piątek, 07 grudnia 2012

Tradycyjnie opis melodramatu należy zacząć od przedstawienia dwojga zakochanych. Bob (Bill Murray) może już przeżywać kryzys wieku średniego, w przeszłości był prawdopodobnie świetnie zapowiadającym się aktorem, a obecnie jedyne co mu zostało to granie w reklamówkach. Charlotte (Scarlett Johansson) jest absolwentką filozofii, imała się kilku zajęć, ale żadne z próbowanych nią nie zawładnęło. Losy obojga splatają się w jednej z najbardziej niezrozumiałych dla obcokrajowców stolicy świata, czyli Tokio.

Wpis zacząłem od tradycji, a rzecz w tym, że „Między słowami” to nie jest tradycyjny melodramat i pewnie dlatego z miejsca mnie zdobył. Nie ma tu trzeciego bohatera, tzw. przeszkadzacza i nie ma buzi buzi co kilka minut. Jest za to dwójka bohaterów, których mimo, że sporo dzieli to i sporo łączy. Dzieli zdecydowanie wiek – Charlotte mogłaby być córką Boba, ale przecież miłość nie takie bariery miała na swojej drodze (w „King Kongu” mamy przecież romans kobiety z małpą). Oboje są sami w wielkim mieście. I choć Charlotte przyjechała do Tokio z mężem to jest niemal tak, jakby go nie było. Rodzinę Boba poznajemy wyłącznie przez telefon, a w zasadzie to jedynie żonę, która nie ukrywa, że rozmowa z nim nie sprawia jej żadnej wielkiej przyjemności (taka rozmowa dla rozmowy). Charlotte i Boba połączyła zarówno obecna sytuacja, czyli przebywanie w sąsiedztwie obcej kultury, jak i pewien marazm, w którym utknęło ich życie – ślepa uliczka. Relacja, jaka ich łączy to nie jest żaden przelotny romans ani nic z tych rzeczy. Ich „związek” opiera się na półsłówkach, a tych kilka dni zapewne da im sporo do myślenia. To, co mają najważniejszego do powiedzenia nie zostaje powiedziane w ogóle, ale i oglądający i ta dwójka swoje wiedzą. Polskie tłumaczenie tytułu jest w tym przypadku chlubnym wyjątkiem i bardzo trafnie oddaje sens tego filmu. Dobrze, że nie "Bezsenność w Tokio";)

Oprócz scen, kiedy bohaterowie nie mówią, w „Między słowami” znajdziemy barwny obraz Tokio czy bardziej ogólnie całej kultury japońskiej z punktu widzenia przeciętnego nie-Japończyka. Bezcenne są reakcje Boba, kiedy skacze po kolejnych cudacznych programach w TV, korzysta z basenu czy automatycznej bieżni. Świetny humor to zresztą również mocna strona filmu. A to zwłaszcza dzięki kreacji Billa Murraya, który gra tu w swoim starym niepodrabialnym stylu. Druga strona, czyli ponętna Scarlett Johansson zagrała prawie jak nie ona, czyli oszczędnie w środkach, ale również bardzo przyzwoicie.

Sofia Coppola tym filmem zdobyła sobie uznanie zarówno widzów, jak i krytyków (oraz oscarowych dziadków). I żeby odciąć się od sławnego Francisa Forda nie musiała nawet zmieniać nazwiska jak Nicolas Cage. Bardzo przyjemnie oglądało mi się „Między słowami” już po raz drugi i na pewno nie ostatni. I mówię to ja – zazwyczaj nie lubujący się w melodramatach i dla mnie jest to najlepszy film gatunku głównie za sprawą tego, że nie wciska mi na chama pocałunku z językiem.

Tytuł oryginalny: Lost in Translation

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Sofia Coppola

Obsada: Bill Murray, Scarlett Johansson

Gatunek: Melodramat

Ocena: 9/10

czwartek, 06 grudnia 2012

Po 4 latach Lucy wraca na wakacje do przepięknej Toskanii, żeby pozować do rzeźby, która i tak nie będzie do niej podobna. Przed laty, zapewne niespodziewanie, umarła jej matka i w zasadzie wszyscy kojarzą 19-letnią dziewczynę jedynie z tego, że była jej córką. Matka była zdolną poetką, a i Lucy zbiera za nią komplementy. Dziewczyna jest z deczka zagubiona, szybko wypaple, że jest dziewicą i jeszcze szybciej wiadomość ta rozejdzie się po gospodarstwie, gdzie przebywa. Można przyjąć, że informację tę powiedziała w tajemnicy, ale tak naprawdę to chyba chciała, żeby się o niej dowiedziano, w szczególności męska część domostwa.

Fabułę przybliżyłem w niezbyt poważny sposób, bo i nie wydaje mi się ona poważna. Mógłbym się pokusić o bardziej treściwy i dosadny jej opis, ale sobie podaruję. Im więcej tekstu tym lepiej, a o tym filmie naprawdę nie mam zbyt wiele do powiedzenia. „Ukryte pragnienia” to film w żadnym stopniu nie mój, że tak powiem. Przedstawiana historia i kolejne zdarzenia niezbyt mnie pasjonowały. To taki bardziej babski film, choć z tego, co czytałem na kilku blogach to i paniom film ten nie przypadł do gustu. I nie spodobał mi się nie dlatego, że brak mi wrażliwości czy jestem zbudowany z tego samego materiału co Wielki Kanion Kolorado. Co jakiś czas nieśmiało w filmie przeplatają się jakieś niby pytania o sens czy cel życia, ale są one za mało wyeksponowane i niejako wrzucone tylko po to, żeby były. Główne pytanie, jakie zdaje się widz miał sobie stawiać w trakcie seansu to z kim nasza „Lucy in the sky” straci w końcu dziewictwo. Może zbyt dosłownie to biorę, ale napotkałem również w Internecie na  opinie osób, które żałowały, że Lucy przespała się z tym, a nie z tym czy tamtym. Poważnie. Czasami pojawia się też problem jej ojca, ale wątek ten zdecydowanie nie został starannie poprowadzony. W dodatku jest oparty na absolutnie niewzbudzających ŻADNYCH podejrzeń pytaniach Lucy typu „czy zabiłeś kiedyś żmiję” ewentualnie „żułeś liście drzewa oliwkowego”.

Jest coś, co mnie zainteresowało w filmie i nie jest to cycek Liv Tyler, a spontaniczne wyznanie wieloletniej pani domu, która oznajmia mężowi w pewnych okolicznościach, że muszą stąd wyjechać. Po co wyjeżdżać z tak pięknej krainy, jaką jest Toskania? Czyżby za dużo tego dobrego? Ja jakby co chętnie zamienię się na mieszkanie w bloku. Samych krajobrazów też nie ma w filmie aż tak dużo jak adoratorów Lucy mogłoby się wydawać. Niemniej jednak nawet jak na chwilę gdzieś się pokażą zielone wzgórza jak malowane to zazdrość wypala oczy.

Świetnie swoja rolę zagrał Jeremy Irons. Dobry aktor nie musi się odzywać, żeby przekazać to, co ma do przekazania i ten pan rzeczywiście to potrafi. Liv Tyler aktorką to raczej nie jest, ładną dziewczyną tak i na tym poprzestańmy. Chociaż też z tą ładnością nie przesadzajmy.

„Ukryte pragnienia” to bardzo średni film z ładnymi zdjęciami, ale naiwną i mało pasjonującą historią. Mam wrażenie, że zawyżyłem ocenę, ale niech już zostanie. Nie wiem nawet co w podsumowaniu napisać.

Tytuł oryginalny: Stealing Beauty

Rok produkcji: 1996

Reżyser: Bernardo Bertolucci

Obsada: Liv Tyler, Jeremy Irons, Rachel Weisz

Gatunek: Melodramat

Ocena: 5/10

środa, 05 grudnia 2012

W wyniku dosyć nieprzyjemnych zdarzeń przed śmiercią uratowany zostaje chłopiec, któremu natura w znacznym stopniu poskąpiła urody. Quasimodo, bo tak się zwie, zostaje umieszczony na wieży Notre Dame i może tam przebywać pod jednym prostym warunkiem, a mianowicie ma dożywotni zakaz wychodzenia poza nią. Garbaty chłopak ma również niezbyt skomplikowane marzenie – wziąć udział w Festiwalu głupców, dosyć osobliwej imprezie, w czasie której wszystko w mieście jest dokładnie odwrotnie niż zazwyczaj.

Tradycyjnie jak niemal każda animacja Disneya, tak i „Dzwonnik z Notre Dame” pod przykrywką kolorowej otoczki podejmuje bardzo ważne tematy. W tym przypadku jest to problem odmienności, odchyłu od normy, które to postrzegane są niemal zawsze jako gorsze cechy, często nawet wykluczające daną personę ze społeczeństwa. Quasimodo już od kołyski jest nazywany tym „czymś” i potworem. Ze względu na swoją fizyczną brzydotę trudno jest mu udawać, że jest taki jak inny, a garb na plecach i zdeformowana twarz nie czyni go wcale gorszym od reszty. Oparcie znajduje w innych, którzy również są inni, czyli cyganach. O tym jak postrzegani są Romowie w społeczeństwie, choćby i naszym, nikomu nie trzeba wyjaśniać. Cyganka Esmeralda jest całkowitym przeciwieństwem Quasimodo – pięknością nad pięknościami, ale i to nie pomoże jej w postrzeganiu przez paryskie władze jako złodziejki i oszustki.

Muzyka to kolejny nieodłączny element „bajek” Disneya i tu nie mogło jej zabraknąć. Dosłownie co kilka minut, najczęściej rozterki bohaterów przekazywane są właśnie w formie piosenki. Jest ich sporo, ale nie są nachalne, a spektakularny chór potrafi przykuć uwagę. Co do warstwy wizualnej to nie wymaga chyba ona komentarza – wszystko jest na najwyższym poziomie, a kolory niemal lśnią z ekranu.

Historia Dzwonnika z Notre Dame jest bardzo oryginalna, ale rozwija się w bardzo przewidywalnym kierunku.  Mamy także krystalicznie czystych troje bohaterów i jednego złego do szpiku kości. Można to zrzucić na karb tego, że to właśnie film animowany i mimo, że dorośli również coś z niego mogą wynieść to mimo wszystko kierowany jest do tej najmniej krytycznej grupy wiekowej w społeczeństwie. Całość oglądało mi się bez bólu, ale z pewnością Disney ma na swoim koncie dużo lepsze animacje. W każdym razie „Dzwonnik z Notre Dame” przypomniał mi beztroskie lata dziecięce, bo pewnikiem oglądałem go również za dzieciaka, i choćby z tego względu należą mu się laury.

Tytuł oryginalny: The Hunchback of Notre Dame

Rok produkcji: 1996

Reżyser: Kirk Wise, Gary Trousdale

Obsada: czy to ważne? ;)

Gatunek: Animowany

Ocena: 7/10

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u