wtorek, 22 listopada 2011

Tym razem wpadł w moje ręce (albo raczej na mój dysk) bardzo poważny film. Nie żadna komedyjka, łzawy dramat czy inny krwawy horror, a film o poważnej tematyce obejmującej absolutnie cały świat swoim zasięgiem, a nawet wszechświat.

I po takim wstępnie można się filmem zainteresować. Chociaż zupełnie niepotrzebnie… Film, który swoją premierę miał przekładaną tyle razy, że aż się ktoś wkurzył i nie czekając na nikogo wrzucił sobie film w internet. Do tej pory nie wiem kiedy tak naprawdę „Apollo 18” zadebiutował w kinach (o ile w ogóle).

Krótki opis? Proszę bardzo. W latach 1969-1972 odbyło się kilka załogowych pierwszych i ostatnich lotów na Księżyc. Począwszy od Armstronga i Apollo 11, a skończywszy na Apollo 17. I to są fakty. Skąd więc Apollo 18? A może nawet i 19 i 20? Nikt nie wie, ale grupa osób twierdzi, że takie loty także się odbyły, ale strasznie nie wyszły Amerykanom, dlatego je utajnili i oficjalnie się do nich nie przyznają.

Nie wiem co było czy jest dalej podstawą tych tez, że jednak po 1972 roku człowiek był jeszcze kilka razy na Księżycu. Film opowiada o pierwszej z tych tajnych misji. Jeżeli ktoś (w tym ja) spodziewał się trzymającego w napięciu thrillera stawiającego ważne pytania i poddającego w wątpliwość niektóre księżycowe fakty to nie ma tu czego szukać. Takie „Paranormal Activity” w kosmosie. Dużo szumu o nic, choć wiadomo, że popularność obu filmów jest skrajnie różna. No niestety, moda na paradokumenty przebiła atmosferę i zawitała już nawet na orbitę, daleko od Ziemi.

Początkowe informacje mówią o zaginionych nagraniach NASA, a „Apollo 18” przybierając formę stylizowanego na dokument stara się wmówić nam, że patrzymy właśnie na część tych filmów. Są problemy z obrazem, trzęsąca się kamera, w związku z tym w niektórych scenach, najkrócej mówiąc – gówno widać. Bohaterowie (nawet nie starałem się wyłapać ilu ich było, dacie wiarę?) mają tendencję do wyolbrzymiania, do nieuzasadnionej paniki i z każdej pierdoły potrafią zrobić straszną aferę.

Tak patrzyłem na ten film i nawet… odechciało mi się na niego patrzeć. To też sztuka nie zaciekawić widza w czasie tej godziny z kawałkiem. Czekałem na upragniony koniec, bo „Apollo 18” nie potrafił mnie niczym zaskoczyć. O dreszczyku emocji nie może być mowy skoro to co widzę to stek bzdur trudnych do przełknięcia nawet jak przymknę oko (bo jak przymknę to zasnę). Kosmonauci sypią skrótami i obcobrzmiącymi nazwami jak z rękawa i nikt nie stara się nawet, żebym nam je objaśnić. Punkt dla mnie, że uważałem na fizyce czy geografii i takie np. jak NASA znałem ;D

Goście biegają po powierzchni srebrnego globu, potem wracają do statku, mają jakąś awarię i tak do znudzenia to samo w koło Macieju. Pod koniec próbowano trochę zagrać na emocjach i zagrano, ale na nerwach. Celowo nie zdradzam kilku ważnych elementów, które jeszcze bardziej pogrążyłyby to filmidło. Nawet przy takim „czymś” muszę być konsekwentny i spoilerów nie będzie.

Twórcy filmu, zresztą nie pierwszy raz, postanowili, pożerować na ludzkiej naturze, która przecież uwielbia to, co tajemnicze, niewyjaśnione, niedopowiedziane. Tutaj dopowiedziano całą resztę, ale lepiej gdyby film nakręcić coś w stylu alternatywnej historii wydarzeń, a nie podawać jakieś bajki, które to niby są pewnikiem. A szkoda, bo trylogii Apollo 18-20 prawdopodobnie nie będzie.

 

Tytuł oryginalny: Apollo 18

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Gonzalo Lopez-Gallego

Obsada: Nie wiem, jakieś fajfusy

Gatunek: Dokumentalizowany thriller

Ocena: 3/10

 

środa, 09 listopada 2011

Ale ten czas leci. Już 3 miesiące minęły od ostatniej odsłony krótkich podsumowań, a w kolejce jeszcze następna część „Najgorszych tłumaczeń tytułów filmów” (NTTF). To co mnie martwi to nie kiepska jakość filmów, które trafiają ostatnio do dystrybucji, a moja pamięć, którą zdaje się mam z filmu na film coraz krótszą. Może dojść w przyszłości do absurdalnych sytuacji, kiedy będę musiał spisywać swoje wrażenie już w trakcie oglądania albo drugi raz obejrzeć film właśnie pod kątem napisania recenzji. Źle to brzmi.

Głód – kolejny po „W imię ojca” bardzo dobry film o IRA i dążeniach Irlandczyków do połączenia dwóch leżących obok siebie części Irlandii. Filmy o chudzielcach to bardzo dobry materiał na film i sukces, a Krystian Bal znalazł właśnie bardzo godnego rywala w postaci Michaela Fassbendera. „Głód” jest brudny, sceny nie napawają optymizmem, nikt się w filmie nie śpieszy, a całość dzieje się w więzieniu. Mimo to, podoba się. Za przywiązanie do ojczyzny i poświęcenie w jej imię mocne 8/10

Trespass – jak przeczytałem polskie tłumaczenie tytułu to straciłem resztki zaufania, jakie pokładałem w naszych tłumaczach. Z dupy wzięta „Anatomia strachu” brzmi bardziej tajemniczo niż przypadki zaginięć w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. Szkoda, że film tak ciekawy już nie jest. Niemal 2 godziny przewracania się, biegania po domu i gadki-szmatki opierającej się na zwrocie „pieniądze albo śmierć”. Tyle, że łotry, które przetrzymują pewną parę w ich domu wcale tak ochoczo do tej ich śmierci się nie zabierają. Dużo głupot, mało konkretów. I jeszcze Kejdż… 5/10

Kac Vegas w Bangkoku – gdyby film nakręcono za czasów Kochanowskiego to o polskim tłumaczeniu tytułu napisałby on zapewne niejedną fraszkę. Następną część proponuję nazwać „Kac Vegas w Bangkoku w Grabinie przy drodze w kartonach”. Kolejny przedstawiciel formuły „szybciej, więcej, lepiej”. Tyle, że lepsze jest wrogiem dobrego i druga część Kaca już tak fajna jak jedynka nie jest. Stu panikuje, Allan w swoim stylu żartuje, Phil próbuje wszystkich zebrać jak zawsze do kupy, a Doug jak zawsze jest najnudniejszy, a to w sumie dobrze, bo jest go mało w filmie. Humor jest, bo to komedia, ale raz śmieszy, a raz irytuje. Film w większości opiera się na poprzedniku i choćby za to należą mu się niezłe baty. Już miałem przygotowaną niską ocenę, ale sama końcówka, pewien występ, mnie nieco rozruszył i za to podwyższam. 6+/10

 

 

Muszę chyba nieco podkręcić tempo i skończyć z paplaniem, „że jakoś, a nie ilość”, a co za tym idzie zacząć sypać recenzjami jak z rękawa. Było już kilku kandydatów do zrecenzowania, ale ostatecznie stanęło na „Robocopie”. Pewnie głównie dlatego, że to dobry materiał na recenzję jest.

Ocena będzie wysoka. „Robocop” (zwany także nieskromnie „Supergliną”) dzisiaj to już legenda. Nieco zapomniany film sprzed niemal 25 lat to kawał naprawdę dobrego, bezkompromisowego kina akcji. Nowy policjant w wydziale, Alex Murphy, rusza w pościg za bandą naprawdę złych zbirów. Nie wiedzieć czemu, zamiast strzelać w opony próbuje postrzelić któregokolwiek z nich bezpośrednio. Kończy się na tym, że mu uciekają, a następne ich spotkanie, w opuszczonym magazynie niezbyt dobrze wychodzi Murphy’emu na zdrowie. W zasadzie to je traci, na co składają się odstrzelone kończyny i przestrzelona czaszka. Nie jestem pewny czy odstrzeliwanie np. rąk jest fizycznie możliwe, ale w przypadku „Robocopa” chyba nikt się nad tym nie zastanawiał. Murphy dostaje drugie życie, zamknięty w stalowym pancerzu napędzany bateryjkami. Tak właśnie narodził się „Robocop”.

Dziwna sprawa, że nikt nie pokusił się o nakręcenie wspólnego filmu Terminatora z Robocopem. Jest „Obcy kontra Predator” to czemu również „metalowcy” mieliby się nie zabawić.

Fabuła filmu jest tak klarowna, że bardziej być już chyba nie mogła. Nie ma tu nic niejasnego,  wszystko się ładnie zazębia, a kolejne sceny dopełniają jedna po drugiej. Po odzyskaniu pamięci Robocop zapała żądzą zemsty do swoich oprawców, a widz będzie z całego serca w tym dopingował i oczekiwał na krwawy finał.

Nie wiem dlaczego, ale blaszanego superpolicjanta polubiłem od samego początku. Może to właśnie za sprawą tego, co go spotkało. Może wątek Murphy’ego i jego rodziny nie jest zbytnio rozbudowany, ale to przecież kino akcji, a nie „M jak Miłość” (przy okazji pozdrawiam Hankę, chyba, że…). Jest kilka dosyć brutalnych scen, które brutalne są nawet dzisiaj, nie wspominając o tamtych czasach.

Co prawda urodziłem się już po premierze filmu, ale nie przeszkodziło mi to w obejrzeniu go jeszcze jako dzieciak. Z sentymentu obejrzałem go po dosyć długiej przerwie i muszę stwierdzić, że dalej smakuje wyśmienicie. Warto sobie przypomnieć albo sprawdzić po raz pierwszy zanim wezmą się za bezczeszczenie kolejnego klasyka, bo remake już od wielu miesięcy jest w planach.

Tytuł oryginalny: RoboCop

Rok produkcji: 1987

Reżyser: Paul Verhoeven

Obsada: Peter Weller, Nancy Allen, Kurtwood Smith

Gatunek: Sensacyjny

Ocena: 8/10

 

sobota, 05 listopada 2011

To nie jest film o miłości. To nie jest film, który wzrusza do łez. To nie jest film, który straszy. To nie jest film z morałem. To nie jest film trzymający w napięciu (powiedzmy). To nie jest film z wartką akcją. To nie jest nawet film śmieszny…

Czymże więc jest „The Big Empty”? Właśnie tym, co jest zawarte w tytule – wielkim niczym. Trochę fabuły, co by się wszystkim lepiej czytało. Gość ma długi. Oczywiście nie widać tego po nim, bo to Ameryka, ale wyprzedaje nawet wszystkie swoje meble (z łóżkiem włącznie), więc trzeba założyć, że jednak nie śmierdzi groszem. 27 tysięcy – tyle wynosi jego debet. Wtem – tadam tadam – zjawia się u niego sąsiad z bardzo lukratywną propozycją. John dostarczy w jedno miejsce pewną niebieską walizkę (bez jej otwierania), a w zamian dostanie okrągłe 25 tysięcy dolarów. Początkowo nie chce o tym nawet słuchać, ale w końcu daje się namówić na pokrycie całej kwoty swego długu. Wyrusza w podróż.

Podróż jest krótka, a John zamieszkuje w hotelu w pewnym dziwnym miasteczku na pustyni, gdzie ową niebieską walizkę ma oddać niejakiemu Kowbojowi (z dużej, bo to prawie jak imię). W oczekiwaniu na niego poznaje kilkoro (tylko z pozoru) bardzo ciekawych mieszkańców.

W założeniu, a bynajmniej tak się domyślam, „The Big Empty” miało być przyjemną komedią połączoną z refleksją na temat życia jako takiego. Jako, że jestem dosyć wymagającym widzem, to filmowi nie udało się ani jedno ani drugie. Typowych gagów raczej tu nie uświadczymy. Są tylko dziwaczne zachowania mieszkańców plus ich paranoiczne anegdoty i „zwariowane” problemy.

Fabuła posuwa się do przodu, ale zamiast wyjaśniać pewne kwestie, rodzi jeszcze więcej dziwnych pytań (coś jak w „Zagubionych”). Tytuł filmu mógł śmiało brzmieć coś a’la „Kowboje i obcy”. W ramach ciekawostki powiem, że Jon Favreau, czyli odtwórca głównej roli, w tym roku naprawił swój błąd i nagrał film o dokładnie takim tytule. Skoro już przy głównym bohaterze jesteśmy… Koleś jest nijaki, a na pewno nie da się go lubić. I pomyśleć, że nakręcił potem dwa „Iron Many” i wspomnianych „Kowbojów”.

„The Big Empty” to wariacja na temat UFO podana w wyjątkowo nieciekawy sposób. Nie chcę już więcej rozmawiać o tym filmie.

 

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Steve Anderson

Obsada: Jon Favreau, Rachael Leigh Cook , Daryl Hannah

Gatunek: Komedia

Ocena: 5+/10

 

 

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u