niedziela, 29 kwietnia 2012

Związek Radziecki, początek lat 80. Milicja dostarcza patologowi ciało pewnej kobiety. Z racji trudności w identyfikacji biednej dziewoi nakazuje on wręcz milicjantom wrócić w miejsce odnalezienia zwłok i dokładnie je przeczesać. Kilka godzin później milicjanci wracają nie z rzeczami mającymi pomóc w identyfikacji dawnej znajomej, a z kilkoma następnymi zwłokami. Lekarz sądowy Burakov nie spodziewał się, że jego silna prośba zaważy na jego późniejszym losie, który to oznacza przekwalifikowanie i awans na detektywa stojącego na czele oddziału ścigającego seryjnego mordercę. Od patologa do detektywa – dziś powiedzielibyśmy, że takie rzeczy to tylko w Rosji.

„W Związku Radzieckim nie ma seryjnych morderców. To jest dekadencki fenomen zachodu.” – twierdzi dumnie stojący na czele komitetu sekretarz partii, który czuwa i zatwierdza (a częściej nie zatwierdza) decyzje Burakova – niegdyś specjalisty od medycyny sądowej, dziś Sherlocka Holmesa. Słowa te brzmią jak gadka człowieka niezwykle ograniczonego (bo dlaczego niby seryjni mordercy mieliby atakować w jednych krajach, a w innych takich jak ZSRR już nie?), ale zostają wypowiedziane z taką powagą i przekonaniem, że gdybym słyszał je jako 6-letnie dziecko to mógłbym w nie uwierzyć. Burakov (ciekawą jaką miał ksywę w szkole hłe hłe) od początku nie miał lekko, a z każdego swojego kroku musiał spowiadać się przed komitetem, a ten reprezentujący władzę radziecką skutecznie blokował każdą propozycję mogącą pomóc w schwytaniu tego seryjnego mordercy. A mimo to Burakov wykazuje się niezwykle silną wolą i jest jednym z niewielu ludzi w ZSRR, którym zależy na dorwaniu mordercy, a tożsamość Obywatela X zostaje przed widzem zdemaskowana już w bardzo wczesnej fazie filmu. Zaskakuje fakt, że to niezbyt rozgarnięty człowiek, który Hannibalowi Lecterowi mógłby co najwyżej polerować buty, a i tego zapewne nie zrobiłby dość starannie. Ktoś tak niechlujny i z niezwykle przewidywalną metodą wybierania ofiar, a przy tym niezwykle brutalny morderca dzieci i kobiet naprawdę stąpał po radzieckiej ziemi, bo film jest oparty na faktach i w tym przypadku nie ma powodu, żeby w to nie wierzyć.

Po ilości oddanych głosów na największych światowych portalach filmowych widzę, że film jest niezbyt popularny (póki co, bo zapewne po tej recenzji liczba głosów gwałtownie wzrośnie). Tym bardziej jestem rad, że na niego trafiłem. „Obywatel X” ukazuje nie tylko mechanizmy działania seryjnego mordercy, ale działanie (a może przede wszystkim) Związku Radzieckiego. Pod tym względem film mógłby z powodzeniem zostać pokazywany na lekcjach historii w szkołach. W roli nauczyciela jedyny sprzymierzeniec Burakova – pułkownik Fetisov. Świetnie opisuje np. powody, dla których opinia publiczna ZSRR nigdy nie dowie się o tym, że na terenie ich państwa grasuje seryjny morderca, nie wspominając o tym, że milicja nigdy nie wystąpi o pomoc do FBI czy nawet nie ściągnie posiłków z Moskwy. Oprócz lekcji historii i psychologii możemy także wejść w psychikę człowieka, który podąża tropem potwora. A człowiek ten nie jest żadnym superbohaterem, jest niezwykle wrażliwy i działa pod ogromną presją wiele ryzykując, ale chęć zatrzymania mordów na masową skalę ostatecznie w nim przeważa. W tej roli Stephen Rea, który ma łatwe nazwisko do zapamiętania, ale osobiście go nie znam, choć w rolę Burakova wcielił się poprawnie. Jak dla mnie to dwóch gigantów seniorów go przebiło w tym filmie. Donald Sutherland i w mniejszej roli Max von Sydow. Panowie, którzy chyba będą żyć wiecznie i wiecznie zachwycać i tego im życzę.

Nie wiem komu film polecić. Gdybym napisał, że fascynatom  „serial killers” to zabrzmiałoby to z deczka dziwnie. Niech będzie, że pasjonatom kryminałów choć mogą oni być nieco zawiedzeni tym że mordercę poznajemy tak szybko. Na pocieszenie wspomnę, że reżyser wiedział co robi i taki zabieg tylko podwyższył wysoką wartość tego wciągającego filmu.

Tytuł oryginalny: Citizen X

Rok produkcji: 1995

Reżyser: Chris Gerolmo

Obsada: Stephen Rea, Donald Sutherland, Jeffrey DeMunn

Gatunek: Kryminał, thriller

Ocena: 9/10

 

 

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Trylogia Larssona nie daje o sobie zapomnieć. Najpierw wydana zostaje w papierowej formie i odnosi ogromny sukces na całym świecie. Następnie bardzo udana ekranizacja w szwedzkim stylu, ostatnio kolejne przeniesienie książki na ekrany kin dzięki postaci Davida Finchera. W drodze kolejne 2 ekranizacje dopełniające trylogię w wykonaniu Amerykanów. Ale zanim to nastąpi, już po obejrzeniu pierwszej części Millennium w obu wersjach postanowiłem zapoznać się z jej kontynuacją. Po wzięciu w swoje ręce książki i powierzchownym zapoznaniu się z jej strukturą przypominającą standardowej grubości cegłę zdecydowałem, że będę czytał, ale napisy…

Jeżeli ktoś nie widział/czytał poprzedniej części to proponowałbym przerwanie dalszego czytania tego tekstu. Po nacieszeniu się wakacjami Lisbeth wraca do kraju. Nawet nie próbuję zgadnąć w czym śnieżna Szwecja jest lepsza od chociażby banalnych Karaibów. A w Szwecji na pannę Salander czekają kolejne kłopoty. Dziewczyna mimo woli zostaje wplątana w cały szereg problemów włącznie z oskarżeniem o kilkukrotne morderstwo. Dziwnym trafem w wir śledztwa i bezpodstawnych oskarżeń trafia także jej stary przyjaciel – Mikael Blomkvist. Zaczyna się gra na śmierć i życie (tekst z Polsatu), w której poznajemy kolejne tragiczne zdarzenia z przeszłości, które zaważyły na późniejszej osobowości Lisbeth.

Tak, to Lisbeth gra pierwsze skrzypce w tej historii i co do tego nie ma wątpliwości. Każde zdarzenie kręci się wokół niej i pomimo faktu, że próbują jej pomóc inne, życzliwe osoby to w ostatecznym rozrachunku ona sama musi oczyścić się z zarzutów, a przy tym dbać o to, żeby dosłownie nie stracić głowy. A Lisbeth to oczywiście Noomi Rapace, coraz bardziej rozpoznawalna w światku filmowym. A ta może nie robi już takiego wrażenia jak za pierwszym razem, ale trudno odmówić Szwedce talentu i urody. Z bólem serca muszę przyznać, że Rooney Mara wypadła jednak nieco lepiej niż Rapace w roli nieposkromionej hakerki. Lisbeth w recenzowanym filmie jest dalej zagubiona, wyalienowana, ale jak przychodzi co do czego robi się bezwzględna i nie cofa się przed niczym. Postać trochę paradoksalna, ale aktorce udało się z sukcesem przenieść ją na ekran. Partnerujący jej Nyqvist z kolei wydał mi się naprawdę przeciętnym aktorem.

„Millennium 2” wciąga, bo co jakiś czas dostajemy nowe, czasami zaskakujące informacje. Fabuła dosyć szybko posuwa się do przodu i nie znalazłem w niej słabszego elementu, w czasie którego mógłbym pozwolić sobie na drzemkę. Może sceny z pewnym blond mięśniakiem wyglądają na troche niedopracowane, ale to tylko furtka dla przyszłej, kolejnej ekranizacji. Mimo, że szwedzką wersję stawiam wyżej niż jej amerykański odpowiednik to myślę, że Fincher ma sporo do powiedzenia i może przebić się z dwójką nieco dalej.

Gdyby jednak film nie doczekał się już nowszej wersji to nie będę płakał. Wersja w wykonaniu Szwedów jest naprawdę niezłym filmem. Pomimo zawirowań i masy tajemnic reżyserowi (na spółę z Larssonem) udało się zachować jasność przekazu, a na końcu wszystko zgrabnie wyjaśnić. Muzyka dodatkowo świetnie potęguje napięcie do tego stopnia, że na kolejne sceny aż chce się czekać.

Tytuł oryginalny: Millennium part 2: Flickan som lekte med elden

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Daniel Alfredson

Obsada: Noomi Rapace, Michael Nyqvist. Lena Endre

Gatunek: Kryminał

Ocena: 8/10



Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u