piątek, 24 czerwca 2011

Porwania to dosyć poważny i ważny temat. Przetrzymywanie w warunkach absolutnie nieludzkich, gdzieś w opuszczonych bunkrach czy chatach o suchym pysku, bez nadziei na lepsze jutro z częstymi torturami i pobiciami, a wszystko to dla kilku marnych groszy. Porwania przez obcych to już tylko powód do śmiechu. Bynajmniej ja je tak postrzegam. Ale ludzie lubią wierzyć w takie niewiarygodne pierdoły, a filmowcy bez skrupułów żerują na naszej wrodzonej ciekawości.

„Czwarty stopień” to wprost idealna dla mnie pożywka. Ciekaw jestem, ile jeszcze będę musiał zobaczyć takich dziwadeł i ile rozczarowań przeżyć, żeby w końcu je z dala omijać. W miasteczku na Alasce dochodzi do serii niewyjaśnionych zniknięć, a FBI zostaje tam wezwane ponad miliard razy. Psycholog w osobie Milli Jovovich wie coś o tym, bo traci w ten paskudny sposób męża. Postanawia rozwiązań zagadkę jego śmierci, a przy okazji kilka innych, niemal bliźniaczo do siebie podobnych, dziwnych zdarzeń.

Na pierwszy rzut oka obstawiałem oczywiście ruską mafię sprytne duchy. Za chwilę jednak dowiaduję się, że o 3 w nocy (lub 3.30 lub 3.33) mam wyczekiwać nie duchów, a… kosmitów! Może nie tyle co „wyczekiwać”, bo z filmu płynie jasny przekaz, że na drugi dzień po przebudzeniu rano nie będę pamiętał, że kosmici w ogóle mnie porwali. No chyba, że ktoś zafunduje mi hipnozę, w czasie której zobaczę co „oni” mi robili i nie będę już mógł z tym żyć, więc będzie musiało dojść do tragedii. Tak się przedstawia sytuacja wielu z pacjentów pani psycholog. Jest jeszcze w to wplątana sowa, normalna zwyczajna sowa, ale która w sumie to… nie jest sową. Wiem, głupie, ale tak to w filmie jest przedstawione. Kto nie wierzy niech obejrzy.

Film jest ukazany w dosyć dziwnej konwencji, czegoś w rodzaju paradokumentu. Już w pierwszej scenie, kiedy Milla Jovovich stoi w lesie, a kamera obraca się wokół niej o 180 stopni (wygląda to naprawdę paskudnie), słyszymy z jej ust, że to wszystko działo się naprawdę , że takie są fakty, a „na końcu sami zdecydujemy, w co wierzymy”. Nic, tylko oglądać. W trakcie filmu co jakiś czas ukazywane są „prawdziwe” nagrania rzekomo prawdziwej pani psycholog. Sama pani niby prawdziwa pani psycholog też zresztą występuje w filmie we fragmentach wywiadu, który miał zostać został z nią kiedyś tam przeprowadzony. Bez owijania w bawełnę – ona sama wygląda jak istota nie z tej ziemi. Prawdziwe wziąłem w cudzysłów, bo nie dość, że już w trakcie miałem wątpliwości co do autentyczności tych bajek, to po sprawdzeniu okazało się, że te prawdziwe wydarzenia w filmie nie są prawdziwe! Kumacie to? Reżyser z pełną premedytacją łże i robi w balona widzów wmawiając im do tego, że pokazuje prawdziwe nagrania i historię opartą na faktach.  No tego to jeszcze nie było, nie na taką skalę. Wytwórnia filmu dostała oczywiście karę pieniężną za mydlenie oczu i przypisywanie innym czegoś, co nie miało miejsca. Te jawne oszustwa to nie jedyna bolączka filmu, ale pomogły mi w zredukowaniu ogólnej jego oceny.

Chciałbym napisać, że aktorstwo w tym filmie było chociaż dobre, ale na chęciach niestety się kończy. Elias Koteas, zwany również drugim panem De Niro (zdjęcie porównawcze niżej), jako jedyny nie zawiódł. Obie odtwórczyni roli pani psycholog zagrały fatalnie. Udająca prawdziwą psycholog aktorka mówi jednostajnie, jak ostatnia ofiara losu, a jej gadka nie wiem czy jest bardziej nużąco czy monotonna. Oprócz ruchów ust niczym innym nie rusza. Milla Jovovich ma także jedną minę, z której wyraźnie można odczytać jej pojedynczą myśl „kurdę, jak to rozgryźć”.

Jeżeli chcecie obejrzeć coś stosunkowo nowego o obcych to polecam „Paula”. „Czwarty stopień” to jedno wielkie rozczarowanie. Wtrącenie w to wszystko jeszcze starożytnego języka, rzekomo używanego przez kosmitów tylko pogrąża film i upewnia mnie w przekonaniu, że drugi raz po ten syf nie sięgnę.



Tytuł oryginalny: Fourth Kind

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Olatunde Osunsanmi

Obsada: Milla Jovovich, Will Patton, Elias Koteas, Corey Johnson 

Gatunek: Thriller Sci-fi

Ocena: 3/10

piątek, 17 czerwca 2011

Polskie tłumaczenia tytułów filmów są kiepskie. Są beznadziejne, pozbawione logiki, często są powodem do wyśmiewania i szydzenia z nich. I właśnie dlatego, szerzej mam nadzieję, zajmę się nimi w mojej nowej kategorii wpisów. Tłumaczenia tytułów pojawiają się niemal codziennie i w większości niestety z niezbyt dobrym skutkiem. Czasami jest to spowodowane brakiem innego, lepszego pomysłu, brakiem wyobraźni, ale najczęściej tytuł filmu musi zarobić na cały film. Musi być chwytliwy, zaskakujący, przykuwający oko, dlatego częste odniesienia do innych, znanych już produkcji filmowych. Chęć zbicia kokosów bardzo często przyćmiewa mózgi naszych translatorów w efekcie czego zamiast zachęcić robią coś zupełnie w inną stronę. Niby nie powinno się oceniać książki po okładce, a filmu po tytule, ale weźcie powiedzcie to swoim szarym komórkom, które w ułamku sekundy mogą zatrzymać się na tym czy innym tytule tylko ze względu na ten akurat zbitek słów. Co nie zmienia faktu, że nasi tłumacze mogliby się często trochę bardziej postarać.

W dzisiejszej odsłonie tłumaczenia kultowe, czyli te, które pierwsze przychodzą na myśl, jeżeli ktoś wyrywkowo zapyta nas o najgorzej przetłumaczony tytuł.

 

7. American History X – Więzień nienawiści - znany film o znanym eksnaziście nie mógł tak po prostu zostać pominięty i zapomniany przez tłumaczy. Trudno odmówić im racji, bo Derek zdecydowanie był więźniem zarówno metaforycznie jak i dosłownie, ale czy dwa niezbyt skomplikowane angielskie słowa nie mogły tak po prostu zostać nieruszone?

 

6. Robocop – Superglina – dzisiaj na słowo „Robocop” już niemal wszyscy intuicyjnie wiedzą o kogo chodzi, a „Superglina” brzmi co najmniej jak powód do śmiechu i zapowiedź kiczowatej produkcji, którą na pewno nie jest. Na całe szczęście dystrybutor wycofał się z planów i w większości dominuje pierwszy, oryginalny tytuł

 

5. Fight Club – Podziemny krąg – chyba nic tak nie boli fana filmu, jeżeli kaleczy się lub przekręca jego tytuł. „Fight Club” idealnie oddawało sens filmu, ale nam było dalej za mało, więc został przechrzczony na „Podziemny krąg” – tytuł tak tajemniczy, że aż ląduje w tym zestawieniu

 

4. Reality Bites – Orbitowanie bez cukru – od razu się pochwalę, że filmu nie widziałem, ale wcale nie przeszkodziło mi to w poznaniu tego świetnego spolszczenia. O ile oryginał można jeszcze jakoś spróbować rozgryźć (Rzeczywistość boli czy rani) o tyle „Orbitowanie bez cukru” brzmi jak jakaś abstrakcja

 

3. Dirty Dancing – Wirujący seks – kto nie słyszał o tym jakże seksownym tytule. Taniec zamienił się w seks, a sama nazwa sugeruje raczej jakiś erotyk zamiast nudnawego melodramatu

 

2. Die Hard – Szklana pułapka – i tu się dopiero dystrybutor zdziwił, że powstały kolejne części, które wiele z oryginalnym tytułem nie mają wspólnego. Z drugiej strony „Die Hard” to ciężki orzech do przetłumaczenia

 

1. Terminator – Elektroniczny morderca – zwycięzca mógł być tylko jeden. Wprawdzie, podobnie jak przy Robocopie i Dirty Dancing, odstąpiono od tego feralnego tłumaczenia, ale niesmak pozostaje. James Kamerun pewnie by się zastrzelił jakby się dowiedział. Chyba tylko jego czeski odpowiednik w postaci „Elektronickiego mordulca” go przebija

 

To by było na tyle, następny odcinek jak mi się zachce, czyli w sumie nie wiadomo kiedy.

Taki spływ kajakowy to musi być super sprawa. Wsiadasz w samochód, jedziesz z dala od cywilizacji, a potem kajak i zapominasz o bożym świecie na kilka dni, ekscytując się „surową” naturą oraz nietkniętym przez ludzkie łapska krajobrazem. Sam nigdy nie brałem udziału w spływie i wiele wskazuje na to, że po tym filmie również szybko na kajaki się nie wybiorę.

A czterech gamoni się wybrało… Korzystając  z tego, że może być to jedna z ostatnich okazji na spływ kajakiem ta narowistą rzeką (są plany wybudowania na niej tamy) wybierają się w kolejną wielką przygodę po dziczy. Tyle, że ci gamonie to nie byle chłystki, a raczej dojrzali panowie, którzy wcześniej kajak widzieli nie tylko na wystawie sklepowej. Z dala od żon postanowili wypocząć sobie nad wodą, a przy okazji upić się albo na odwrót (1 twardziel nie pił, nie wiem o co mu chodzi). W każdym razie, mimo pięknych krajobrazów, gołym okiem widać, że „Uwolnienie” to nie jest film przyrodniczy i w pewnym momencie zaczyna się „coś” dziać.

Do czasu „tego” momentu paczka sobie żartuje, urządza małe polowanka, ogniska, nawet wzajemnie się straszą. Słowem – można im pozazdrościć. Później jest już mniej wesoło, a jedną sprawę komplikuje druga, a potem jeszcze kolejna. Tak jak każdy normalny człowiek są zdezorientowani i skołowani całą sytuacją, nie ma już mowy o powrocie do zabaw. Dochodzi nawet do konfliktów we własnym gronie.

Nie można mieć żadnych zastrzeżeń do sposobu, w jaki rozplanowano poszczególne części filmu. Początkowa sielanka nie jest jakoś przesadnie wydłużona, a umiejętnie otwiera historię. W następnej części akcji też nie ma specjalnie dużo. Cały film może się nie wlecze, ale bije od niego chłodem i surowością, dużym realizmem. Nie ma tu też, co idzie in plus, żadnych wyolbrzymionych akcji w stylu Supermana, nie ma żadnego koloryzowania. Całość przypomina historię, która mogła lub się nawet zdarzyła.

Aktorzy mimo, że nie są ładni (żadnej kobiety!) to „ładnie” grają, jak najbardziej poprawnie. Oprawie muzycznej się nie wsłuchiwałem, nie wiem nawet czy w tym filmie istnieje, ale dźwięki spiętrzonej wody stanowiły bardzo miłe dźwięki dla ucha. Blisko 40-letnie „Uwolnienie” jest filmem, który bez zbędnego szarżowania ma do opowiedzenia ciekawą historię. W zasadzie trudno powiedzieć, czego mi w tym filmie zabrakło, ale obejrzeć warto.

 

Tytuł oryginalny: Deliverance

Rok produkcji: 1972

Reżyser: John Boorman

Obsada: Burt Reynolds, Jon Voight, Ned Beatty, Ronny Cox

Gatunek: Dramat

Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Nowa kategoria zarezerwowana dla krótkich podsumowań z filmów, których dłużej nie chce mi się opisywać. No to tyle.

 

Inwazja: Bitwa o Los Angeles – film, który znakomicie nadawałby się na materiał na grę video. Przejście z punktu do punktu, strzelanie do obcych raz na jakiś czas przerywane nudnymi gadkami, które przecież mają takie znaczenie w strzelankach jak wyniki meczów ligi botswańskiej. Szablonowi żołnierze Marines kreowani na twardych i nieustępliwych madafaków, często zdolnych do głupich poświęceń. Wygląd obcych też mnie nie przekonał. Jedyny plus to chyba wymiany ognia. 5/10

 

Hanna – tytułowa dziewczyna to żeński odpowiednik Tarzana. Z tą różnicą, że potrafi nawijać w kilku językach, ale obaj wychowywani byli w lesie. Gdyby całość utrzymać w króciutkim klimacie tych polowań w lesie to byłoby dużo fajniej. A tak, Hanna zupełnie nie pasuje mi do tego wielkomiejskiego klimatu. Fajnie patrzeć jak mała dziewczynka rozwala kilku dorosłych chłopa, ale nie kupuję tego wyjaśnienia na końcu. Pokłony za świetną muzykę. 6+/10

 

Hobo with a shotgun – dosyć specyficzne kino, którego jeżeli ktoś nie lubi to i tego filmu nie polubi. Tak było ze mną. Miażdżone czaszki, jedzenie szkieł, mielenie palców i wiele innych, absolutnie chorych akcji. Fani będą zachwyceni, ja byłem mocno zniesmaczony, ale jakoś odżałowałem te 1,5 h. Pod koniec już nawet ta „główna” prostytutka przestała mi się podobać. A Rutger Hauer przypomina mi tu Anthony’ego Hopkinsa ;] 3/10



Mówiąc o polskich filmach nie sposób użyć zwrotów, że „jak na polski film to jest nawet nieźle” albo „polski film i wypada jak zawsze”. Nasza rodzima kinematografia długo trwała w marazmie, ale powoli chyba się przebijają do publiczności te nieco lepsze produkcje. Z drugiej strony gdyby Adamczyk, Karolak, Wesołowski czy inny Zakościelny się nie sprzedawali to nie nagrywano by z nimi co drugiego filmu w Polsce. Raz na jakiś czas, nie taką skalę jak w Ameryce na przykład – to oczywiste, pojawia się u nas obraz, który diametralnie różni się od innych, które taśmowo wpełzają do kin. „Lincz” stanowi właśnie taką odskocznię.

Historię dramatu, który rozegrał się we wsi Włodowo, zna u nas każdy. Kilka lat temu wiadomości huczały o tym bezprecedensowym u nas wydarzeniu, a cała sprawa budzi duże kontrowersje. Głośna sprawa to łakomy kąsek dla filmowców. I pan Łukaszewicz właśnie się skusił na udokumentowanie całej historii. Nie ma Wesołowskiego, Małaszyńskiego i całej reszty ferajny. Jest za to dramat i bezsilność prostych ludzi ze wsi i bardzo dobre kreacje aktorskie pana Komasy, Lichoty, Kuny i kilku innych. Chociaż porównania do „Długu” chyba są trochę na wyrost to oba filmy na pewno dostarczyły dużo dobrego do polskiego kina.

Niemal od samego początku przeszkadzał mi bałagan, który jest w filmie. Raz mamy przesłuchania oskarżonych i czas rzeczywisty, innym razem retrospekcje, ale wszystko jest przemieszane w niezbyt dobry sposób i miałem wrażenie, że gdyby sceny pomontować w inną całość to dalej wiele, by to nie zmieniło. Nie jest to bałagan, w którym można się zagubić, bo wiadomo o co chodzi (prześladowania, lincz, więzienie), ale można było się postarać o lepszą formę i zgranie wszystkiego do kupy, bo wychodzi na to, że Łukaszewicz liczył tylko na to, że dobry temat sam się obroni. Poza tym reżyser zdaje się, że tylko liznął temat, bo 1 godzina i 15 minut to trochę mało jak na tak „grubą sprawę”.

Starczy tego jęczenia, bo przechodzę teraz do niewątpliwych plusów „Linczu”. O grze aktorskiej, w szczególności genialnej roli Władysława Komasy jako dręczyciela wsi już wspominałem. Muzyka również spełniła swoją rolę i w zasadzie tylko w jednym momencie mi nie pasowała, w każdym innym budowała napięcie i klimat filmu. Bardzo dobrze wyeksponowano solidarność sąsiedzką, która to właśnie, przy współudziale braku zaangażowania w sprawę służb mundurowych, doprowadziła do tragicznego finału. Wieś rządzi się nieco innymi prawami od miasta, co ten przypadek pokazuje bardzo obrazowo. Obojętność i „niewtrącanie się” w czyjeś sprawy sprowadza się w blokowiskach już niemal do absurdu. Obserwowanie, co robi sąsiad na podwórzu i jakie dzisiaj ubrał sandały tak, ale reagowanie na tragedie, które dzieją się za ściana absolutnie nie. Bezsilność i próba ratowania najbliższych były powodami tego linczu, a nie zwykła chęć zmasakrowania człowieka i zapewne to miał na uwadze sędzia, kiedy wydawał w tej sprawie wyrok.

„Lincz” to poprawny, chociaż nieco za krótki film. Historia oparta na autentycznych wydarzeniach pokazuje, że nawet (a może w szczególności) w XXI wieku człowiek nie może czuć się bezpiecznie w cywilizowanym kraju i zdarzają się sytuacje, kiedy jedynym rozwiązaniem jego problemów jest wzięcie sprawiedliwości we własne ręce.

 

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Krzysztof Łukaszewicz

Obsada: Wiesław Komasa, Leszek Lichota, Izabela Kuna, Zbigniew Stryj

Gatunek: Dramat

Ocena: 7/10

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u