środa, 27 kwietnia 2011

Kto ma prawo decydować o życiu i swojej śmierci? Bardziej naiwni powiedzą, że Bóg, skoro stworzył pierwszego człowieka. Ci bardziej racjonalnie myślący bez wahania odpowiedzą, że każdy żyje na własną odpowiedzialność toteż każdy ma prawo przerwać swoje życie w każdym jego momencie. Obie te teorie dosyć mocno ścierają się w tym filmie. Nawet jeżeli nie jest to powiedziane wprost to takie refleksje nasuwają się same. Czy gdybym był podobnie jak główny bohater sparaliżowany od stóp do po samą szyję chciałbym umrzeć? Czy leżenie przez niemal 30 lat w jednej pozycji to dalej życie? I czy istnieje coś takiego jak „godna śmierć”?

Ramona poznajemy nie w momencie jak beztrosko biega po plaży, ale jak sparaliżowany w łóżku szuka sposobu na swoje legalne uśmiercenie. Stał się tym kim się stał przez własną głupotę, więc winny jest tylko sam sobie. I mimo, że ma kochającą rodzinę w postaci siostry, brata, ojca, siostrzeńca i jeszcze kilku znajomych, to postanawia się zabić. „Takie życie to nie życie” to słowa, które stały się niemal jego mottem i myślą przewodnią. Nikt ani nic nie jest w stanie odciągnąć go od tych czarnych myśli, a wielu próbuje. Bardzo trafne było wplecenie w tę historię postaci księdza. Księdza, który jest w niemal identycznej jak Ramon sytuacji z tym wyjątkiem, że ksiądz się nie poddał. Mimo całkowitego paraliżu korzysta z życia na tyle na ile może. Ot choćby jeżdżąc wózkiem sterowanym ustami przy pomocy specjalnie skonstruowanej nawigacji. Ramon tego nie chce. Dla niego życie bez czucia w rękach i nogach nie ma żadnego znaczenia.

Decyzja o zabiciu się mimo, że pozornie łatwa do zrealizowania to wcale nie jest prosta. Nie mam tu już na myśli samego zainteresowanego, bo ten zdaje się nie mieć żadnych wątpliwości co do słuszności swojej decyzji, ale całe jego otoczenie. Brat wyklina go i nie przyjmuje do wiadomości takiego wyboru. Twierdzi wręcz, że to dla niego rzucił niemal wszystko, żeby mieszkać tu gdzie teraz mieszka i pracuje w tym „zasranym sadzie” jak to określa. Decyzję o samobójstwie uważa za przejaw egoizmu. Na horyzoncie pojawia się także kobieta, która bardzo się z nim zżyła i dla której jego odejście byłoby wręcz niewyobrażalną stratą.

„W stronę morza” pokazuje z jednej strony batalię w sądzie o zabieg eutanazji, a z drugiej poprzez wprowadzenie postaci prawniczki także powody, dla których Ramon decyduje się odebrać sobie życie. Sama postać Ramona jest też bez wątpienia nietuzinkowa. Niegdyś zagorzały podróżnik w osobie marynarza, a dzisiaj nieco zgorzkniały pesymista, który mimo wszystko się nad sobą nie użala. Myślałem, że po „To nie jest kraj dla starych ludzi” Javier Bardem mnie już niczym nie zaskoczy, a tu się okazuje, że kilka lat wcześniej stworzył jeszcze być może bardziej niezapomnianą kreację. Trudno tu rozstrzygać, bo obie są niesamowicie charakterystyczne, ale i skrajnie od siebie różne. Tutaj, ucharakteryzowany na trochę podstarzałego już mężczyznę, również nie ma sobie równych. Mimo, że przykuty do łóżka to w dalszym ciągu potrafi zażartować z siebie chociaż w niektórych momentach jest tak przerażająco poważny, że trochę przypomina zabijakę od Coenów.

Ten film to bardzo ważny głos w sprawie eutanazji, który porusza zarówno prawne jak i te chyba ważniejsze, czyli moralne aspekty tego zjawiska. Mimo, że o podobnej tematyce co „Motyl i skafander”, to oba filmy to 2 zupełnie inne bieguny. Chociaż w obu sparaliżowany mężczyzna ma potrzebę napisania książki o swoich przeżyciach – coś w tym musi być ;] Nie chcę pisać, że pozycja obowiązkowa, bo kto będzie chciał obejrzeć to obejrzy i odwrotnie, ale ja się na nim na pewno nie zawiodłem. Co ja mówię – bardzo dobry film.

 

Tytuł oryginalny: Mar adentro

Rok produkcji: 2004

Reżyser: Alejandro Amenabar

Obsada: Javier Bardem, Belen Rueda, Mabel Rivera, Lola Duenas

Gatunek: Dramat

Ocena: 9/10

piątek, 22 kwietnia 2011

Kim jest Rocky Balboa nikomu tłumaczyć nie trzeba, a z racji tego, że jesteśmy poważnymi ludźmi pominę ten fragment z przedstawieniem jego postaci. Szósta i jak na razie ostatnia część filmowej sagi słynnego boksera nie rozczarowuje, a nawet może się podobać. Jakież było moje zdziwienie kiedy to odkryłem to możecie się tylko domyślać. A czemu miałby rozczarowywać? Bo od premiery ostatniej części minęło kilkanaście lat, a ten film wydaje się niczym innym jak zamachem na kieszenie fanów Rocky’ego. No i jest jeszcze jeden powód – jak coś ciągnie się jak telenowela aż na 6 odcinków to nie ma prawa być dobre. Ten film jest jak najbardziej chlubnym wyjątkiem od reguły z czego się bardzo cieszę.

Film z 2006 roku nosi tytuł „Rocky Balboa”. Odkrywczy to on za bardzo nie jest, ale Stallone widocznie ma już dość numerowania swoich filmów, bo kolejna część Rambo, która wyszła też jakoś niedawno również pozbyła się numerka w tytule. Ale nie to jest najważniejsze. Liczy się to co jest w środku, a nie powierzchowna okładka. A w środku mamy od razu smutną wiadomość – Rocky mimo, że jest właścicielem eleganckiej restauracji nieco się wypalił. Adrian nie żyje, dorosły syn robi co może, żeby nie za często się z nim widywać, a o powrocie do boksu też nie ma mowy. Pozostaje mu tylko wspominanie przeszłości i życie wspomnieniami. Do czasu, aż w jednym z barów spotyka go miła niespodzianka w postaci uroczej barmanki, która podobnie jak on w życiu nie ma zbyt wiele. I tak powoli rodzi się między nimi coś w rodzaju więzi przyjacielskiej, a może i czegoś więcej. Wszystko ładnie pięknie, jako dramat wypada nieźle, ale po pewnym czasie przychodzi ocknienie – „ej przecież to Rocky, a nie jakaś ckliwa historyjka o smutnych ludziach!”. I Stallone, który znowu wrócił na podwójne stanowisko reżysera i głównego bohatera, nie zapomniał o obowiązkowej walce.

Tym razem Rocky już nie przechodzi na emeryturę, ale od dawna na niej jest. W związku z tym trzeba było wymyślić coś znacznie nowego. Pomysł, na który wpadł Sylwek tylko połowicznie mnie przekonał. Symulacje komputerowe między nie tylko pięściarzami z zupełnie innej bajki, ale także i wojownikami z innych epok, istnieją i są przeprowadzane dlatego trudno odmówić tutaj komuś racji. Druga sprawa, że to tylko symulacje i brakuje w nich „czynnika ludzkiego”, jak to fajnie w filmie zostało nazwane. Dlatego też dochodzi do pojedynku młodego, czarnoskórego mistrza, dla którego ten pojedynek ma być powrotem do łask z podstarzałym, wypalonym, ale ciągle jeszcze w formie Balboą.

Moda na odgrzewanie kotletów trwa w najlepsze już kilka ładnych lat, ale co trzeba przyznać to to, że Rocky’emu wyszło to nawet na dobre. Po cienkiej czwórce i jeszcze gorszej piątce przyszła mała poprawa. Chociaż dobrze by było, gdyby więcej już tego nie ciągnięto do przodu. Swoje najlepsze lata Rocky ma już dawno za sobą i teraz jedyny kierunek, w którym mógłby pójść to jedynie kariera trenerska, co już raz zostało przecież liźnięte. „Rocky Balboa” balansuje na cienkiej granicy między filmem poważnym a kpiną i ośmieszaniem. Z jednej strony problemy z synem i wątki typowo dramatyczne, a z drugiej treningi przed walką, które wyglądają po prostu żałośnie. Dobrze, że z końcówką nie przeszarżowano, a cały film można śmiało obejrzeć bez wstydu i zażenowania.

 

Tytuł oryginalny: Rocky Balboa

Rok produkcji: 2006

Reżyser: Sylvester Stallone

Obsada: Sylvester Stallone, Burt Young, Geraldine Hughes, Antonio Tarver

Gatunek: Dramat

Ocena: 7/10

czwartek, 07 kwietnia 2011

Pamiętam jak o filmie było głośno i mówiono o nim np. we wszelakich środkach masowego przekazu. Może nie tyle mówiono czy dyskutowano co raczej go reklamowano. Mnie jakimś cudem ominęła premiera w tamtym czasie i wróciłem do niego niemal rok po tym wszystkim. Bez jakiś tam większych oczekiwań. Ot tak miałem ochotę na dramat, bo tyle też o tym filmie wiedziałem. I rzeczywiście dramat to jest, ale nie w tym sensie, którego bym chciał się w nim doszukać…

Cała historia skupia się na postaci Susie, która pewnego dnia, po krótkim wstępie, w jednej ze scen zostaje zamordowana. Samej sceny zbrodni nie pokazano wprost, ale nie ma wątpliwości, że do niej doszło. Oznajmia nam to kilkukrotnie sama ofiara, która pełni rolę narratora i to z jej perspektywy w dużej mierze patrzymy na wydarzenia rozgrywające się w filmie. Dziewczyna nie zdążyła się nawet jeszcze pocałować (bo zakochana właśnie była), a cały świat stał przed nią dopiero otworem. Dała się skusić pewnemu panu i za jego namową weszła do dziury w ziemi skąd już żywa nigdy nie wyszła. Sama dziura w ziemi przypominała mi coś na kształt sanktuarium jakiegoś zboczeńca, którym właściwie to była ;] Dla niej było to coś wspaniałego, kul, dżejzi, fanki i niesamowitego dlatego dała się namówić na wejście do tej pieczary śmierci. Zaraz potem 14latka trafia do czegoś pomiędzy niebem a ziemią jak to zostało w filmie określono. Chociaż gdyby nazwać to niebem to myślę, że nikt by się nie obraził.

„Nostalgią anioła” rządzi chaos i brak pomysłu na pociągnięcie filmu do przodu. Nie wiem czy film nakręcono na podstawie jakieś książki czy też nie, i szczerze mówiąc mało mnie to interesuje, bo po książkę też bym nigdy nie sięgnął. Pomysł niby jest, no bo trzeba znaleźć mordercę dziewczynki, ale zrobiony w bardzo mało zajmujący sposób. My znamy mordercę niemal od początku, ale ludzie w filmie jego nie znają. Sprawa ich domysłów i tego w jaki sposób próbują go wytropić też pozostawia wiele do życzenia. No bo tak właściwie to czemu akurat ten pan, a nie sąsiad obok? Po „krzywych” spojrzeniach doszli do tego, że to musi być on?

Chaos przejawia się w tym, że przez ekran przelewa się istna rozpierducha, głównie za sprawą Susie, która raz obserwuje to co się dzieje na Ziemi, a raz biega po łące żywcem wyjętej z windowsowskiego pulpitu, jeszcze innym razem gada takie głupoty, że uszy więdną. To „coś” pomiędzy, czyli cały ten świat, w którym tak jakby uwięziona zostaje dziewczynka sprawia wrażenie strasznie niechlujnie wykonanego. Aż dziw bierze, że to sprawka samego Petera Jacksona, gościa, który nie miał problemów z wielkimi bataliami we „Władcy Pierścieni”, a tutaj odwalił taką fuszerkę. Te wszystkie blaski, światła i inne błyskotki wyglądają po prostu kiczowato, a Susie wygląda jakby była doklejona do obrazka, do którego zupełnie nie pasuje.

W aktorstwie również nie ma żadnych fajerwerków, Stanley Tucci wypadł nieco lepiej, ale też mam wrażenie, że nie wykorzystano jego potencjału w 100%. Nie podoba mi się tradycyjnie Mark Wahlberg i charakteryzacja Susan Sarandon, która w filmie prezentuje się po prostu odpychająco. Jako ciekawostkę dodam fakt,  że oto chyba wyłapałem nareszcie Petera Jacksona w jego filmie! Nie jest nowością fakt, że reżyser niemal zawsze pojawia się w swoich filmach w bardzo małej roli, często w 1 scenie. I w „Nostalgii Anioła” dostrzegłem go z małą kamerką w salonie fotograficznym. Mam nadzieję, że to był on, głównie po zaroście go poznałem ;D

Aaaa bym prawie zapomniał. Już pogodziłem się z niskim poziomem filmu, kiedy „nadeszła” końcówka i jeden mały sopel lodu, który nie pozostawił mi żadnych złudzeń. W tym momencie przez mózg od razu przeszła mi myśl, że Jackson powinien się tego filmu wstydzić.

 

Tytuł oryginalny: The Lovely Bones

Rok produkcji: 2009

Reżyser: Peter Jackson

Obsada: Saoirse Ronan, Stanley Tucci, Mark Wahlberg, Rachel Weisz, Susan Sarandon

Gatunek: Dramat

Ocena: 4/10

 

środa, 06 kwietnia 2011

Holly to typowa kobieta. Trajkocze jak najęta, zwinnie manipulując przy tym każdym biednym mężczyzną, który jest akurat w pobliżu, a jedyne czym można ją chociaż na chwilę przymknąć i co na pierwszy rzut oka najbardziej się dla niej liczy jest bogactwo – rożnego rodzaju świecidełka, wszelaka biżuteria i pławienie się w luksusie. Wniosek – nie jesteś bogaty to nie ma co liczyć na jej uwagę. Oskubywanie facetów to dla niej coś w rodzaju sposobu na życie. Kiedy uważa, że ma dość (ona, nigdy ten ktoś drugi) to po prostu zamyka się w domu zostawiając swojego sponsora za drzwiami i denerwując przy tym za każdym razem swojego azjatyckiego sąsiada z góry. Zresztą bardzo pieszczotliwie nazywa ona tych sponsorów „szczurami’. Bardzo subtelnie.

Sytuacja zmienia się nieco po wyprowadzce nowego sąsiada. Nie jest on ani bogaty ani nawet nie daje się tak łatwo zmanipulować. Holly traktuje go jak zwykłego kolegę, bo wiadomo, że na boku czeka na nią kilku przyjemniaczków.

Z ciężkim bólem serca muszę przyznać, że wady płci pięknej ucieleśnione w postaci Holly są nieco przerysowane i wyolbrzymione.  Znajomość listy 50 najbogatszych Amerykanów czy przyjęcie z udziałem „szczurów” i „super szczurów” to najlepsze tego przykłady. Zresztą to nie jest tak, że Holly to jakiś typ zołzy, która robi to co robi z pełną premedytacją łamiąc przy tym kolejne serca facetów na swojej drodze. Wie czego chce, ale z drugiej strony trudno raczej robić to bez świadomości. Nie byłoby Holly bez Audrey Hepburn, a sam film zapewne też nie zdobyłby takiego uznania jak obecnie. Jej rola jest po prostu genialna. Gra z taką lekkością, wyczuciem i naturalnością, że trudno byłoby ją „przebić”. Ten „drugi” jest grany przez późniejszego odtwórcę roli samego Hannibala Smitha z serialu „Drużyna A”.

Przy okazji „Śniadania u Tiffany’ego” obowiązkiem recenzenta jest wspomnieć o muzyce i piosence „Moon River” w szczególności, która jest nieodłącznie kojarzona z filmem. Reżyser ponoć chciał nawet wyciąć scenę, w której słodka Hepburn śpiewa w oknie tę piosnkę na co aktorka zagroziła, że w filmie nie wystąpi w ogóle. I bardzo dobrze, że się postawiła, a pan reżyser uległ, bo dzięki temu dostajemy jedną z lepszych scen w filmie.

Ucieczki przez okno do sąsiada, „Moon River”, wyklinający Azjata i oczywiście tytułowy sklep u Tiffany’ego to w mojej opinii najbardziej charakterystyczne sceny tego obrazu. Film nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia, ale pozostawił po sobie jak najbardziej dobre. Nakręcony w roku 1961 jest protoplastą gatunku i choćby z tego względu należą mu się laury. To z niego korzystać będą później z lepszym lub gorszym skutkiem inne produkcje.

 

Tytuł oryginalny: Breakfast at Tiffany's

Rok produkcji: 1961

Reżyser: Blake Edwards

Obsada: Audrey Hepburn, George Peppar, Martin Balsam

Gatunek: Melodramat

Ocena: 7/10

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u