sobota, 28 lipca 2012

Zbliżenie na 3 trupy zalane krwią. Każdy z nich poszatkowany do tego stopnia, że trudno po pierwszym spojrzeniu go zidentyfikować. Mocne wejście kolejnego filmu skrzywdzonego za sprawą polskiego tłumaczenia tytułu (równie dobre co – „To ja, kibol” albo „Londyński bramkarz”).

Film ma przedstawiać historię rzekomo najgroźniejszego przestępcy Anglii – Carltona Leacha. Tyle, że to Michael Peterson aka Charles Bronson jest tym najgroźniejszym zawadiaką na wyspach i jakby się tak zastanowić to tam w tej Wielkiej Brytanii sami najgroźniejsi przestępcy. I oni nam mówią, żeby do Polski nie przyjeżdżać, bo wróci się pewnikiem w trumnie. Phi. Pomijając politykę i spór o najgroźniejszego człowieka  Anglii to ów Leach we własnej osobie wprowadza nas w swoją historię (aktor go grający oczywiście). Od początku do końca jest narratorem i jednocześnie główną personą w filmie, a sam film jest ekranizacją wspomnień, jakie spisał po latach. Jako narrator bez ogródek i zbędnej gadki opowiada ze szczegółami wszystkie występki, których się dopuścił. A trzeba wam wiedzieć, że jego życie to właśnie nic innego jak pasmo rozrób, obitych mord, mocno nieszczęśliwych zdarzeń, obitych mord oraz obitych mord. Krótki początek filmu wskazuje nam rok 1995, żeby w mgnieniu oka przenieść nas kilkanaście lat wstecz.

Carlton przyczyna po przyczynie, zdarzenie po zdarzeniu opowiada jak mówiąc delikatnie jego życie się skomplikowało. Z mało intratnego zajęcia, jakim jest „kibolstwo” szybko przerzucił się na bramki klubów, a potem wyżej i wyżej, krok po kroku, aż natrafił na biały proszek (bynajmniej nie ten od Chajzera). Nie trzeba być zbytnio ogarniętym w temacie, żeby wiedzieć jak szybko tak dochodowa fucha, jaką jest handel dragami może przerodzić się w największe piekło na Ziemi. Tu cię ktoś wyroluje, tam ktoś za mało policzy albo włoży nie ten towar co trzeba i kłopoty piętrzą się w zastraszającym tempie. Gdyby zapytać ankietowanych Familiady czego w życiu nie należy absolutnie robić to „zadzierać z mafią turecką” wygrałoby zapewne cały program. Zresztą czy to rosyjska, jamajska czy turecka, mafia to mafia i z pewnością nie lubi być robiona w balona, jaka by nie była. A jak już raz wdepniesz w to bagno to wyjść z niego bez szwanku i ofiar w ludziach jest dużo ciężej niż zajebiście trudno.


Leach bez skrępowania jak na spowiedzi wdraża nas w metody swojego działania, które bardziej przybliżają go do zwierzęcia aniżeli istoty rodzaju ludzkiego. Brzydzi się uprzejmością. Uważa ją za słabość, a sam praktycznie cały czas chodzi ze skwaszoną miną. Jest jak tykająca bomba, która w każdej chwili, w najmniej spodziewanym momencie może wybuchnąć siejąc przy tym niemały zamęt. Mimo wszystko w pewnym momencie daje się zauważyć, że nawet on ma przebłysk człowieczeństwa i zaczyna niejako ze zdziwieniem czy obrzydzeniem patrzeć na wyczyny swoich kolegów. A jednak wstawia się za kumplami i ryzykując bardzo wiele próbuje ich z tego wyciągnąć. Przez ekran przelewają się całe hektolitry krwi i jak to w światku gangsterskim bywa „brzydkie słowa”. Tempo filmu jest dosłownie zabójcze, bo tak jak wspominałem obitych mord jest tu na pęczki, a akcja nawet na chwilę nie zwalnia. Nie oszczędza się nawet kobiet, na które jest wśród nich tylko 1 określenie. Zresztą jedna z nich przyczynia się w dużej mierze do finałowego rozstrzygnięcia. Wyobrażacie sobie tego typu kino bez Vinnie „warjata” Jonesa? To postarajcie się, bo w filmie go nie uświadczycie. Zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe role odgrywają mało znani mi aktorzy angielscy, ale trudno odmówić im wpasowania się w klimat i realia Anglii. W większości to mocne, zbite bydlaki.

„Zawód gangster” jasno pokazuje, jaką ścieżką nie należy w życiu podążać. Nie jest to jednak film moralizatorski, a męskie, twarde kino nie szczędzące mocnych obrazków i odsłaniające zasady panujące wśród angielskiej gangsterki albo raczej ich brak.

Tytuł oryginalny: Rise of the Footsoldier

Rok produkcji: 2007

Reżyser: Julian Gilbey

Obsada: Ricci Harnett, Craig Fairbrass, Terry Stone

Gatunek: Biograficzny, kryminał

Ocena: 8+/10

 

poniedziałek, 23 lipca 2012

Z angielskiego „The Grey” (tak, czepiam się) to opowieść o wilkach i ludziach, którzy przeżywają moc przygód. W zasadzie to sporo osób nie przeżywa, bo więzi, która łączy ludzi z tymi wilkami zdecydowanie nie można nazwać przyjacielską. W wyniku nieszczęśliwego wypadku grupka chłopów zostaje uwięziona w nieprzyjemnej i mroźnej Alasce. Akurat się tak zdarzyło, że w tym rejonie jest sporo wilków (no popatrz), a wilki jak się okazuje lubią sobie pochrupać kości oraz pojeść mięsko, a jeszcze bardziej ludzkie mięsko i ludzkie kości. 7 chłopa wyrusza więc przed siebie – gdzieś, gdzie nie ma wilków. Może niezbyt ambitny cel wędrówki, ale uwierzcie mi, że ich by to w 100% usy-tasy usatysfakcjonowało. 

Między chłopami szybko pojawiają się pierwsze zgrzyty. Największe pretensje padają pod adresem Dymitra Samozwańca, który jest zdaje się ekspertem od wilków. W tej roli, która jest jednocześnie główną, Liam Neeson i nie powinno to nikogo dziwić, gdyż jego emploi to właśnie role cwaniaków, doświadczonych życiem i zoranych zębem czasu twardzieli. Jako pierwszoplanowa postać – John jako jedyny doczeka się retrospekcji w opowiadanych historiach (mimo, że opowiada każdy), wie o życiu wszystko, a samo życie nie oszczędziło go nic a nic (o czym świadczą nachalne obrazy z przeszłości).

W „The Grey” niczym w rasowym slasherze mamy grupkę osób, która w miarę upływającego czasu kurczy się w drodze eliminacji. Eliminującymi jest grupa wilków, którzy tak jak w moim ukochanym gatunku zwanym horrorem, wykazują się ponadnaturalnymi umiejętnościami. Zwierzęta się czają, a chłopy idą i na tym w zasadzie opiera się film. Idą przed siebie, sami nie wiedzą gdzie, nawet zbytnio się tym nie przejmują. Wspominają coś tam o braku jedzenia, ale robią to niezbyt przekonywujący sposób. Pojawiają się w zamian obowiązkowe rozmowy o Bogu i zachowaniu wilków. Oprócz skakania na drzewa z urwiska nie wykazują się jakąś nadzwyczajną głupotą (ludzie).

Scenariusz jest prosty, a sam film dosyć średni i lubi przynudzić. Wielki plus za końcówkę, a w szczególności za to, że nie była tak sztampowa jak mogła być. Cała reszta pozostaje milczeniem.

Tytuł oryginalny: The Grey

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Joe Carnahan

Obsada: Liam Neeson

Gatunek: Dramat, przygodowy

Ocena: 6+/10

 

W jaki sposób możliwie najwierniej przedstawić jak wygląda praca w danym zawodzie? Przez 7 wybranych dni w tygodniu (a jakże by inaczej!) podążać z kamerą w trakcie jej wykonywania. Tak byłoby z zawodem lekarza, policjanta, drwala czy strażaka. Nie inaczej jest z dealerem narkotykowym, choć to oczywiście nie zawód, a dosyć specyficzny pomysł na zarobek.

Głównym dealerem w filmie jest Frankie. Początkowo mamy dwóch głównych bohaterów, w tym jednego granego przez znakomitego Madsa Mikkelsena, który w dosyć szybkim tempie przebija się obecnie do Hollywood. Czas pokaże czy wyjdzie mu to na dobre. Ostatni jego angaż, czyli rola Hannibala Lectera w serialu, który będzie opowiadał jego losy,  zdecydowanie najciekawszy.  W „Dealerze” gra łysego gościa bez klasy, którego ulubionym tematem jest seks w każdej odsłonie. W pewnym momencie schodzi on jednak na drugi plan, a Frankie zajmuje cały ekran dla siebie.

W wyniku bardzo nieudanej transakcji z brązowym proszkiem na czele Frankie wpada w bardzo duże kłopoty. Nie pomaga mu w tym szybkie zwolnienie z aresztu przez policję (a rozbudza wyobraźnię jego „kolegów”) , a przede wszystkim brak perspektyw mających poprawić jego sytuację finansową. Dodatkowo z minuty na minutę pętla się zacieśnia, a tym samym rośnie determinacja/frustracja wierzycieli Frankie’ego. Wpada on w spiralę śmierci nie do pozazdroszczenia, z której tylko cud może go uratować.

Ku mojemu zaskoczeniu w otwierających film napisach śmignęło mi nazwisko Refn. Kto oglądał „Bronsona” czy niedawny „Drive” ten wie, czym jego filmy są wypełnione. „Dealer” nie jest wyjątkiem w tej kwestii. To bezkompromisowe kino ze sporą dawką przemocy, ale przede wszystkim prawdziwe. Przemoc jest tu całkowicie usprawiedliwiona, jest środkiem do podtrzymywania realizmu tej smutnej historii. Trudno sobie wyobrazić, żeby w światku dealerów wymieniali się oni kwiatkami czy częstowali nawzajem czekoladkami. Nie zdradzę zakończenia rzecz jasna, ale wydaje mi się ono jakoś dziwnie urwane. Film doczekał się po 8 latach sequela, a potem jeszcze jednego filmu, co jak łatwo policzyć tworzy trylogię. Tak się składa, że w chwili pisania tekstu widziałem już wszystkie 3 filmy i głównym bohaterem każdego z nich jest inna osoba, ale grająca już swoją rolę choćby w tej części.

„Dealer” (nie wiedzieć czemu jako jedyny z trylogii przetłumaczony, pozostałe są już sygnowane angielskim słowem „Pusher”) jawi mi się jako mocna historia bez kompromisów. Nie posiada żadnego drugiego dna ani nic z tych rzeczy, ale to żaden zarzut - film wciąga innymi elementami. W miarę komplikowania się sytuacji Frankie’ego film nabiera tempa i wartości, a atmosfera zagęszcza do naprawdę sporych rozmiarów.



Tytuł oryginalny: Pusher

Rok produkcji: 1996

Reżyser: Nicolas Winding Refn

Obsada: Kim Bodnia, Mads Mikkelsen, Zlatko Buric

Gatunek: Dramat, sensacyjny

Ocena: 8+/10

 

piątek, 20 lipca 2012

Długo, długo nic, więc co by się nie nadwyrężać zacznę pomału od krótkiej piłki. Na poważniejsze rzeczy przyjdzie czas. Mam nadzieję.


Babycall - dobrze zapowiadający się thriller i nic ponadto. Historia w pewnym momencie się rozpada na kawałki, których wprost nie idzie poskładać. Odnoszę wrażenie, że scenariusz pisały co najmniej 2 osoby. Tej pierwszej udało się zaciekawić widza i rozbudzić wyobraźnię, tej drugiej udało się zniechęcić widza do własnych przemyśleń.  Noomi Rapace nie zagrała też na miarę swoich możliwości i najlepiej, żeby jak najszybciej o filmie zapomniała. 5/10


God Bless America – kolejny z długiej listy filmów, które miały być szerzej opisane (czytaj zrecenzowane w notce zwyczajnej długości), ale nie wyszło. Frank jest gościem, jakich zapewne wielu w tych czasach. Ma dość głupiutkich programów w TV, rozmów, które skupiają się na byle czym, jest sfrustrowany zgnilizną, jaka panuje obecnie w społeczeństwie (nie tylko amerykańskim). Mimo, że z jego rolą także się utożsamiam to jednak jego młoda wspólniczka – Roxie mnie bardziej oczarowała. Aktorka z bardzo wielkim potencjałem na miarę tego  Chloe Moretz z „Kick-Ass”.  Sam film nieprzewidywalny, nietuzinkowy i zdecydowanie wart obejrzenia. 9/10


Być jak Stanley Kubrick – to, że istniał gość podający się za Stanleya Kubricka wiedziałem wcześniej. Film traktowałem więc raczej jako rozwinięcie tego ciekawego tematu. Główną rolę gościa, który w hotelach, na przyjęciach, bankietach i tym podobnych podawał się za kultowego reżysera gra John Malkovich. I co do tego aktora mam mieszane uczucia. Wydaje mi się, że wybiera sobie strasznie pokręcone role. Tu gra niezwykle irytującą postać homoseksualisty.  I to głównie za jego sprawą film mnie nużył. Jedyne co jest w nim naprawdę warte odnotowania to historia (którą lepiej jednak przeczytać niż tu oglądać) i genialne nawiązania muzyczne do chyba każdego dzieła Kubricka, których było niemało. 5/10

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u