niedziela, 24 maja 2009

Istnieją filmy,po których nic już nie jest takie samo , po których boimy się wystawić nosa z dziupli,a w słoneczny dzień katuje nas swoim widokiem nasz własny cień.Istnieją również takie filmy,po których zalewa nas fala optymizmu, ludzie wydają się mniej irytujący niż normalnie, a śpiew ptaków za oknem bardziej doniosły i przyjemniejszy dla ucha, tzw.poprawiacze humoru. I film  "Jestem na tak" bezwzględnie zalicza się właśnie do tej drugiej kategorii.

Carl (J.Carrey) wiedzie spokojne,schematyczne,wręcz nudne życie, w którym nie ma miejsca na jakikolwiek powiew świeżości czy jakąś większą dozę szaleństwa. Jest samotnikiem, nie ma partnerki ani nawet "nikogo na jej podobieństwo". Wciąż rozpamiętuje swoją byłą żonę i żyję tym co już minęło."Carl wpadniesz  do klubu? " "Carl napijesz się z nami? " Carl możemy my do ciebie wpaść? " - Nie, nie , NIE ! Aż do tego momentu, aż do tej chwili, kiedy zupełnie przypadkowo spotyka swojego kumpla, Carl jest człowiekiem na "nie". Kumpel - niemalże siłą - wręcza mu ulotkę z zaproszeniem na zebranie ludzi będących na "tak" . Po udaniu się na nie, jego życie miałoby jakoby odwrócić się o 180 stopni, wrrróć - * o 360 stopni , a on sam  z cynicznego ponuraka miał w szybkim stosunkowo czasie, niemal w mgnieniu oka przejść cudowną metamorfozę w duszę towarzystwa i człowieka korzystającego w pełni ze swojego życia, po drodze spotykając masę mniej lub bardziej przyjemnych przygód...

Jim Carrey się zestarzał i to w filmie widać. Zestarzał się,ale bardziej w aspekcie zmian fizycznych niż osobowościowych. To jest dalej ten sam pajac o 300 minach, którego przygłupawe zachowanie jest tak popieprzone, że aż śmieszne. Chociaż konkretnie w tym przypadku nie do końca tak jest. Możecie nie poznać dawnego znajomego i szczerze zdziwić się głębią jego żartów. Oczywiście nie mówię, że nie tu nic ze starego dobrego Carrey`a. Niemniej jednak ten nowy jest równie dobry,a może i nawet lepsiejszy. Ci co spisali tego aktora na straty po kilku niezbyt udanych ostatnich produkcjach mogą śmiało uderzyć się w czoło i przeprosić za swoje bluźnierstwa. Jim Carrey powrócił w chwale i miejmy nadzieję,że szybko z tej chwały nie odejdzie.
Nie sposób wspomnieć o asystującej mu Zooey Deschanel. Jej fenomenalny głos w połączeniu z urodą, której mogłyby pozazdrościć jej największe gwiazdy Hollywoodu, sprawia, że na kolejne sceny z nią czekamy z wywieszonym jęzorem, a kiedy w końcu się pojawia trudno nie dostać na jej widok palpitacji serca :D No dobra , przesadziłem, niemniej jednak warto obejrzeć film chociażby po to, żeby ewentualnie zweryfikować słuszność moich zachwytów nad tą przesympatyczną i uroczą brunetką :)

 


Co się tyczy samego filmu - jest to całkiem przyjemna i ciekawa historyjka dla każdego. Nie ma tu zbytnich skomplikowań fabuły, nie ma zbytnich przestojów, a obecność niemal w każdej scenie bodaj najlepszego komika naszych czasów gwarantuje nieustające salwy śmiechu. Można się przyczepić do tego,że historia jest  zbyt prosta i uproszczona do granic możliwości, można do tego ,że zbyt naiwna,ale czy nie tego spodziewaliśmy się po kolejnej komedii z Jimem ? Niestety z czasem twórcy filmu przestali zachwycać i kilka przed końcowych scen nie tylko nie trzyma poziomu całego filmu,ale nawet wyraźnie od nich odstaje.

Ciekawy pomysł, genialnie dobrana para głównych i pobocznych bohaterów, humor w każdej możliwej postaci. Jeden ze ścisłego grona filmów, które jak dotąd wyzwoliły we mnie aż taki ładunek pozytywnej energii. Na poprawę humoru jak znalazł.

 

Produkcja : USA/ Australia

Reżyseria : Peyton Reed

Scenariusz : Nicholas Stoller , Jarrad Paul

Obsada : Jim Carrey , Zooey Deschanel , Bradley Cooper , Terence Stamp

Czas trwania : 104

Ocena : 8/10

 

piątek, 22 maja 2009

Na ten film czekałem miesiącami. Przeglądając kolejne fotki perfekcyjnie ucharakteryzowanego Brada Pitta w  roli tytułowej miało się wrażenie ,że to będzie nietuzinkowy obraz. Reżyseria w rękach David Finchera i grad nominacji do Oscara  (które mimo wszystko coś tam jeszcze znaczą ) zdawały się receptą na sukces. Czy tak stało się w rzeczywistości ? Czy film , który od czasu ukazania się pierwszych o nim wzmianek stał się murowanym kandydatem do filmu roku 2008 podołał stawianym mu wymaganiom ? Jak dla mnie odpowiedź jest jasna i klarowna - zdecydowanie nie . Film dobry ,ale nie rewelacyjny . Nie zawiódł na całej linii ,ale mimo wszystko mógł być dużo lepszy.

 

Oto i efekt świetnej pracy charakteryzatorów

Tytułowy Benjamin Button cierpi (?) na dość specyficzne schorzenie, w miarę upływu lat zamiast się starzeć jak każdy "normalny" szanujący się śmiertelnik , staje się coraz młodszy.Rodzi się jako starzec , umiera jako niemowlak - ot i cała filozofia . Musicie przyznać ,że sam opis działa jak wabik i po jego przeczytaniu nie sposób się nim nie zainteresować, nie sposób oprzeć się pokusie obejrzenia filmu.Pomysł jest naprawdę niecodzienny ,ale mimo wszystko został spartaczony, a jego potencjał nie do końca wykorzystany . I o ile na początku seansu jesteśmy wręcz wniebowzięci i pragniemy jak najdłużej pieścić swoje oczęta niesamowitym  widokiem młodniejącego starca o tyle z czasem przestajemy mimowolnie zwracać na ten element jakiejś większej uwagi. Widzimy go w tle ,ale to nie on gra wtedy pierwsze skrzypce . To co w takim razie gra ? No właśnie...Kiedy film obedrzemy z tego "ciekawego przypadku" nie zostaje nic. Nic co mogłoby wyróżniać ten obraz spośród setek innych ckliwych melodramatów. Nie zrozumcie mnie źle, facet dalej konsekwentnie , z uporem maniaka aż do końcowych napisów ulega "cudownej" metamorfozie odmładzania. Niemniej jednak pomysł w miarę upływu kolejnych minut nuży i nie daje rady przyciągnąć widza tak jak przyciągnąć powinien. Po niecałych 3 godzinach naprawdę miałem dość tego filmu i dość szybko odliczałem minuty do końca modląc się o zbawienny koniec moich męk. Może trochę  przesadzam , może wyolbrzymiam , ale strasznie napaliłem się na ten tytuł a tu przyszło rozczarowanie zamiast miłego zaskoczenia . Kolejnym powodem, dla którego wyczekiwałem w utęsknieniu na niego był Fincher. Od dość dawna zasiada on w zasłużonym jak do tej pory panteonie moich ulubionych rzemieślników kina.Fight Club był rewelacyjny , historia wielopoziomowa i skłaniająca do refleksji ( nie , to wbrew pozorom nie jest film o krwawych mordobiciach , a na pewno ten motyw nie jest tutaj tym, który przoduje ). Siedem do dziś jest jednym z moich ulubionych obrazów w ogóle , mroczny thriller z powalającą na kolana końcówką i znakomitym aktorstwem , istny majstersztyk. Gra nieco mnie zawiodła, ale to być może za sprawą grającego w niej główną rolę Michaela Douglasa. Zodiak nie był jakimś arcydziełem , ale jak na jeden seans całkiem przyjemnym kryminałem. No i teraz mamy Buttona - film, który nie spełnił pokładanych w nim przeze mnie nadziei, bo też nie miał czym ich spełnić. Brad Pitt zagrał bardzo dobrze, ale nie tak znowu dobrze jak w 2-óch poprzednich filmach tego reżysera. Cate Blanchett  też była do przełknięcia.W takim razie czego zabrakło mi w tym dziele ? Przede wszystkim jakiejś większej głębi. Liczyłem na to,że ujmie mnie on za serce, ściśnie krtań i chociaż na chwilę pozwoli dać się wciągnąć w "swój" świat. Tak się niestety nie stało i cały czas mi tu czegoś jeszcze brakuje. Może film jest za długi ( chociaż "zdarzają się" i arcydzieła z czasem grubo ponad te 180 minut  ) .może to ja zbyt optymistycznie do niego podszedłem, może moja wymagania w ostatnim czasie zbyt daleko urosły.

Sory David. Przypadek z pewnością ciekawy, ale twój film jako całość już nie za bardzo. Mocna "7" za podjęcie się tak trudnego zadania , za charakteryzację i za sentyment.

Produkcja : USA

Reżyseria : David Fincher

Scenariusz :  Eric Roth , Robin Swicord

Obsada : Brad Pitt , Cate Blanchett , Julai Ormond , Tilda Swinton , Jason Flemyng

Czas trwania : 166

Nagrody : 3 Oscary - najlepsza charakteryzacja, najlepsza scenografia i efekty specjalne

Ocena : 7/10

 

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u