuwa wiele pytań i refleksji jeszcze w trakcie oglądania. Dzięki ukazaniu tej historii w kilku odsłonach pokazuje potęgę wybierania, pokazuje jak poszczególne decyzje, niektóre z pozoru o mniejszym ciężarze, mogą wpłynąć na dalszy tok wydarzeń. Odwołuje się tu do efektu motyla – jedna decyzja pociąga za sobą cały szereg innych, a wszystko to zależeć może nawet od najbardziej drobnego i absurdalnego szczególiku. A skoro większość naszych wyborów i tak zależna jest od szczęścia i zbiegów okoliczności to może, by tak swoje życie zawierzyć w całości ślepemu losowi. I Nemo w pewnej chwili tak robi. Wyryje na monecie z jednej strony „tak”, z drugiej „nie” i przy każdej nadarzającej się okazji z niej korzysta. Może to i dobra taktyka, przynajmniej nie ma się potem wyrzutów sumienia.

Autor obrazu nie ukrywa, że to w miłości widzi tę siłą napędowa życia. Miejscami wszystko to przyprawia jakąś naukową paplaniną. Nie da się też nie zauważyć wszechobecnego patosu, ale wydawał mi się on jakiś (sic!) przyjemny. Taki to też jest film – albo go kochasz albo nienawidzisz. Jeżeli nie przypadnie do gustu po kilkunastu pierwszych minutach to lepiej go sobie odpuścić niż się męczyć, bo potem nie będzie „lepiej”. Ja go z miłą chęcią obejrzałem od deski do deski i myślę, że będę do niego wracał.

Film nie ukazał się w szerokiej dystrybucji, był pokazywany w Wenecji w poprzednim roku, i szczerze powiedziawszy nie wiem czy w takowej na świecie się ukaże. Wiem natomiast, że w Polsce pojawi się w kinach bodajże za jakiś miesiąc (czy nawet równo miesiąc) i warto go tam sprawdzić.

I na koniec ciekawostka – Jared Leto bardzo dużo się w tym filmie nagrał. Ponoć zagrał w aż 12 wersjach Nemo. Czyli tak na dobrą sprawę dobrze, że tak rzadko gościmy go w filmach, przynajmniej w każdym się stara, a nie świeci tylko nazwiskiem.

 

Tytuł oryginalny: Mr. Nobody

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Jaco Van Dormael

Obsada: Jared Leto, Diane Kruger, Sarah Polley

Gatunek: Sci-fi

Ocena: 9/10

wtorek, 21 września 2010

Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów roku, także przeze mnie. „ Wrzucę do jednego filmu tyle gwiazd kina akcji ile się zmieści i zrobię taką rozpierduchę, że rozsadzi wam banie, a oczy zaleją się łzami w sentymencie za latami 80. To będzie powrót prawdziwego kina akcji!” – grzmiał Sylvester Stallone na długo przed premierą. Ja już wiem, że wszystkich obietnic nie spełnił, co było w sumie do przewidzenia.

Zamiast Van Damme’a, Chucka Norrisa czy Stevena Seagala zatrudnił Jasona Stathama, Jeta Li i Mickey Rourke’a, który to niezbyt specjalnie zasłynął chyba swoimi występami w filmach akcji. Jest jeszcze Dolph Lundgren, którego było jak dla mnie trochę za mało i Eric Roberts, którego z kolei było aż w nadmiarze. Jest jeszcze kilku wrestlerów, zupełnie niepotrzebnych, bo robią w zasadzie za pośmiewisko. Rozumiem, że porządny mięsień musi być, ale z nimi to już przesada. Aktorzy z nich żadni, a gdybym chciał obejrzeć wrestling to… bym go sobie najnormalniej w świecie obejrzał. Ahhh mamy jeszcze Arnolda Schwarzeneggera i Bruce’a Willisa tyle, że widzimy ich na ekranie w jednej scenie trwającej może ze 3 minuty. I pomimo, że Arni wyglądał mi na jakiegoś wychudzonego, zmarnowanego, z deczka sztucznego to kiedy zobaczyłem go razem ze Stallone’m i Willisem poczułem to „coś”. To właśnie nimi powinni być zapełnieni „Niezniszczalni”.

Nad opisem nie będę się zbytnio rozwodził, bo wiadomo o co chodzi – alleluja i do przodu. Zresztą scenariusz był pisany chyba w 2 dni i to widać. Sly nie wysilił się zbytnio, żeby to jakoś wyglądało. Mamy więc wrzucony na siłę wątek miłosny i tylko zarysy bohaterów, cienie w zasadzie, a nie postacie. I tak np. Jet li jest mały i domaga się podwyżki z tego powodu, Mickey Rourke umawia się z kobietami lekkich obyczajów, ale tak naprawdę szuka tej jedynej, a Dolph Lundgren ma spaczoną psychę i ćpa.

Film trwa 1,5 godziny, a spełnienie obiecanek dostajemy tak na dobrą sprawę jakieś 20 minut przed końcem. Dopiero wtedy wykazują się nasi niezniszczalni najemnicy i pokazują na co ich stać. Rzucają nożami, łamią nogi, przestrzeliwują klatki piersiowe i wysadzają wszystko jak się patrzy (a raczej „nie patrzy”, bo wysadzają praktycznie na oślep). Robią to z taką pasja i zamiłowaniem, że miałem przez chwilę wrażenie, że zaczną się sami siebie nawzajem wybijać.

Narzekam i narzekam, ale ogólnie jako całość film w swoim gatunku może być określany nawet jako dobry. Żarciki sypią się gęsto i niektóre są nawet zjadliwe. Nie żeby od razu je powtarzać, bo większość to docinki słowne skierowane do indywidualnej persony. Nie pokazuje nic nowego, nie ma rewelacji, czysta akcja, miejscami zbytnio przesadzona i nic więcej. Za kilka lat o filmie nie będzie się pamiętać. No chyba, że Sly postara się bardziej w kontynuacji, którą niemal już oficjalnie zapowiedział.

 

Tytuł oryginalny: The Expendables

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Sylvester Stallone

Obsada: Sylvester Stallone, Jason Statham, Jet Li, Eric Roberts, Dolph Lundgren

Gatunek: Akcja

Ocena: 7-/10

poniedziałek, 13 września 2010

Film inny niż wszystkie dotychczas przeze mnie zrecenzowane. Inny, bo dokumentalny. Kiedyś oglądałem ich całkiem sporo, dzisiaj raczej jakieś pojedyncze dokumenty, niezwykle rzadko. Pewnie dlatego, że TV oglądam mniej niż jeszcze te kilka lat temu. Wiadomo – telewizja kłamie i ogłupia.

„Czekając na Joe” zachęcił mnie wysoką oceną na kilku portalach filmowych. Nie zawsze średnia ocen tych kilku tysięcy osób równa się mojej nocie, to oczywiste, ale tym razem to chyba dodatkowo jeszcze śnieg przyciągnął moją uwagę. Nie ukrywam, że lubię filmy z akcją umiejscowioną na odludziu, gdzieś pośród piaskowych wydm na pustyni czy w drugą stronę – pośród śniegu, lodu i temperatur schodzących grubo powyżej -30 stopni. Takie filmy już na starcie mają u mnie plusa, właśnie za to, za piękne widoczki i klimat nie do opisania (właściwie to klimat można opisać? Chyba tylko poczuć go można). Mistrzowskich ujęć i widoków zapierających dech w piersiach jest tu jak na lekarstwo. Żartuję – oczywiście jest ich cała masa.

Wszystko działo się w roku pańskim 1985, kiedy to dwóch przyjaciół alpinistów Simon Yates i Joe Simpson, odpowiednio 21 i 25 lat, zabierają się do nielada wyczynu. Postanawiają wejść na niezdobytą do tej pory część góry Siula Grande bodajże w Peru. Do pokonania mają coś koło 6 tysięcy metrów stromego terenu i drugie tyle na zejście rzecz jasna.

Z racji tego, że główni zainteresowani, po kilkunastu latach, relacjonują nam tamte wydarzenia już na początku możemy być pewni, że przeżyli. Nasza uwaga powinna się koncentrować na tym nie „czy”, ale „jak” udało im się przeżyć. W zasadzie nie do końca jest to film dokumentalny. Mamy dwójkę bohaterów – narratorów i dwójkę ich zmienników, inscenizatorów odtwarzających niebezpieczną wyprawę. Coś jak w programie „997” tyle, że z dużo lepszym skutkiem.

Zmiennicy, że tak sobie pozwolę ich ochrzcić, tak na dobrą sprawę nie odzywają się w ogóle. Ich zadanie polega na możliwie jak najwierniejszym odtworzeniu ruchów młodych alpinistów. Z kolei „prawdziwi” uczestnicy tamtej eskapady dopowiadają przed kamerą całą resztę. I trzeba im przyznać, że robią to nadzwyczaj dobrze. I jedni i drudzy. Ich niemal plastyczne opisy sprawiają, że nawet bez obrazu byłbym w stanie sobie to wszystko unaocznić. Mówią jak najbardziej zrozumiale, nie nadużywają jakiś tam specjalistycznych określeń, a co najważniejsze mówią żywiołowo, z pełnym przejęciem, tak jakby wszystko to zdarzyło się wczoraj.

Słowa „śmierć” i „umrzeć” przewijają się w tym obrazie bardzo, bardzo często. Co chwila jeden czy drugi alpinista tłumaczy, że był PEWNY, że to już koniec, że tam umrze. I słuchając ich ja także byłem tego pewny – że oni byli pewni. Nie przesadzają, nie koloryzują, nie zmyślają, nie ma w ich relacjach ani krzty patosu, mówią po prostu to, co wtedy, na tamten moment czuli i myśleli. Otarli się o śmierć, kilka razy przyszło im podjąć trudne decyzje (w tym tę jedną najtrudniejszą), ale dzięki nadludzkiemu wysiłkowi i chęci do życia pozostali przy nim. Jedni nazwą to cudem, inni fartem, jeszcze inni opatrznością bożą bądź głupotą, że w ogóle zdecydowali się na tak trudną wspinaczkę.

Nie podoba mi się polski plakat do tego filmu. „Co zrobisz, żeby przeżyć?” te 6 lat temu  może i było dobrym pomysłem, dzisiaj kojarzy mi się już niemal tylko z niezwykle popularnymi horrorkami potworkami. Głównie mam tu na myśli cały tartak „Pił”. Wiem, że niewiele osób zwraca uwagę na plakat przy wyborze, ale mnie to jednak trochę uraziło. Zabolało mnie, to musiałem się podzielić.

Pomimo późnej pory oglądania nie zmrużyłem oka na filmie ani razu. Człowiek w ekstremalnej sytuacji, zdany tylko na siebie, bez żadnej nadziei na pomoc z zewnątrz, przekraczający raz po raz kolejne granice swojej wytrzymałości. Warto zobaczyć, chociażby po to, żeby przekonać się czemuż to trzeba było czekać na tego Joe.

 

Tytuł oryginalny: Touching the Void

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Kevin Macdonald

Obsada: Simon Yates, Joe Simpson, Nicholas Aaron, Brendon Mackey

Gatunek: Dokumentalny/Dramat

Ocena: 9/10

środa, 01 września 2010

Cameron Poe to zasłużony dla kraju wojskowy. W krótkiej scenie początkowej widzimy jak cała jego dotychczasowa kariera zostaje zaprzepaszczona, co by nie mówić – nie z jego winy. Kilku zbirów w barze zaleca się do jego żony, a że Cameron stoi im na przeszkodzie… Marine oczywiście wygrywa w konfrontacji 3 na 1, przegrywa natomiast na sali sądowej. Trafia za kraty na 8 wcale niedługich lat.

To nie w więzieniu dzieje się właściwa akcja filmu, a w samolocie, też z więźniami. Cameron otrzymuje w końcu upragnione zwolnienie warunkowe, w końcu zobaczy córkę, która urodziła się już podczas jego pobytu w pace. Na jego nieszczęście, oj jakie straszne nieszczęście, zostaje wrzucony do jednego samolotu z największymi degeneratami USA przewożonymi do innych więzień. Ci z kolei wpadają na genialny pomysł przejęcia pojazdu, a zabawa się dopiero zaczyna.

Rozpędziłem się z tym opisem, że może mi weny nie starczyć na resztę recenzji. Z jednej strony akcja, z drugiej bezsensowny bełkot. Są wybuchy, ktoś tam kogoś raz na jakiś czas zarżnie, są utarczki słowne między więźniami – jak dla mnie zdecydowanie najlepszy element z wymienionych. Dialogi są bardzo nierówne. In plus zaliczyć należy na pewno humor, in minus całą głupią gadkę dzielnego wojaka i jego „nienaganną” postawę, bez której nie byłoby tego filmu. W jego rolę wcielił się nikt inny jak Nicolas Cage. Nie zaprezentował się ani źle ani dobrze, średnio raczej, czyli jak na niego to wspiął się na wyżyny swoich umiejętności.

Lista błędów w fabule jest podejrzewam dłuższa niż liczba nazwiska u Wildsteina. Jakim kretynem trzeba być, żeby do jednego samolotu wpakować największych gwałcicieli, seryjnych morderców i handlarzy narkotyków? A od tego się zaczyna. Z czasem przywykłem już do skrajnego braku realizmu i po prostu przestałem na to zwracać uwagę. Oczywiście do czasu, aż akcja nie przestała mnie nudzić.

Oprócz Cage’a w obsadzie świetny John Malkovich jako genialny psychopata, irytujący John Cusack (ten koleś nie jest już chyba mnie w stanie zaskoczyć) i Steve Buscemi na deser, „miszcz” ról drugoplanowych, który i tutaj pozamiatał w roli niezrównoważonego i nieobliczalnego mordercy. Dobrze zagrało jeszcze kilku anonimowych murzynków, których nie pamiętam z nazwiska. Ogólnie załoga samolotu spisała się bardzo dobrze, cała ekipa pościgowa wręcz przeciwnie.

Dobry film akcji z tradycyjnie skopaną końcówką i kilkunastoma wpadkami. Przyjemny dla oka, bez brutalności i wulgaryzmów, obejrzeć i zapomnieć.

 

Rok produkcji: 1997

Reżyseria: Simon West

Obsada: Nicolas Cage, John Cusack, John Malkovich, Steve Buscemi

Gatunek: Sensacyjny/Akcja

Ocena: 6+/10

 

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u