piątek, 07 stycznia 2011

7 lat to szmat czasu. Przez ten okres seria o piłowaniu wyrobiła sobie niezbyt przychylną opinię wśród szanujących się widzów. Większość z nich zgadza się co do tego, że tylko 2 pierwsze części były w porządku, pozostałe to już tylko odcinanie kuponów. Ja sam jakoś do tej pory zbytnio cięty czy jak kto woli ostry na tę serię nie byłem. Oszczędzałem ją i czekałem z oceną aż do końca, właśnie do 7-emki.

Na początek sprawa spoilerów. Jeżeli ktoś filmu nie widział to po pierwsze nie ma czego żałować, a jeżeli bardzo mu na nim zależy to niech sobie odpuści dalszą lekturę – nie gwarantuję, że będę trzymał gębę na przysłowiową kłódkę. Co do reszty filmów z serii to spoilerów nie przewiduję z prostego względu – najzwyczajniej w świecie ich nie pamiętam ;D Może inaczej – pamiętam, ale wszystko zostało już tak pokomplikowane, że nie wiem już co z czym się je.

Streszczenie fabuły w tym przypadku chyba też jest zbędne. Albo dobra, co mi tam! Kolejni ludzie za swoje złe uczynki są wystawiani na próbę przez Pana Piłę (gdzieś wyczytałem takie tłumaczenie Jiggsawa). A że z każdą częścią te złe uczynki przybierają coraz mniejszą skalę to już inna bajka. I tak w tym odcinku mamy na przykład kolesia, który raz po pijaku prowadził auto oraz drugiego, który kłamał w tiwi (u nas w telewizji przydałaby się taka czystka nawiasem mówiąc). Fabuła sprowadza się do pojedynku o to kto zakończy sławną już na cały świat chorą grę. Schemat dalej ten sam: pobudka w nieznanym miejscu, skrępowanie ruchów, często przykucie do ściany, wrzaski i nawoływania o pomoc, odsłuchanie kasety z pogróżkami, live or die i w tym momencie rusza zegar i zaczyna się prawdziwa zabawa. Tak jak we wszystkich poprzednich edycjach było 500 ofiar razem wziętych, tak tylko w siódemce jest ich koło 6 stów (mogłem się walnąć przy liczeniu, ale kto to będzie sprawdzał). W każdym razie, co 3 sekundy ktoś ginie, też mniej więcej. Oczywiście są nowe zagadki, ale nie robią one już takiego wrażenia jak parę lat temu, po prostu się przeżarły, a kiczowate efekty jeszcze bardziej psują ten klimat. Swoją drogą ta część ma chyba mniejszy budżet od „Pogrzebanego”.

Najpierw minusy, bo o dziwo są w przewadze. Let the game begin – jak zwykł mawiać guru całej serii. Byłem naiwny, głupi i nierozsądny, przyznaje się od razu. Film był zapowiadany, jako ten, który zmiecie z powierzchni ziemi pozostałe „numerki”. „Efekt końcowy zwali was z nóg”. Zamiast zwalania nóg tylko ręce mi opadły. A zaczyna się całkiem całkiem, trójka pechowców zostaje przykuta do jednej z zabawek Jiggsawa w samym centrum miasta. Cała masa świadków – czegoś, czego do tej pory jeszcze nie było. Kolejna nowość to niczego sobie dziewczyna, o którą pojedynkuje się dwoje napaleńców. Piękne dziewczyny jakoś do tej pory omijały szerokim łukiem serię, a tu proszę jaki suprajs. A potem już tylko beznadzieja i starość Pariasa. Kompletnie nie przekonuje mnie ten cały detektyw Hoffman, który w filmie gości nie po raz pierwszy. De Niro z niego żaden, Einstein też raczej nie. Za to cieszy mnie, że dodali nowego policemana, bo miałem czym się przez chwilę zająć. Długo zachodziłem w głowę czy to przypadkiem nie jakiś krewny Christiana Bale’a. Twarz niemal ta sama, tak samo również sepleni. Okazało się, że absolutnie nie, ale sami najlepiej oceńcie czy nie ma podobieństwa do nowego Człowieka Nietoperza.

Wszystko niestety leci tutaj na łeb na szyję, dosłownie i w przenośni. Nie przyszło mi do głowy (chociaż było to niemal oczywiste), że twórcy reklamując swoje dzieło jako „najambitniejszą część serii” mają na myśli prostą zasadę „więcej, szybciej i jeszcze bardziej kiczowato”. Brak tu jakiegokolwiek powiewu świeżości, wszystko już było, a końcowy twist woła o pomstę do nieba. Może w 3D wszystko to wygląda nieco lepiej, ale nie było mi dane tego zaznać. Aktorstwo sięgnęło dna den, sami aktorzy nawet nie starają się nimi być, gościnnie pojawia się nawet jeden bardzo popularny wokalista.

To, co zawsze udawało się twórcom udało się i teraz. Mowa o plakatach, zwiastunach i muzyce, które stoją na dosyć przyzwoitym poziomie. Trochę to jednak za mało, żeby „Piłę VII” nie nazwać gniotem. Pierwsze doniesienia z planu głosiły, że będzie to definitywnie pożegnanie z serią. Ostatnio twórcy trochę zmiękli i twierdzą, że to koniec pewnego etapu, w razie czego zostawiają otwartą furtkę. Lepiej, żeby sobie już odpuścili tego tasiemca i zajęli się czymś poważniejszym. Przez te kilka części seria wystarczająco się już stępiła. Game is over.

 

Tytuł oryginalny: Saw 3D

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Kevin Greutert

Obsada: Betsy Russell, Tobin Bell, Costas Mandylor, Chad Donella

Gatunek: Thriller/Horror

Ocena: 3/10

 

czwartek, 06 stycznia 2011

Timothy Treadwell chciał być niedźwiedziem. Żyć z dala od ludzi i cywilizacji, być samowystarczalnym, tworzyć z naturą jedną integralną część. Timothy Treadwell był czubkiem.

Na swoją siedzibę wybrał osiedla niedźwiedzi  grizzly na Alasce, jednych z najbardziej niebezpiecznych zwierząt, jakie zamieszkują obecnie nasz glob.  Niebezpieczne, bo nieprzewidywalne, potężne i niezbadane. I właśnie wszystko to zachęciło Treadwella do corocznych ekspedycji, których w sumie było aż 13. Ten blond włosy maniak twierdził, że jego misją jest ochrona tego gatunku zwierząt, pokazanie, że można wejść z nimi w symbiozę, żyć jak z ludźmi (a nawet lepiej) i je pokochać.

„Grizzly Man” to niezwykły dokument. Większość ujęć kręconych było przez samego zainteresowanego, całość zaś zebrał do kupy, poskładał i opatrzył stosownym komentarzem sam Werner Herzog.  Na początku nazwałem Tima „czubkiem” i absolutnie się z tego nie wycofuję. Pierwsze moje skojarzenie to takie, że oto oczom moim ukazał się nasz szalony Gracjan, paradujący gdzieś ze swoją kamerą na odległym lądzie. Obaj mają podobne buźki i podobnie też się zachowują. Treadwell w tym, co robi jest niesamowicie autentyczny. „Kocham mojego liska chytruska! Kocham go!” „ Uwielbiam te zwierzęta i mógłbym za nie nawet umrzeć”. Te słowa i kilka w podobnym tonie przewijają się w filmie masę razy przez co wywoływały we mnie dosyć dziwne uczucia. Siedziałem w konsternacji, bo nie wiedziałem czy dać wiarę temu, co widzę. I po jego obejrzeniu dalej nie wiem czy ta postać jest udawana czy „szczerze rzeczywista”. Na pierwszy rzut oka przypomina osobę mówiąc delikatnie – mało odpowiedzialną, a bardziej dosadnie – lekko upośledzoną. No bo kto tak na dobrą sprawę przy zdrowych zmysłach z własnej woli zechciałby zamieszkać przez kilka miesięcy w roku z niedźwiedziami gdzieś daleko od normalnego domu? Próbował je oswoić, a po tych kilku spędzonych z nimi latach uważał je za swoich pełnoprawnych przyjaciół. Takich, którzy go zrozumieją i wysłuchają. Ktoś by powiedział – toż to absurd i miałby rację.

Nieoceniona jest tu rola narratora. Herzog nie prowadzi zwykłej narracji, ocenia zachowanie „Grizzly Man’a”, często kwestionuje jego słowa i się z nimi nie zgadza. Robi to oczywiście tylko dla nas widzów, bo obaj panowie nigdy się tak naprawdę nie spotkali i nigdy już tego nie zrobią. Treadwell zginął wśród swoich można by powiedzieć. Potężny kilkutonowy niedźwiedź rozszarpał bestialsko jego wraz z dziewczyną, która mu akurat towarzyszyła.

Czy jego śmierć poszła na marne? Absolutnie nie. Dla nas zostawił „jedynie” unikalne i niepowtarzalne ujęcia przyrody. Dla niego życie wśród tych stworzeń było prawdziwym błogosławieństwem i szczęściem. Do pewnego momentu prowadził normalne, przeciętne życie. Potem wszystko się spsuło, stoczył się niemal na dno, a Alaska została jego wybawieniem, jego jedyną alternatywą. Dzięki niej odżył, złapał wiatru w żagle i stał się nowym człowiekiem, do reszty pochłoniętym przyrodą. Szukał nici pojednania, związku człowieka z naturą, ale moim zdaniem nieco przesadził. Natura była, jest i będzie nieokiełznana i prędzej czy później musiało się to tak skończyć jak się skończyło. Wszedł na bardzo grząski grunt, naruszył odwieczne prawa przyrody i dostał za to srogą nauczkę. On był zdania, że te niedźwiadki naprawdę pałają do niego miłością i uwielbiają z nim przebywać, ja twierdzę, że miały go raczej w nosie i do czasu były wobec niego obojętne.

Nie mam zielonego pojęcia jak ocenić ten film, najchętniej w ogóle bym tego nie robił. Oceniając go musiałbym w zasadzie ocenić też życie Tima, a to wolałbym ominąć. Sam sobie wybrał takie życie i skoro go nie zmieniał znaczy, że mu się podobało i liczył się z jego tragicznymi konsekwencjami (w zasadzie często to powtarzał). Niepotrzebnie dorabiał do tego taką ideologię. Poświęcił się bez reszty i taki też zostanie zapomniany.

 

Rok produkcji: 2005

Reżyser: Werner Herzog

Obsada: Timothy Treadwell, Werner Herzog, Franc G. Fallico

Gatunek: Dokument

Ocena: 8/10

2 stycznia 2011 pożegnaliśmy jednego z najlepszych drugoplanowych aktorów. I jednego z moich ulubionych, którego po prostu lubiłem oglądać na ekranie. Był niesamowicie przekonywujący w tym co robił, a przy tym naprawdę skromny. Najlepiej zapamiętam go, jak chyba większość, z genialnej roli w "W imię ojca", gdzie zagrał perfekcyjnie.


Jego ostatnie wielkie role to te w "Incepcji" i "Mieście złodziei". Takiego aktora wcześniej nie było i nie będzie. Niech mu ziemia lekką będzie.

sobota, 01 stycznia 2011

Stare odchodzi, nowe przychodzi.  Rok 2010 w kinie to z jednej strony wielkie nazwiska wielkich reżyserów i ich długo wyczekiwane dzieła, a z drugiej ciąg dalszy przeróbek, rimejków i inne mało świeże pomysły. Z tego wszystkiego wybrałem 7 według mojego skromnego zdania najlepszych filmów ubiegłego roku. Nie znaczy to, że więcej ich nie widziałem, po prostu te tytuły zasłużyły na wyróżnienie, a reszta nie.


7. Maczeta

Tak jak nie lubię Rodrigueza za jego wszystkie poprzednie „przedsięwzięcia” tak  „Maczeta” od razu przypadła mi do gustu. Ten film to przede wszystkim widowiskowość, na którą składa się wartka akcja przyprawiona takimi  nazwiskami jak Robert De Niro czy Steven Seagal. No i znakomity Danny Trejo, ta rola po prostu była pisana dla niego.


6. Autor widmo


Z jednej strony film przyćmiły problemy Polańskiego z prawem, z drugiej każdy chciał z tego powodu zobaczyć film kończony w areszcie. Polański pokazał, że jest w formie, a „Autor widmo” to jeden z lepszych thrillerów politycznych ostatnich lat. Na dodatkową pochwałę zasługują wspaniałe zdjęcia nadającemu temu tytułowi niesamowitego klimatu.


5. Wyspa tajemnic

Film, który bodajże znalazł się jeszcze na mojej liście najbardziej wyczekiwanych filmów rocznika 2009. Zaliczył małą obsuwę, do kin wszedł dopiero w marcu roku następnego, ale warto było czekać. Reżyser „Taksówkarza”, „Kasyna” czy „Chłopców z ferajny” pokazał, że nie potrzeba mu wcale De Niro, żeby zrobić porządny film. I może Di Caprio jeszcze trochę (albo nawet więcej) do niego brakuje to rola w "Shutter Island" to kolejny krok ku wyzwoleniu się z zaszufladkowania go jako romantycznego dzieciaka z „Titanica”.


4. Miasto złodziei

Film zwrócił moją uwagę przede wszystkim poprzez dwie rzeczy: temat skoków na banki oraz osobę Bena Afflecka. No może tylko tę jedną… Ku mojemu zdziwieniu Affleck jest dużo dużo lepszym reżyserem niż aktorem, dlatego postulowałbym (Ben słyszysz mnie?) żeby w następnych kręconych przez siebie filmach nie występował. „Miasto złodziei” na pewno nie ustrzeże się porównań do kultowej „Gorączki”. Skoki na bank jako sposób na zarabianie pieniędzy to jeden z ciekawszych motywów wykorzystywanych w kinie. Ryzyko zawodowe, ciągła niepewność jutra i próba pogodzenia tego wszystkiego z życiem, osobistym – to tygryski lubią najbardziej.


3. Kick-Ass

Jakoś nie potrafiłem zrozumieć tej przedpremierowej gorączki kikesem. Nie potrafiłem do momentu, aż przysiadłem i łyknąłem go w całości. Najzwyczajniejszy w świecie chłopak postanawia zostać superbohaterem, bez żadnych mocy z kiczowatym strojem na sobie. A wszystko to utrzymane w stylistyce parodii i wykpienia komiksowych ekranizacji. Nagłe zwroty akcji, poczucie humoru i genialny podkład muzyczny to największe plusy tego filmu. Aha i oczywiście popisy Hit Girl – momentami przecierałem oczy ze zdumienia nie zdając sobie do tej pory sprawy do czego może być zdolna mała dziewczynka.


2. Black Swan

Nigdy nie ukrywałem, że Aronofsky ma u mnie specjalne względy i niesamowicie go cenię za to co już zrobił dla kina. „Czarny łabędź” nie zawiódł, mało tego – po raz kolejny wyniósł reżysera na piedestał. Żaden (prawdziwy ;) facet nie przejdzie obojętnie obok gorących scen lesbijskiego seksu dwóch urodziwych pań z Hollywoodu: Natalie Portman i Mili Kunis. Po nieco spokojniejszym „Zapaśniku” Czarny łabędź to kolejna historia z mocnymi i odważnymi scenami. A wszystko to w filmie o balecie. Kto by się spodziewał, że sztuka baletowa doczeka się takiego filmu.


1. Incepcja

Krzysiek Nolan także mnie nie zawiódł w tym roku. I nie tylko mnie. Swoim nowym filmem oczarował chyba wszystkich. Udała mu się rzecz niebywała – zrobił film, który jest pomostem między kinem artystycznym a rozrywką. Zdołał połączyć te dwa całkowicie różne typy kina w jedną zabójczo precyzyjną całość. Utrzymywanie w tajemnicy wszystkich przygotowań do filmu chyba zdało swój egzamin w 100%, bo „Incepcja” zarobiła na całym świecie setki milionów zielonych. Złożona fabuła plus widowiskowe akcje pozwalają wracać do filmu nieskończoną ilość razy.

Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u