piątek, 29 lipca 2011

Wszyscy mi mówią obejrzyj ten film to zobaczysz, że Nicolas Cage jest wręcz stworzony do grania. Widok pijanego człowieka już dla trzeźwego jest irytujący, więc nie wiem czemu akurat pijany Cage miałby mi się spodobać. Bądź co bądź jest w tym filmie inny. Na tyle inny, że można go nawet nazwać aktorem.

Ben ostro chla. Jest pijany od początku aż do samiuśkiego końca filmu. Traci rodzinę, traci robotę, nie ma nic do stracenia i zyskania, więc postanawia się zabawić ten ostatni raz. Nie żeby rzucał wódę i chlanie. Wręcz przeciwnie, bierze w kieszeń wszystkie swoje oszczędności i jedzie do Las Vegas, gdzie ma zamiar zachlać się na śmierć. Ciekawe marzenie. W mieście wielkich kasyn i wcale niemałych neonów przypadkiem wpada na jedną prostytutkę (o mało co nie rozjechał jej samochodem, prawda, że romantyczne?). Wykorzystuje ją  do nieco innych niż mogłoby się wydawać planów. Chce z nią po prostu być.

Oj zmęczył mnie ten film, zmęczył. To nigdy nie wróży dobrze filmowi, kiedy widz czeka tylko, aż zegar dobije właściwej godziny, a jego męki zostaną przerwane. Pomijam już tego Kejdża, który poza momentami pajacowania, zagrał dobrze i miejscami miał nawet 3 miny na jednej twarzy, co i tak nie zmienia mojego stosunku do niego. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, wyjątek potwierdza tylko regułę, a raz do roku to nawet  ślepej kurze trafi się ziarno. Amerykanie nie mają absolutnie pojęcia z czym się „je” zjawisko znane jako alkoholizm. Może u nich tak to wygląda, że przechyla się wódę jadąc za kółkiem czy napełnia całe wózki w sklepie po brzegi burbonem i innymi, ale ja tego najzwyczajniej nie kupuję. Realizmu w tym żadnego nie widzę, to nie jest alkoholizm. Drgawki i delirka przynajmniej ze 2 razy była. W filmie jest jedna fajna scena jak barman mówi do zapijaczonej mordy Bena „Gdybyś widział to co ja widzę to przestałbyś…”. I ten cytat bardzo wiernie pokazuje czym jest alkoholizm.

Trudno mi też było wejść w pielesze Bena, w jego skórę, przeżywać jego męki czy nawet cieszyć się kolejną opróżnianą butelką. Nie wiemy o nim nic. Absolutnie nic. Można się jedynie domyślać, że przez pijaństwo stracił żonę i syna. Albo też zaczął pić, bo ich stracił. Weź bądź tu mądry i go zrozum. Nie współczuję też mu, bo nie wykazywał w żadnym momencie choćby kawałka skruchy, nie opowiadał ckliwych historii, nie prosił błagalnymi oczętami o pomoc. Po prostu dzień w dzień tylko chleje.

Przeciwwagą w sensie estetycznym jest śliczna prostytutka Sera (bez „h” na końcu;).  Samotna i tak samo wyklęta przez społeczeństwo na własne życzenie zdaje się rozumieć pijaka. Zresztą jako jedyna z ich dwójki wykazuje jakieś emocje i budziła moją sympatię, jej los nie był mi obojętny. Zupełnie niepotrzebna była postać Yuri’ego, alfonsa Sery, który w pewnym momencie mówi do niej „idź” i tyle go widać.

Dawno nie słyszałem tak irytującego soundtracku w tle. Barowe rzępolenie w połączeniu z bezpłciowymi piosenkami w reszcie scen daje niezłego kopa. Film ciągnie się jak flaki z olejem, a dziać się coś zaczyna dopiero na 10-15 minut przed końcem. To trochę za późno. Nikomu nie polecam. Dziękuję.

P.S. Chyba częściej zaczynam pisać jak już mnie do tego syndykatu przyjęli ;)

 

Tytuł oryginalny: Leaving Las Vegas

Rok produkcji: 1995

Reżyser: Mike Figgis

Obsada: Nicolas Cage, Elisabeth Shue, Julian Sands 

Gatunek: Melodramat

Ocena: 5/10



wtorek, 26 lipca 2011

Zamglony obraz, zakrwawiona twarz Adriena Brody’ego, rozbity samochód. Tak przedstawiają się pierwsze minuty, co by nie mówić, intrygującego thrillera zatytułowanego po prostu „Wrecked”.

Zainteresował mnie minimalizm tego filmu. Do tego stopnia, że przyszła mi do głowy myśl, że nakręcić taki film to musi być bułka z masłem. Wystarczy stary samochód ze złomowiska, pokiereszowana morda (niekoniecznie musi to być Adi Broda, w końcu twarz i tak będzie zalana farbą), jakiś tam pies no i oczywiście las. Scenariusz spokojnie można napisać w pół godziny na 1 kartce od zeszytu. Dialogów też tu wiele nie ma, w zasadzie występują tylko monologi z przewagą „fucków”, na czym chyba każdy się zna.

Problemem pozostaje jak nie zanudzić widza przez te 1,5 h. Reżyserowi „Wrecked” udało się to raczej średnio. O akcji, która powinna napędzać film można zapomnieć. Nie robiłem żadnych sondaży, ale cos mi mówi, że 90% oglądających narzekało na bijącą z ekranu nudę. Cały film da się opowiedzieć w 3-4 zdaniach bez szkody dla widza. Pytanie, które dręczy nie tylko nas, ale i głównego bohatera, to co tak naprawdę się stało. Kim jest główny bohater i dlaczego obudził się w środku lasu w rozbitym aucie? Kim jest martwy pasażer z tylnego siedzenia? Przyjacielem czy wrogiem?

Na samym początku zachowania bohatera wydawało mi się dosyć niezrozumiałe i trochę mnie zastanawiało. Nadzwyczaj spokojny, nie woła wniebogłosy o pomoc, na mocno zdziwionego też nie wygląda. Tylko teraz nie wiem czy to „zasługa” takiego akurat scenariusza (dajmy na to szok powypadkowy) czy braku umiejętności aktorskich Brody’ego. Do tej pory nic do niego nie miałem, ale tutaj się nie popisał. A jak na taki specyficzny rodzaj filmu przystało powinien błyszczeć i wypruwać z siebie flaki (może nawet dosłownie), w końcu to on jest jedynym elementem, na którym skupia się akcja. Zastanawiające jest też jak szybko się kuruje. Na szczęście dla filmu noga mu się nie zrosła w ekspresowym tempie.

Reklamowany jako „doskonały thriller psychologiczny” nie spełnia prawie żadnego z tych warunków. Gatunkowo jedynie się zgadza, choć nie wiem czy aby film przyrodniczy nie pasowałby lepiej. Nie poleciałem na ten slogan, a raczej na tematykę, bo na takie filmy po prostu lecę i ciężko mnie do nich zrazić. Jak mi starczy samozaparcia to zrobię nawet jakiś ranking takich minimalistycznych filmów.

Przez dużą część filmu zastanawiałem się też jaki dystrybutor mógłby nadać filmowi polski tytuł. „Rozwalony/zakleszczony/udupiony”, „Wrecked. Kim ja jestem?” czy „Alive. Dramat w lesie” to tylko niektóre z moich propozycji. Samo „Wrecked” nikomu przecież nic nie mówi, nie każdy jest figo fago z angielskiego.

Film trochę poniżej średniego, zdecydowanie na 1 raz. Nie jest to wybitny obraz, bardziej dla fanów Beara Gryllsa. Zbyt płytki scenariusz, w którym było tak mało treści, że nawet nie ma do czego się przyczepić, ukatrupił ten film.



Tytuł oryginalny: Wrecked

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Michael Greenspan

Obsada: Adrien Brody

Gatunek: Thriller

Ocena: 6/10

 

sobota, 16 lipca 2011

I się stało. Blog ma swój własny profil na facebooku. Nie przewiduję jakiejś rewolucji i tłumów jak na ostatnim Harrym Potterze, traktuję to raczej jako ciekawostkę, jakiś dodatek, bo "wszyscy mają to ja też". Znaczniki, że ktoś lubi coś znajdują się pod każdym wpisem już od jakiegoś czasu, więc to też znowu nie jest jakaś tam nowość wielka. Z drugiej strony fajnie by było gdyby kilka osób polubiło blog. Nie mówię, że to przymus, ale jak nie zaczniecie klikać "lubię to" to zamknę bloga.

 

Skromny profil jeszcze skromniejszego bloga pod adresem http://www.facebook.com/pages/Blog-filmowy/149075051833396. Mała zakładka znajduje się też bezpośrednio pod listą tagów.

Tagi: film
02:36, rodion19 , Inne
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 lipca 2011

Najprościej rzecz ujmując, ludzie dzielą się na dwa rodzaje. Na gaduły i na ludzi czynu. Większość ludzi to gaduły. Jedyne, co potrafią, to gadać. Ale kiedy przychodzi co do czego, właśnie ludzie czynu odmieniają świat. A kiedy to robią, odmieniają też nas. I dlatego nigdy o nich nie zapominamy. A kim ty jesteś? Będziesz tylko gadał, czy się postawisz i coś z tym zrobisz?



Pierwsza część filmu, o której nota bene nie można zapomnieć wspominając o tym filmie, była bardzo atrakcyjna. Mimo, że motyw „brania” sprawiedliwości w swoje ręce i wymierzania jej tym, którzy wywinęli się wymiarowi sprawiedliwości jest stary jak świat to filmowi nie przeszkodziło to w żadnym stopniu w odniesieniu niemałego sukcesu. Na kontynuację jakoś jednak niespecjalnie czekałem. Skoro już się jednak pojawiła na horyzoncie to w sumie pomyślałem, że nie zaszkodzi sprawdzić. Może aż tak zła nie będzie.

Po przesiedzeniu tych 2 godzin przed ekranem, mocno już zniesmaczony czy raczej zobojętniony (bo zniesmaczony to byłem na samym początku) postanowiłem, że napiszę tę recenzję choćby po to, by obsmarować głównego śledczego w sprawie, a w zasadzie główną, bo to agentka specjalna Eunice Blomm – kobieta. Ta postać jest niemal kwintesencją tej części. Każdy, kto oglądał jedynkę na pewno przyzna mi rację, że Wiilem Defoe i jego genialna rola lekko zbzikowanego gliny to jeden z jej największych plusów. Zauważyli to także twórcy drugiej części i zapragnęli całą tę postać przerzucić na grunt żeński, w efekcie czego dostajemy niemal identyczną kalkę bohatera granego przez Defoe.  Nie mam nic przeciwko Julie Benz, która gra tę rolę, co to to nie. Fajna babka, szczególnie fajna jako delikatna serialowa pani Dexterowa. Tu natomiast jej gra jest sztuczna, ruchy żałosne, a całość można określić jedynie jako znacznie gorszą wersję Defoe. Po prostu ma się ochotę wyłączyć telewizor za każdym jej wejściem i kolejnymi popisami. Jedyny plus to, że czasami ładnie się prezentuje na tle brzydkich mord innych detektywów.

I tak jak wspomniana już pani agentka, tak i cała masa patentów została tu najzwyczajniej w świecie skopiowana z poprzedniego filmu. Większość, jeżeli nie wszystkie, oczywiście ze skutkiem mizernym. To normalne, że następna część powinna kontynuować tradycję ze wcześniejszej, ale powinna też to robić z głową, bardziej elegancko, z polotem i dodać też coś od siebie, a nie tak po chamsku. Ta część najogólniej mówiąc nie ma pałera. Patrzę na kolejne strzelaniny i modlitwy braci, ale patrzę obojętnie. Nie będzie chyba spoilerem, jeżeli wspomnę, że w każdej z bodajże 3-ech akcji bracia po prostu idą przed siebie kładąc trupa za trupem w slow motion (oczywiście), a żadna z dziesiątek kul wystrzeliwanych w ich stronę nie dosięga celu. Dużym spoilerem nie będzie też chyba wyjawienie, tego co wiadomo od początku, czyli od chwili wyruszenia braci w miasto, a mianowicie, że ich ojciec nie biorący do tej pory udziału w wyprawie w decydującym momencie wkroczy i uratuje im dupę.

Im więcej się zastanawiam tym niższą ocenę mam ochotę wystawić temu filmowi, a w sumie nie jest tak źle jak na średniaka. Pochlebnie można wyrazić się o odniesieniach w dialogach do innych filmów („Ścigany”, „Azyl” czy wreszcie „Akcja na Eigerze”). Sceny o zabarwieniu humorystycznym też podnoszą poziom, chociaż na akcje w rodzaju akcji z kotem z pierwszej części nie ma co liczyć. Rocco pojawia się w kilku scenach, głównie w retrospekcjach, ale szału nie ma.

No i na koniec decydujące pytanie – czy warto obejrzeć, jeżeli nie widziało się jedynki? Warto, jeżeli mieszkasz w pieczarze i nie masz dostępu do filmu z 1999 roku. Może brak znajomości poprzedniego filmu wzbudziłby we nie jakieś większe zaciekawienie podczas oglądania tej części. Mogę tylko gdybać, bo jedynkę obejrzałem, nie cofnę już tego, nie żałuję, a w dodatku polecam.

Zaniżyłem ocenę o jedno całe oczko za samą końcówkę, w której próbowano coś mi wmówić, ale tego nie kupiłem i się jeszcze zdenerwowałem do tego. Także jak macie możliwość to najlepiej wyłączyć film na te 5 minut przed końcem.

 

Aha, tagów nie ma, bo mi blox mówi, że już i tak jest za dużo. Także dopóki się nie zorientuję o co im biega notki będą bez tagów.



Tytuł oryginalny: The Boondock Saints II: All Saints Day

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Troy Duffy

Obsada: Norman Reedus, Sean Patrick Flannery, Julie Benz, Billy Connolly 

Gatunek: Sensacyjny

Ocena: 5+/10

niedziela, 10 lipca 2011

Dzisiaj prawdziwy komplecik - kasowy gniot, film dobry choć pokręcony oraz na koniec arcydzieło w postaci prostej historii.

 

Wynalazek – tutaj recenzji nie będzie, bo nie miałbym o czym pisać. Przyznaję się, nie podołałbym recenzji tego filmu. Od samego początku, dosłownie, nie wiadomo o co chodzi, a jedynym punktem zaczepienia są podróże w czasie. Masa pojęć z zakresu fizyki wcale nie pomaga w zrozumieniu tego filmu. Mimo wszystko ocena wysoka, za oryginalność i odwagę. Na pewno wrócę do niego i postaram się coś uważniej wyłapać. 7/10

 

Resident Evil: Afterlife – czwarta i na pewno nieostatnia część  filmowej serii o ludziach nieumartych. Najbardziej widowiskowa i najmniej mająca wspólnego z grą od Capcomu. Gdyby tego było mało, zdaje się, że seria będzie szła właśnie w tym kierunku, szkoda. Końcówka (i krótka scena w czasie napisów końcowych) nie pozostawia złudzeń, że filmowy Resident Evil przeobraża się na naszych oczach w rasowego tasiemca, który zmierza donikąd. Pojawia się nawet Scofield, który znowu chce czmychnąć z więzienia… 4/10

 

Mój przyjaciel Hachiko – wyciskacz łez w pełnym tego słowa znaczeniu. Opowieść o niesamowitej przyjaźni człowieka i psa będąca podręcznikowym przykładem przysłowia: pies najlepszym przyjacielem człowieka. Jesteśmy świadkami bezwarunkowej i szczerej miłości czworonoga do człowieka, a potem… No dobra, najlepiej samemu się przekonać. Zmiękczy każdego kilera. 10/10

środa, 06 lipca 2011

Tym wpisem oficjalnie świętuję przyjęcie mojego skromnego bloga w poczet tzw. "Syndykatu". W wielkim skrócie zostałem wyróżniony. Za 2 czy 3 razem i nie wiem w zasadzie czym ta druga czy trzecia próba różniła się od poprzednich, bo ani wielkim poetą nie jestem w dalszym ciągu ani też nie dodaję wpisów systematycznie czy sumiennie. W każdym razie stało się, nie ma co narzekać, wiele się nie zmieni. Mam tylko nadzieję, że nie będę musiał nic płacić ;D

Mam takie nieodparte wrażenie, że na blogu dominują raczej notki z gorszymi ocenami filmów niż tymi drugimi. Ma to jakiś sens, w końcu zadanie recenzenta polega przede wszystkim na krytyce. Każdy woli bardziej krytykować niż sypać czułymi epitetami. Dlatego dla odmiany coś pozytywnego.

Główny motyw filmu to wyprawa po zwłoki, choć szybko idzie się zorientować, że to tylko przykrywka do ukazania głębokich relacji, jakie łączą ich uczestników (może nawet głębszych niż sami są w stanie sobie uświadomić). Małym zaskoczeniem może być fakt, że wyprawę w całości uskutecznia czterech 13-latków. Miasteczko ogarnia wiadomość o zaginięciu ich rówieśnika. Przypadek sprawia, że jeden z nich podsłuchuje prawdopodobne miejsce spoczywania zwłok. Chłopcy dłużej się nie namyślając, podbudowani chęcią zdobycia sławy i zostania bohaterami, wyruszają z buta w 1, 5 dniową podróż na własną odpowiedzialność. Dziecięca ciekawość bierze górę i z wrażenia zapominają nawet o spakowaniu jedzenia. Rzecz jasna rodzice o całej wycieczce nic nie wiedzą, a chłopcy już zadbali o swoje alibi.

Niby taki niezbyt fascynujący temat. Nie ma żadnych zwrotów akcji, nie ma fajerwerków, trup też jest tylko jeden i to, o którym wiemy już od samego początku. A jednak jest to film godny uwagi. Zwykła wyprawa w nieznane przeradza się w swego rodzaju podsumowanie całej dotychczasowej przyjaźni chłopaków. Część z nich właśnie zmienia szkołę i ma już nigdy nie być tak cudownie jak w tej chwili. Niczym nieograniczeni przeżywają kilka niezwykłych przygód, także tych, których woleliby nie przeżywać. Bawią się tak czadowo, że można zazdrościć, że nie jesteśmy już w ich wieku, w ich paczce. Z wyjątkiem może sceny z pociągiem, gdzie o mały włos nie zszedłem na zawał.

Film po brzegi wypełniony jest bardzo przyjemną muzyką, która genialnie wtapia się w kolejne sceny, wręcz je uzupełnia i pogłębia swawolny klimat Ameryki przełomu lat 50 i 60. A tytułowy przebój „Stand by me”, przygrywający co jakiś czas w tle, bardzo umiejętnie zamyka film. Gra dzieciaków to także majstersztyk, mimo, że każdy z nich jest inny to świetnie oddają swoje emocje.

Scenariusz oparto o opowiadanie „The Body” i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie autor w postaci samego Stephena Kinga, jednego z bardziej poczytnych pisarzy naszych czasów. I mimo, że ta ekranizacja zdecydowanie różni się od sztandarowych obrazów na podstawie prozy Kinga, nie ma tu przecież żadnych wampirów, więźniów czy innych zjaw, to śmiało można zaliczyć ją do jednych z lepszych. Film mocno refleksyjny, sentymentalny i bez żadnych skrupułów wydzierający stare wspomnienia naszego dzieciństwa, ale trudno go nie pokochać. Warto go obejrzeć, bo przez te ćwierćwiecze od premiery został wydaje mi się nieco zapomniany.



Tytuł oryginalny: Stand by me

Rok produkcji: 1986

Reżyser: Rob Reiner

Obsada: River Phoenix, Will Wheaton, Corey Feldman, Jerry O'Connell, Kiefer Sutherland 

Gatunek: Dramat

Ocena: 9/10

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u