wtorek, 30 sierpnia 2011

Doprawdy przedziwny jest początek tego filmu. Kilkunastu chłopa wysmarowanych mąką po całości gapi się na ogromne, rozłożyste drzewo. W końcu zrywają się, dosłownie rzucają na nie i wspinają coraz wyżej lub niżej. Bo trzeba nie tylko uważać, żeby samemu z niego nie spaść, ale i pilnować, żeby nikt nie zafundował ci bolesnego upadku. Po kilku minutach przychodzi przełom – jeden z nich ściąga z korony drzewa flagę, ale to dopiero połowa sukcesu, bo do pełnego wykonania zadania musi jeszcze szczęśliwie zejść. Po słowach „Zrzućcie go!” wnoszę, że nie będzie to wcale łatwe zadanie.

Kilka kolejnych minut później ze świątyni ktoś kradnie świętą głowę świętego posągu Buddy. Posąg Ong Bak to dla wioski największy skarb, więc jej mieszkańcy są tą zuchwałą kradzieżą bardzo zmartwienie. Wtem, jak grom z jasnego nieba, spada im na głowę Ai Bak Tim, ten sam chłopak, który wygrał niedawne zawody wspinania się. Obiecuje odnaleźć resztą posągu i przywrócić tym samym dobre nastroje w wiosce. Znana jest tożsamość złodziejaszka, więc nie powinno być to znowuż takie trudne. A jednak…

Gdybym wcześniej czytał opis tego filmu na pewno bym się za niego nie zabierał. Poszukiwania świętej głowy jako główny cel podróży brzmią jak jakiś absurd i w gruncie rzeczy w czasie filmu kilka razy naszła mnie taka refleksja. O posągu gada każdy, a jego najbardziej zapalony poszukiwacz jest nawet w stanie oddać własną głowę za głowę posągu. Sic, oni tak na poważnie? – pytam sam siebie. Niestety tak. Dlatego też radzę machnąć ręką na te pierdoły fabularne i po prostu film oglądać. A jest na co popatrzeć.

„Ong Bak” to tak na dobrą sprawę i bez cienia przesady ciąg niezwykle widowiskowych walk spod znaku muay thai. Zapomnijcie o wyczynach Van Damme’a, Seagal’a czy innego Chucka Norrisa. Bohaterowie tego filmu potrafią wykonywać tak wymyślne akrobacje, że bez żadnych przeszkód mogliby zająć kilka odcinków discoverowskiego „Jak to jest zrobione?”. Do głowy by mi nie przyszło, że można robić takie rzeczy z ludzkim ciałem, a tu proszę. Dialogi, aktorstwo, scenariusz – wszystko to nie ma w filmie większego znaczenia. Od początku do końca to efektowność gra w nim pierwsze skrzypce. Szczególnie podobały mi się tzw. kuksańce, czyli jak jeden drugiego paca w głowę. Zresztą najbardziej efektowne sceny powtarzane są 2, a czasami nawet i trzykrotnie. Tak jakby twórcy nie chcieli, żebyśmy cokolwiek przegapili. Namęczyliśmy się, żeby to zrobić, to teraz podziwiajcie z rozdziawioną buźką.

W „Ong Bak”, jak też w większości filmów stricte rozrywkowych, nie ma sensu dumać nad umiejętnościami aktorskimi. Tu się liczy kto dalej wyskoczy, kto wyżej podniesie nogę i ciekawiej ją zadrze. A główny bohater skakał bardzo ładnie, był jednym z dwóch najlepiej skaczących w filmie, wielkie brawa dla niego.

Obejrzałem, bo zasugerowałem się w miarę wysoką oceną na filmwebie oraz przypiętą łatką „thriller”. Co do pierwszej części to się zgadzam aczkolwiek nie mogę dać wyżej niż 7. Film można śmiało łykać bez napisów mimo, że jest nakręcony w jednym z najbardziej egzotycznych języków na świecie. Wystarczy po prostu chwilę popatrzeć i wiadomo o co chodzi. Z thrillera w filmie nie ma nic, więc ktoś mnie oszukał i to poważnie.

Film do piwka – tak bym go określił. Lajtowa produkcja, która jasno daje do zrozumienia, że nie o ambitną fabułę jej chodzi.

Tytuł oryginalny: Ong Bak: Muay Thai Warrior

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Prachya Pinkaew

Obsada: Tony Jaa, Pumwaree Yodkamol, Mum Jok Mok

Gatunek: Akcja

Ocena: 7/10



piątek, 12 sierpnia 2011

Z żalem muszę napisać kilka słów o kolejnym filmie, który mnie rozczarował. On - wąsaty, brodaty facet przed czterdziestką, w dodatku stanowczy i paranoik. Drugi on - młody, nieco fajtłapowaty z bardzo nietypowym pomysłem na wzbogacenie się.  I ona - młoda i piękna córka milionera. Oni dokonują porwania jej.

Prosty wstęp, bo też mimo wszystko prosty jest ten film. Prostota sama w sobie nie jest przecież wadą, często gęsto (chociaż zbyt rzadko jak dla mnie) jest niewątpliwą zaletą. „Cube” jest bardzo dobrym przykładem takiego filmu. Nie trzeba dużych środków i skomplikowanej fabuły, żeby zaistnieć. Z drugiej strony myślę thriller to widzę „Siedem”, widzę „Milczenie owiec”, a nawet „Szósty zmysł”. Te 3 filmy to oczywiście majstersztyki i nie ma ich co porównywać do recenzowanego obrazu (Boże uchroń!), ale od czego zmierzam? Ano do tego, że w thrillerach jak w żadnym chyba innym gatunku (no można jeszcze upchnąć horrory) największy ciężar spoczywa na tym, żeby historia się kupy trzymała mówiąc bardzo brzydko oraz na samym jej zakończeniu. Wtedy się wszystko wyjaśnia, wszystko musi do siebie idealnie pasować, żeby nie można było nawet igły nigdzie wcisnąć. Im dłuższa niepewność i utrzymywanie sekretu w tajemnicy tym później większa frajda. W „Uprowadzonej Alice Creed” karty zostały rozdane trochę za wcześnie. Film ma swój klimat, ale końcówka to już nagromadzenie bzdur, tak jakby nie starczyło na nią już scenariusza, aktorom dano wolną rękę i kazano improwizować. Tyle tylko mogę napisać nie zdradzając nic z fabuły. A można było dać jakiś twist np. że nagle okazuje się, że Alice jest córką Apolla z „Rocky’ego”.

Nic tak nie boli w filmach jak patrzenie na głupotę bohaterów. Dlatego nabój zostanie połknięty, klucze będą leżały dosłownie o włos od zasięgu dziewczyny, a młody porywacz spieprzy nawet najprostszą rzecz, która ma zrobić. I po takich kilku momentach napięcie opada, a ja mam zupełnie gdzieś, co się stanie z kimkolwiek. Do tego stopnia, że nie byłem po żadnej stronie, ani porywaczy ani atrakcyjnej brunetki. Dziewczyna oczywiście jest ładna i tak dalej (szczególnie w stroju topless ;), ale porywacze traktują ją nadzwyczaj łagodnie. W efekcie nie miałem wrażenia, że coś naprawdę złego może jej się stać. Tym samym obojętnie spoglądałem na ekran i to co się dalej zdarzy. Panów porywaczy od początku łączą jakieś dziwne relacje, zazwyczaj działają schematem „starszy podejrzewa, że młody coś kręci, a młody nie potrafi się wybronić i wychodzi, że starszy ma rację”. Od pytania „coś się stało/działo?” zaczynało mi już być niedobrze. Zaraz po nim padało odpowiedzio-pytanie „a czemu miało się coś stać/dziać?”.

No to zrobiłem filmowi reklamę… A naprawdę chciałem napisać coś miłego. Jakieś plusy też się znajdą. Klimat, Gemma Arterton i sam pomysł. Szkoda tylko, że najlepsze sceny są już na samym początku (przygotowania porywaczy). Momentami jest nawet dobrze, ale to jednak nie to na co czekałem.

Tytuł oryginalny: Disappearance of Alice Creed

Rok produkcji: 2009

Reżyser: J Blakeson

Obsada: Gemma Arterton, Martin Compston, Eddie Marsan

Gatunek: Thriller

Ocena: 6/10

 

W związku z tym, że nigdy nie mam czasu i głowy do podsumowań wtedy kiedy trzeba (np. w rocznicę) postanowiłem je zrobić wtedy, kiedy czas akurat miałem. Czyli kilka dni temu. Do rzeczy, krótko i treściwie.

Do tej pory na blogu wylądowało, nie licząc tego, 86 wpisów. Niezbyt oszałamiająca liczba zważywszy na fakt, że blog działa od ponad 2 lat, a dokładnie od 28 miesięcy (10-tego była kolejna miesięcznica, że tak powiem). W takim przypadku zawsze podpieram się stwierdzeniem, że idę na jakość, a nie ilość. Liczba pełnowartościowych recenzji wynosi 69, swoją drogą ładna liczba ;) Z tych 69 aż 67 zajmują recenzje filmów, a tylko 2 seriali ("House M.D." i "Prison Break").

Średnia wyciągnięta na podstawie wszystkich wpisów z recenzjami wyniosła ku mojemu lekkiemu zdziwieniu aż 6,96 na film, czyli blisko 7-emki, a filmy z taką oceną to już w moim odczuciu filmy zdecydowanie zasługujące na uwagę jako całość.

Rozkład liczby filmów z konkretnego przedziału głosów: (najpierw ocena, a po myślniku liczba filmów z taką właśnie notą)

  • 1 – 0
  • 2 – 1
  • 3 - 6
  • 4 – 6
  • 5 – 6
  • 6 – 8
  • 7 – 11
  • 8 – 8
  • 9 – 18
  • 10 – 5

Jak łatwo zauważyć najczęściej przyznawaną oceną  przeze mnie jest 9, czyli film ocierający się o arcydzieło. Najniższą przyznaną oceną na blogu jest 2, a jedynym filmem, który tę zaszczytną oceną dostał jest "S. Darko". Nie będę się o nim rozpisywał, bo już raz to zrobiłem, ale na pewno oceny bym nie skorygował, a film szczególnie dla wiernego fana pierwszej części wydanej pod tytułem Donnie Darko, to naprawdę niezła chała.  Najwyższą dychę otrzymało jedynie 5 filmów, w tym takie tytuły jak "Grobowiec świetlików", "Jabłka Adama" czy "Tam, gdzie rosną poziomki".

Wnioski? Chyba nie jest tak najgorzej z ocenami jak na tak wymagającego widza jak ja. Życzę sobie na następne podsumowanko, może nawet szybciej niż za 2 lata, przede wszystkim szczerości, bo to ona jest najważniejsza w recenzowaniu filmów. Pozdrawia was nieulegający żadnym naciskom i całkowicie subiektywny Rodion!

 

P.S. Zebrałem tylko oceny z notek poświęconych w całości jednemu filmowi, czyli wpisy z kategorii "Krótka piłka" się nie załapały, może następnym razem.

Tagi: film kino
01:37, rodion19 , Inne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 02 sierpnia 2011

Nie mam na oku żadnego dobrego kandydata do pełnowartościowej recenzji , więc najlepszym rozwiązaniem będzie napisać na szybko kilka zdań o ostatnio (trochę bardziej ostatnio) oglądanych.  Zaczynam od najsłabszego.

 

Mały Budda – ktoś mi podrzucił niezły bubel. Chociaż bardziej pewne, że film obejrzałem na własną odpowiedzialność. Biografia Buddy przeplatana poszukiwaniami nowego wcielenia wysoko cenionego lamy. Keanu Reeves w roli młodego Buddy dawno nie zagrał tak źle. Trzeba go zrozumieć, nie mógł przecież odrzucić zagrania boga. Ponad 2h nudów, które można wyczytać na wikipedii. I to nie dlatego, że nie wierzę w reinkarnację. 4/10

 

Szczęki – ojejuśku! Nie spodobał mi się klasyk! Znany dreszczowiec jeszcze bardziej znanego reżysera może nie zanudził mnie tak jak życie Buddy, ale o ekscytacji też nie może być mowy. Ataki rekina wyglądały w moim odczuciu co najmniej kuriozalnie i wcale nie będę miał na uwadze tego, że film jest grubo sprzed 30 lat. Dobrze, że dużo ich nie było. Za dużo gadania. 6/10

 

Jak spędziłem koniec lata – ruski film oczywiście musi być umiejscowiony w mroźnej scenerii. 2 aktorów, 2 bardzo różne role, jedna stacja pomiarów gdzieś w północnej Rosji i jedno zdarzenie, które zaważy na dotychczasowych relacjach dwójki bohaterów. Ładne widoczki plus ciekawe zestawienie dwóch różnych światopoglądów na życie równa się dobry film. Chociaż film na pewno nie dla każdego, brak tu wartkiej akcji czy choćby błyskotliwych dialogów, większość filmu odbywa się między wierszami. 7/10



Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u