środa, 28 grudnia 2011

Święta już za pasem, a i w pasie pewnie też więcej, więc można spokojnie wrócić do szarej rzeczywistości, a do takiej na pewno należy „zaliczanie” kolejnych mniej lub miejmy nadzieję – bardziej udanych produkcji.


A po radosnych świętach jakże radosny film o sympatycznym Meksykańcu, który… no właśnie. Tytuł nasuwa skojarzenia jakoby pan Estrada trzy razy zostawał uznany za zmarłego, a potem trzy razy chowany mimo, że to nie był on. Takie skojarzenia nasuwają się mi, bo lubię sobie komplikować życie. Prawdziwe rozwiązanie jest dużo bardziej banalne. Otóż ten sam pan zmarł raz, a trzy pogrzeby w tytule oznaczają, że był po prostu trzy razy kopany w ziemi. Mi co prawda wyszły tylko 2 razy, ale co ja tam wiem…

Sama fabuła jest z pewnością tym, co do filmu przyciąga. Melquiades przyjeżdża do pewnego miasteczka w Stanach. Jak na prawdziwego Meksykańca przystało oczywiście robi to nielegalnie. Zaprzyjaźnia się z pewnym właścicielem pewnego rancza (w tej roli Tommy Lee Jones), a potem zostaje zastrzelony. Cała sprawa zostaje zatuszowana, nikogo nie interesuje martwy Latynos, których na pograniczu amerykańsko-meksykańskim, gdzie dzieje się akcja filmu, jest aż nadto. Mela zastrzelił pewien strażnik graniczny. Ranczer Pete dosyć szybko się o tym dowiaduje, porywa go, porywa także ciało Mela i w trzech wyruszają do miejsca zwanego Jimenez. Tam to właśnie chciał być pochowany Melquiades, a Pete mu to obiecał z całego serca.


To dramat. Nie western, bo jak wszyscy świetnie się orientujemy, gatunek ten umarł w 1992 roku zaraz po premierze „Bez przebaczenia”. Zresztą sama podróż na koniach nie przesądza chyba jeszcze o tym, że film należy do tego czy innego gatunku. Jak na dramat jest z kolei troszkę za mało dramatyzowania, ale mimo wszystko to dobry film. O przyjaźni, o wybaczeniu, o przyznaniu się do błędu i kilku innych refleksjach.


Przez jakąś tam część, film jest wyraźnie rozczłonkowany – raz widzimy slajdy z przeszłości, innym razem te z „czasów obecnych”. Zaburzona chronologia jest, normalnie. Autorem scenariusza jest ten sam pan, który napisał go do takich filmów jak „21 gramów”, „Babel” czy „Amores Perros”, więc przyjmuję, że rozstrojony czas wprowadził tu dla zasady. Niby coś trzeba sobie poukładać, ale nie są tu nazbyt skomplikowane puzzle. A jak było naprawdę wie tylko widz. Ewentualnie jeszcze Mel, ale nie wiem czy miał czas przed śmiercią się nad tym zastanawiać. Po jego minie wnioskuję, że nie.


Aktorów jest w zasadzie dwóch – Tommy Lee Jones i Barry Pepper. O ile ten pierwszy jest raczej kojarzony przez ogół, to drugi z pewnością niedoceniany. Jones wyreżyserował również ten film, a po „W dolinie Elah” czy już klasyku w postaci „To nie jest kraj dla starych ludzi” coraz wyraźniej klaruje się jego emploi człowieka z zasadami.
Główny zarzut filmu to momentami przedzierająca się przez ekran nuda, ale to tylko momentami. Warto zainteresować się „Trzema pogrzebami…”, a jeżeli ktoś lubi klimaty pogranicza Stanów i Meksyku oraz historie z Meksykańcami w tle to jest dla niego obowiązkowa lektura.


Tytuł oryginalny: Three Burials of Melquiades Estrada

Rok produkcji: 2005

Reżyser: Tommy Lee Jones

Obsada: Tommy Lee Jones, Julio Cedillo, Barry Pepper, Melissa Leo

Gatunek: Dramat

Ocena: 7/10

 

wtorek, 22 listopada 2011

Tym razem wpadł w moje ręce (albo raczej na mój dysk) bardzo poważny film. Nie żadna komedyjka, łzawy dramat czy inny krwawy horror, a film o poważnej tematyce obejmującej absolutnie cały świat swoim zasięgiem, a nawet wszechświat.

I po takim wstępnie można się filmem zainteresować. Chociaż zupełnie niepotrzebnie… Film, który swoją premierę miał przekładaną tyle razy, że aż się ktoś wkurzył i nie czekając na nikogo wrzucił sobie film w internet. Do tej pory nie wiem kiedy tak naprawdę „Apollo 18” zadebiutował w kinach (o ile w ogóle).

Krótki opis? Proszę bardzo. W latach 1969-1972 odbyło się kilka załogowych pierwszych i ostatnich lotów na Księżyc. Począwszy od Armstronga i Apollo 11, a skończywszy na Apollo 17. I to są fakty. Skąd więc Apollo 18? A może nawet i 19 i 20? Nikt nie wie, ale grupa osób twierdzi, że takie loty także się odbyły, ale strasznie nie wyszły Amerykanom, dlatego je utajnili i oficjalnie się do nich nie przyznają.

Nie wiem co było czy jest dalej podstawą tych tez, że jednak po 1972 roku człowiek był jeszcze kilka razy na Księżycu. Film opowiada o pierwszej z tych tajnych misji. Jeżeli ktoś (w tym ja) spodziewał się trzymającego w napięciu thrillera stawiającego ważne pytania i poddającego w wątpliwość niektóre księżycowe fakty to nie ma tu czego szukać. Takie „Paranormal Activity” w kosmosie. Dużo szumu o nic, choć wiadomo, że popularność obu filmów jest skrajnie różna. No niestety, moda na paradokumenty przebiła atmosferę i zawitała już nawet na orbitę, daleko od Ziemi.

Początkowe informacje mówią o zaginionych nagraniach NASA, a „Apollo 18” przybierając formę stylizowanego na dokument stara się wmówić nam, że patrzymy właśnie na część tych filmów. Są problemy z obrazem, trzęsąca się kamera, w związku z tym w niektórych scenach, najkrócej mówiąc – gówno widać. Bohaterowie (nawet nie starałem się wyłapać ilu ich było, dacie wiarę?) mają tendencję do wyolbrzymiania, do nieuzasadnionej paniki i z każdej pierdoły potrafią zrobić straszną aferę.

Tak patrzyłem na ten film i nawet… odechciało mi się na niego patrzeć. To też sztuka nie zaciekawić widza w czasie tej godziny z kawałkiem. Czekałem na upragniony koniec, bo „Apollo 18” nie potrafił mnie niczym zaskoczyć. O dreszczyku emocji nie może być mowy skoro to co widzę to stek bzdur trudnych do przełknięcia nawet jak przymknę oko (bo jak przymknę to zasnę). Kosmonauci sypią skrótami i obcobrzmiącymi nazwami jak z rękawa i nikt nie stara się nawet, żebym nam je objaśnić. Punkt dla mnie, że uważałem na fizyce czy geografii i takie np. jak NASA znałem ;D

Goście biegają po powierzchni srebrnego globu, potem wracają do statku, mają jakąś awarię i tak do znudzenia to samo w koło Macieju. Pod koniec próbowano trochę zagrać na emocjach i zagrano, ale na nerwach. Celowo nie zdradzam kilku ważnych elementów, które jeszcze bardziej pogrążyłyby to filmidło. Nawet przy takim „czymś” muszę być konsekwentny i spoilerów nie będzie.

Twórcy filmu, zresztą nie pierwszy raz, postanowili, pożerować na ludzkiej naturze, która przecież uwielbia to, co tajemnicze, niewyjaśnione, niedopowiedziane. Tutaj dopowiedziano całą resztę, ale lepiej gdyby film nakręcić coś w stylu alternatywnej historii wydarzeń, a nie podawać jakieś bajki, które to niby są pewnikiem. A szkoda, bo trylogii Apollo 18-20 prawdopodobnie nie będzie.

 

Tytuł oryginalny: Apollo 18

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Gonzalo Lopez-Gallego

Obsada: Nie wiem, jakieś fajfusy

Gatunek: Dokumentalizowany thriller

Ocena: 3/10

 

środa, 09 listopada 2011

Ale ten czas leci. Już 3 miesiące minęły od ostatniej odsłony krótkich podsumowań, a w kolejce jeszcze następna część „Najgorszych tłumaczeń tytułów filmów” (NTTF). To co mnie martwi to nie kiepska jakość filmów, które trafiają ostatnio do dystrybucji, a moja pamięć, którą zdaje się mam z filmu na film coraz krótszą. Może dojść w przyszłości do absurdalnych sytuacji, kiedy będę musiał spisywać swoje wrażenie już w trakcie oglądania albo drugi raz obejrzeć film właśnie pod kątem napisania recenzji. Źle to brzmi.

Głód – kolejny po „W imię ojca” bardzo dobry film o IRA i dążeniach Irlandczyków do połączenia dwóch leżących obok siebie części Irlandii. Filmy o chudzielcach to bardzo dobry materiał na film i sukces, a Krystian Bal znalazł właśnie bardzo godnego rywala w postaci Michaela Fassbendera. „Głód” jest brudny, sceny nie napawają optymizmem, nikt się w filmie nie śpieszy, a całość dzieje się w więzieniu. Mimo to, podoba się. Za przywiązanie do ojczyzny i poświęcenie w jej imię mocne 8/10

Trespass – jak przeczytałem polskie tłumaczenie tytułu to straciłem resztki zaufania, jakie pokładałem w naszych tłumaczach. Z dupy wzięta „Anatomia strachu” brzmi bardziej tajemniczo niż przypadki zaginięć w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. Szkoda, że film tak ciekawy już nie jest. Niemal 2 godziny przewracania się, biegania po domu i gadki-szmatki opierającej się na zwrocie „pieniądze albo śmierć”. Tyle, że łotry, które przetrzymują pewną parę w ich domu wcale tak ochoczo do tej ich śmierci się nie zabierają. Dużo głupot, mało konkretów. I jeszcze Kejdż… 5/10

Kac Vegas w Bangkoku – gdyby film nakręcono za czasów Kochanowskiego to o polskim tłumaczeniu tytułu napisałby on zapewne niejedną fraszkę. Następną część proponuję nazwać „Kac Vegas w Bangkoku w Grabinie przy drodze w kartonach”. Kolejny przedstawiciel formuły „szybciej, więcej, lepiej”. Tyle, że lepsze jest wrogiem dobrego i druga część Kaca już tak fajna jak jedynka nie jest. Stu panikuje, Allan w swoim stylu żartuje, Phil próbuje wszystkich zebrać jak zawsze do kupy, a Doug jak zawsze jest najnudniejszy, a to w sumie dobrze, bo jest go mało w filmie. Humor jest, bo to komedia, ale raz śmieszy, a raz irytuje. Film w większości opiera się na poprzedniku i choćby za to należą mu się niezłe baty. Już miałem przygotowaną niską ocenę, ale sama końcówka, pewien występ, mnie nieco rozruszył i za to podwyższam. 6+/10

 

 

Muszę chyba nieco podkręcić tempo i skończyć z paplaniem, „że jakoś, a nie ilość”, a co za tym idzie zacząć sypać recenzjami jak z rękawa. Było już kilku kandydatów do zrecenzowania, ale ostatecznie stanęło na „Robocopie”. Pewnie głównie dlatego, że to dobry materiał na recenzję jest.

Ocena będzie wysoka. „Robocop” (zwany także nieskromnie „Supergliną”) dzisiaj to już legenda. Nieco zapomniany film sprzed niemal 25 lat to kawał naprawdę dobrego, bezkompromisowego kina akcji. Nowy policjant w wydziale, Alex Murphy, rusza w pościg za bandą naprawdę złych zbirów. Nie wiedzieć czemu, zamiast strzelać w opony próbuje postrzelić któregokolwiek z nich bezpośrednio. Kończy się na tym, że mu uciekają, a następne ich spotkanie, w opuszczonym magazynie niezbyt dobrze wychodzi Murphy’emu na zdrowie. W zasadzie to je traci, na co składają się odstrzelone kończyny i przestrzelona czaszka. Nie jestem pewny czy odstrzeliwanie np. rąk jest fizycznie możliwe, ale w przypadku „Robocopa” chyba nikt się nad tym nie zastanawiał. Murphy dostaje drugie życie, zamknięty w stalowym pancerzu napędzany bateryjkami. Tak właśnie narodził się „Robocop”.

Dziwna sprawa, że nikt nie pokusił się o nakręcenie wspólnego filmu Terminatora z Robocopem. Jest „Obcy kontra Predator” to czemu również „metalowcy” mieliby się nie zabawić.

Fabuła filmu jest tak klarowna, że bardziej być już chyba nie mogła. Nie ma tu nic niejasnego,  wszystko się ładnie zazębia, a kolejne sceny dopełniają jedna po drugiej. Po odzyskaniu pamięci Robocop zapała żądzą zemsty do swoich oprawców, a widz będzie z całego serca w tym dopingował i oczekiwał na krwawy finał.

Nie wiem dlaczego, ale blaszanego superpolicjanta polubiłem od samego początku. Może to właśnie za sprawą tego, co go spotkało. Może wątek Murphy’ego i jego rodziny nie jest zbytnio rozbudowany, ale to przecież kino akcji, a nie „M jak Miłość” (przy okazji pozdrawiam Hankę, chyba, że…). Jest kilka dosyć brutalnych scen, które brutalne są nawet dzisiaj, nie wspominając o tamtych czasach.

Co prawda urodziłem się już po premierze filmu, ale nie przeszkodziło mi to w obejrzeniu go jeszcze jako dzieciak. Z sentymentu obejrzałem go po dosyć długiej przerwie i muszę stwierdzić, że dalej smakuje wyśmienicie. Warto sobie przypomnieć albo sprawdzić po raz pierwszy zanim wezmą się za bezczeszczenie kolejnego klasyka, bo remake już od wielu miesięcy jest w planach.

Tytuł oryginalny: RoboCop

Rok produkcji: 1987

Reżyser: Paul Verhoeven

Obsada: Peter Weller, Nancy Allen, Kurtwood Smith

Gatunek: Sensacyjny

Ocena: 8/10

 

sobota, 05 listopada 2011

To nie jest film o miłości. To nie jest film, który wzrusza do łez. To nie jest film, który straszy. To nie jest film z morałem. To nie jest film trzymający w napięciu (powiedzmy). To nie jest film z wartką akcją. To nie jest nawet film śmieszny…

Czymże więc jest „The Big Empty”? Właśnie tym, co jest zawarte w tytule – wielkim niczym. Trochę fabuły, co by się wszystkim lepiej czytało. Gość ma długi. Oczywiście nie widać tego po nim, bo to Ameryka, ale wyprzedaje nawet wszystkie swoje meble (z łóżkiem włącznie), więc trzeba założyć, że jednak nie śmierdzi groszem. 27 tysięcy – tyle wynosi jego debet. Wtem – tadam tadam – zjawia się u niego sąsiad z bardzo lukratywną propozycją. John dostarczy w jedno miejsce pewną niebieską walizkę (bez jej otwierania), a w zamian dostanie okrągłe 25 tysięcy dolarów. Początkowo nie chce o tym nawet słuchać, ale w końcu daje się namówić na pokrycie całej kwoty swego długu. Wyrusza w podróż.

Podróż jest krótka, a John zamieszkuje w hotelu w pewnym dziwnym miasteczku na pustyni, gdzie ową niebieską walizkę ma oddać niejakiemu Kowbojowi (z dużej, bo to prawie jak imię). W oczekiwaniu na niego poznaje kilkoro (tylko z pozoru) bardzo ciekawych mieszkańców.

W założeniu, a bynajmniej tak się domyślam, „The Big Empty” miało być przyjemną komedią połączoną z refleksją na temat życia jako takiego. Jako, że jestem dosyć wymagającym widzem, to filmowi nie udało się ani jedno ani drugie. Typowych gagów raczej tu nie uświadczymy. Są tylko dziwaczne zachowania mieszkańców plus ich paranoiczne anegdoty i „zwariowane” problemy.

Fabuła posuwa się do przodu, ale zamiast wyjaśniać pewne kwestie, rodzi jeszcze więcej dziwnych pytań (coś jak w „Zagubionych”). Tytuł filmu mógł śmiało brzmieć coś a’la „Kowboje i obcy”. W ramach ciekawostki powiem, że Jon Favreau, czyli odtwórca głównej roli, w tym roku naprawił swój błąd i nagrał film o dokładnie takim tytule. Skoro już przy głównym bohaterze jesteśmy… Koleś jest nijaki, a na pewno nie da się go lubić. I pomyśleć, że nakręcił potem dwa „Iron Many” i wspomnianych „Kowbojów”.

„The Big Empty” to wariacja na temat UFO podana w wyjątkowo nieciekawy sposób. Nie chcę już więcej rozmawiać o tym filmie.

 

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Steve Anderson

Obsada: Jon Favreau, Rachael Leigh Cook , Daryl Hannah

Gatunek: Komedia

Ocena: 5+/10

 

 

poniedziałek, 24 października 2011

Czas goi rany. Gówno prawda – mówi Gaspar Noe i robi film, którego dewizą jest myśl „Czas niszczy wszystko”. Bo nie można go cofnąć, bo to co się stało już się nie odstanie, bo jest NIEODWRACALNY.

Noe zrobił film szokujący bez dwóch zdań. Na tym tle szczególnie wybijają się 2 sceny. Podczas pierwszej (a chronologicznie drugiej, ale o tym potem), może nie odwracałem wzroku i nie wymiotowałem na monitor, tylko na spodnie. Żartuję oczywiście. Błądziłem gdzieś po ekranie byle tylko przeczekać i nie patrzeć na to, co było w niej esencją. Chociaż oczywiście było to daremne, gdyż scena była tak dosadna, że dosłownie rozlewała się na cały ekran i wszystko ze szczegółami oglądałem z niesmakiem (i słuchałem). Mowa oczywiście o „akcji” z gaśnicą. Druga scena, w tunelu, była troszkę mniej drastyczna, ale to też zasługa faktu, że byłem na nią wcześniej przygotowany. Mogę tak przeżywać jeszcze dobre kilka akapitów, ale „Nieodwracalne” to przecież nie tylko te 2 sceny, choć te akurat konkretne są zdecydowanie najbrutalniejsze (najbardziej brutalne? ) i bodaj najważniejsze w kontekście całości.

Film jest dramatem. Ale nie takim zwykłym, który się ogląda, żeby umilić sobie czas. Już początek jest dosyć intrygujący.  Sama czołówka, gdzie odwrócone i powykręcane litery szaleją na ekranie, potem kamera buja się na wszystkie strony, a dalej gruby goły facet, bar dla gejów, w tle niezbyt ciekawe dźwięki dla uszu i skrawki obrazu.

Dosyć szybko (im ktoś bardziej bystry tym szybciej, taka zależność) idzie się połapać, że w filmie zastosowano odwróconą chronologię, czyli na chłopski rozum – to co wydarzyło się na końcu w filmie jest na początku i odwracalnie odwrotnie. Jakoś nie jestem przekonany do takiego zabiegu. Czasami jest wręcz potężną zaletą, jak w „Memento” chociażby, ale w większości przypadków jednak nadużywany. Tutaj przez pierwsze pół filmu dzieje się bardzo dużo, zostajemy przyzwyczajeni do naprawdę szybkiego tempa, a żeby w drugiej części filmu być nieco zawiedzionym. Do samego końca czekałem jeszcze na jakąś scenę rozwijającą akcję z finału (czyli z początku filmu – wiem skomplikowane). Niby było małe wydarzenie, które trochę skomplikowało sprawę, ale można było się bardziej postarać. Nie wiecie o czym mówię, prawda?

Tematyka filmu – zemsta to prawdopodobnie najbardziej wciągający motyw wykorzystywany w filmach. Dosyć łatwo ją usprawiedliwić, w tym przypadku nawet jeszcze łatwiej. Podczas pierwszych kilkunastu minut to właśnie ta zemsta i determinacja głównego bohatera nieporównywalna do żadnej innej robi ogromne wrażenie. Nie ma co ukrywać, że to dzięki genialnej grze Vincenta Cassela, który specjalizuje się w rolach twardzielo-cwaniaków. Coraz bardziej lubię chłopa. Lubię też jego filmową i rzeczywistą żonę – rzecz jasna. Monica Bellucci jest tu po prostu zjawiskowa w każdym tego słowa znaczeniu.

„Nieodwracalne” to spora dawka brutalności, przemocy, wulgarności i golizny, ale wszystko to jest usprawiedliwione w 100% i na takie filmy warto czekać. Nawet, jeżeli zdajesz sobie sprawę, że niektóre sceny mogą cię katować. Sama treść zostaje dodatkowo wspomożona przez całą masę dobrych scen, bardzo dobre aktorstwo i szare, nie chcę powiedzieć ciemno-czarne, zdjęcia bardzo zgrabnie dopasowane do stylistyki filmu.



Tytuł oryginalny: Irréversible

Rok produkcji: 2002

Reżyser: Gaspar Noe

Obsada: Vincent Cassel, Monica Bellucci, Albert Dupontel

Gatunek: Dramat

Ocena: 8+/10



piątek, 30 września 2011

Najbardziej pożądany film roku? Wiem, że ludzie lubią takie smaczki, więc odpowiem, że tak. Dwóch utalentowanych panów w obsadzie, genialny zwiastun, oryginalność oraz cała otoczka tajemniczości, jaka wytworzyła się wokół „Drzewa życia” zwiastowały coś naprawdę wyjątkowego. Do osoby reżysera Terrence’a Mallicka podszedłem raczej neutralnie. Ma opinię człowieka, który się nigdy nie śpieszy i lubi całymi latami dopieszczać swoje filmy, o których często gęsto przed samą premierą niewiele wiadomo. Z tego co pamiętam oglądałem jeszcze jego „Cienką czerwoną linię” i był/jest to film znakomity. „Drzewo życia” [UWAGA SPOILER!] takim filmem nie jest.

Moje oczekiwania jak widać były wysokie, a po Cannes notowania filmu jeszcze bardziej wzrosły. Film skierowany do bardzo wąskiego grona osób – to wypada wspomnieć na początku. Pierwsze sceny zwiastowały bez wątpienia, że będzie to film ambitny. Mallick w mojej opinii przeszarżował z tą ambicją. Rozumiem, jakie były jego intencje, co chciał tym filmem przekazać, ale sposób w jaki to robi częściowo mi po prostu nie odpowiada. Kilkunastominutowa gama obrazów żywcem wyjęta z programów przyrodniczych była pierwszą oznaką kłopotów. Sceny mogące być luźną adaptacją „Trenów” Kochanowskiego zwyczajnie do mnie nie trafiły. Apostrofy syna do rodziców i na odwrót wydały mi się w połączeniu z obrazem nawet nieco prymitywne. Oryginalny montaż i nietypowe ujęcia kamery po pewnym czasie zaczęły mnie irytować.

Mimo, że niektóre sceny były bardzo dobre i skłaniały do głębokiej refluksu refleksji  to za chwilę wplatały się między nie te dużo gorsze, co oczywiście wpłynęło na ocenę końcową. 2 godziny 18 minut to sporo czasu, który skróciłbym nawet o połowę. Z tej części zmontowałbym na pewno dużo lepszy film. Do odstrzału poszłoby większość nowatorskich scen. Tematyka filmu (ból po utracie syna, relacje rodzinne itd.) jest każdemu jak najbardziej znana mimo, że niełatwa. Tyle, że nie samą tematyką żyje człowiek. Trzeba to jeszcze jakoś przekazać i właśnie to zawiodło najbardziej – przekaz treści, który momentami jest nieczytelny, niezrozumiały, a większości po prostu nudny i mało interesujący.

Brad Pitt spełnił moje oczekiwania w całości, Sean Penn już natomiast nie bardzo. Głównie dlatego, że tego drugiego jest stanowczo za mało. To co gra – gra dobrze, ale jego rola mogłaby być dużo bardziej rozbudowana i nikt pewnie by nie narzekał. Jessica Chastain w roli matki, zupełnie wcześniej mi nieznana, również bardzo dobrze zinterpretowała swoją rolę.

Być może film jest dla mnie za ambitny. Nie wykluczam takiej możliwości i się do tego jawnie przyznaję. Nie poleciłbym go nikomu. A ponoć następny film Mallicka ma być jeszcze bardziej eksperymentalny… Uciekaj kto może!

Tytuł oryginalny: The Tree of Life

Rok produkcji: 2011

Reżyser: Terrence Mallick

Obsada: Brad Pitt, Hunter McCracken, Jessica Chastain, Sean Penn

Gatunek: Dramat

Ocena: 6+/10





wtorek, 20 września 2011

Jak namówić kogoś do gadania? Jakim sposobem wydusić z człowieka tę jedyną prawdę? Zastanawia się pewnie niejeden. W przypadku, kiedy chodzi o miliony istnień ludzkich nie ma czasu na głaskanie i masaże (hmm…).

Jeden wariat ogłasza, że za kilka dni wybuchną 3 bomby atomowe w 3 wielkich miastach USA. Wiemy to, bo sam je pokazuje, a potem osobiście przekazuje tę wesołą nowinę. Na własne życzenie zostaje złapany, ale jak się szybko można domyślić nie po to, żeby wyjawić ich lokalizacje… Nie mówi tego ani czarnuchowi pod postacią Samuel L. Jacksona (i wcale mu się nie dziwię) ani też przemiłej Carrie-Anne Moss (i tu można już być nieco zaskoczonym). W każdym razie nic nie powie, nie ma bata na Mariolę. A czas się przecież nie cofa…

Film od początku kojarzył mi się z jakimiś politycznymi podtekstami, machlojkami, spiskami na skale międzynarodową i tym podobnymi pierdołami. A tu zaskoczenie! Wystarczy znajomość skrótów FBI oraz CIA, nic więcej. Arthur Younger, po muzułmańsku Yusuf, ma 3 bomby, ale i FBI dysponuje specjalną bronią być może nawet dorównującą tym trzem (to się dopiero okaże). Tą bronią jest „H”, tajemniczy czarnoskóry gość od brudnej roboty. Po drugiej stronie barykady wspomniana wcześniej brunetka i oboje (powiedzmy, że na zmianę) próbują wydusić z Araba te 3 miejsca warte kilkanaście milionów ludzi.

Metody Helen są legalne, ale w tym przypadku zupełnie nieskuteczne, za to „H” działa niegrzecznie, ale z efektami. Problem polega na tym, że za wszelką cenę trzeba zdobyć te informacje. Od tego jest „H”, ale z kolei jego niehumanitarne metody pracy (raczej niezgodne ze standardami bezpieczeństwa) nie zawsze znajdują poparcie i zgodę wśród reszty. I robi się spory problem. Bo ktoś musi wziąć odpowiedzialność za to, co zrobi się temu człowiekowi, ktoś za to odpowie, jeżeli nie przed sądem to są jeszcze przecież skrupuły, jest sumienie. „Jeżeli mnie nazywacie barbarzyńcą to kim wy jesteście znęcając się nade mną?!” Pyta młody islamczyk i pyta mądrze. I sporo takich mądrych pytanio-dylematów w filmie pada. Czymże jest jedno życie ludzkie skoro za jego cenę można uratować ich całe miliony? Na papierze to prosty rachunek. Gorzej, jeżeli trzeba podjąć tę decyzję.

Akcja filmu to w zasadzie jedno pomieszczenie, coś na kształt schronu, gdzie bombiarz walczy w pojedynkę o prawdę z dwojgiem przesłuchujących oraz wojskiem i FBI. Są sceny mocne (dla mnie przynajmniej, zależy co kto już widział), ale nie są one nadmierne wyeksponowane. Są raczej tłem, środkami pomocniczymi służącymi ukazaniu właściwej treści. Ale skomplikowane zdanie nabazgrałem. A tak naprawdę chodzi o to, że jest krew, ale więcej się straszy niż właściwie pokazuje, więcej nie widać niż widać. Tak samo można było zrobić z zakończeniem i prawie się to udało. Prawie, bo moim zdaniem niepotrzebne jest tych kilka zdań już na napisach końcowych. Było zostawić furtkę i miejsce na domysły.

Ról Jacksona i Moss nie trzeba szerzej komentować. Oboje już dawno udowodnili swoją wartość na rynku aktorskim i tutaj w dalszym ciągu ją potwierdzają. Chociaż Samuela można nie poznać – zupełnie inny niż np. w „Pulp Fiction”. Trzeci bohater – Michael Sheen mimo, że zbyt wiele nie ma do powiedzenia to pokazał się z bardzo dobrej strony. Miał trudne zadanie i wywiązał się z niego na 5.

No cóż – nie zastanawiać się i oglądać. Bardzo miłe zaskoczenie wśród całej masy powielaczy schematów i innych „badziewiów”.



Tytuł oryginalny: Unthinkable

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Gregor Jordan

Obsada: Michael Sheen, Samuel L. Jackson, Carrie-Anne Moss

Gatunek: Thriller

Ocena: 8+/10



wtorek, 30 sierpnia 2011

Doprawdy przedziwny jest początek tego filmu. Kilkunastu chłopa wysmarowanych mąką po całości gapi się na ogromne, rozłożyste drzewo. W końcu zrywają się, dosłownie rzucają na nie i wspinają coraz wyżej lub niżej. Bo trzeba nie tylko uważać, żeby samemu z niego nie spaść, ale i pilnować, żeby nikt nie zafundował ci bolesnego upadku. Po kilku minutach przychodzi przełom – jeden z nich ściąga z korony drzewa flagę, ale to dopiero połowa sukcesu, bo do pełnego wykonania zadania musi jeszcze szczęśliwie zejść. Po słowach „Zrzućcie go!” wnoszę, że nie będzie to wcale łatwe zadanie.

Kilka kolejnych minut później ze świątyni ktoś kradnie świętą głowę świętego posągu Buddy. Posąg Ong Bak to dla wioski największy skarb, więc jej mieszkańcy są tą zuchwałą kradzieżą bardzo zmartwienie. Wtem, jak grom z jasnego nieba, spada im na głowę Ai Bak Tim, ten sam chłopak, który wygrał niedawne zawody wspinania się. Obiecuje odnaleźć resztą posągu i przywrócić tym samym dobre nastroje w wiosce. Znana jest tożsamość złodziejaszka, więc nie powinno być to znowuż takie trudne. A jednak…

Gdybym wcześniej czytał opis tego filmu na pewno bym się za niego nie zabierał. Poszukiwania świętej głowy jako główny cel podróży brzmią jak jakiś absurd i w gruncie rzeczy w czasie filmu kilka razy naszła mnie taka refleksja. O posągu gada każdy, a jego najbardziej zapalony poszukiwacz jest nawet w stanie oddać własną głowę za głowę posągu. Sic, oni tak na poważnie? – pytam sam siebie. Niestety tak. Dlatego też radzę machnąć ręką na te pierdoły fabularne i po prostu film oglądać. A jest na co popatrzeć.

„Ong Bak” to tak na dobrą sprawę i bez cienia przesady ciąg niezwykle widowiskowych walk spod znaku muay thai. Zapomnijcie o wyczynach Van Damme’a, Seagal’a czy innego Chucka Norrisa. Bohaterowie tego filmu potrafią wykonywać tak wymyślne akrobacje, że bez żadnych przeszkód mogliby zająć kilka odcinków discoverowskiego „Jak to jest zrobione?”. Do głowy by mi nie przyszło, że można robić takie rzeczy z ludzkim ciałem, a tu proszę. Dialogi, aktorstwo, scenariusz – wszystko to nie ma w filmie większego znaczenia. Od początku do końca to efektowność gra w nim pierwsze skrzypce. Szczególnie podobały mi się tzw. kuksańce, czyli jak jeden drugiego paca w głowę. Zresztą najbardziej efektowne sceny powtarzane są 2, a czasami nawet i trzykrotnie. Tak jakby twórcy nie chcieli, żebyśmy cokolwiek przegapili. Namęczyliśmy się, żeby to zrobić, to teraz podziwiajcie z rozdziawioną buźką.

W „Ong Bak”, jak też w większości filmów stricte rozrywkowych, nie ma sensu dumać nad umiejętnościami aktorskimi. Tu się liczy kto dalej wyskoczy, kto wyżej podniesie nogę i ciekawiej ją zadrze. A główny bohater skakał bardzo ładnie, był jednym z dwóch najlepiej skaczących w filmie, wielkie brawa dla niego.

Obejrzałem, bo zasugerowałem się w miarę wysoką oceną na filmwebie oraz przypiętą łatką „thriller”. Co do pierwszej części to się zgadzam aczkolwiek nie mogę dać wyżej niż 7. Film można śmiało łykać bez napisów mimo, że jest nakręcony w jednym z najbardziej egzotycznych języków na świecie. Wystarczy po prostu chwilę popatrzeć i wiadomo o co chodzi. Z thrillera w filmie nie ma nic, więc ktoś mnie oszukał i to poważnie.

Film do piwka – tak bym go określił. Lajtowa produkcja, która jasno daje do zrozumienia, że nie o ambitną fabułę jej chodzi.

Tytuł oryginalny: Ong Bak: Muay Thai Warrior

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Prachya Pinkaew

Obsada: Tony Jaa, Pumwaree Yodkamol, Mum Jok Mok

Gatunek: Akcja

Ocena: 7/10



piątek, 12 sierpnia 2011

Z żalem muszę napisać kilka słów o kolejnym filmie, który mnie rozczarował. On - wąsaty, brodaty facet przed czterdziestką, w dodatku stanowczy i paranoik. Drugi on - młody, nieco fajtłapowaty z bardzo nietypowym pomysłem na wzbogacenie się.  I ona - młoda i piękna córka milionera. Oni dokonują porwania jej.

Prosty wstęp, bo też mimo wszystko prosty jest ten film. Prostota sama w sobie nie jest przecież wadą, często gęsto (chociaż zbyt rzadko jak dla mnie) jest niewątpliwą zaletą. „Cube” jest bardzo dobrym przykładem takiego filmu. Nie trzeba dużych środków i skomplikowanej fabuły, żeby zaistnieć. Z drugiej strony myślę thriller to widzę „Siedem”, widzę „Milczenie owiec”, a nawet „Szósty zmysł”. Te 3 filmy to oczywiście majstersztyki i nie ma ich co porównywać do recenzowanego obrazu (Boże uchroń!), ale od czego zmierzam? Ano do tego, że w thrillerach jak w żadnym chyba innym gatunku (no można jeszcze upchnąć horrory) największy ciężar spoczywa na tym, żeby historia się kupy trzymała mówiąc bardzo brzydko oraz na samym jej zakończeniu. Wtedy się wszystko wyjaśnia, wszystko musi do siebie idealnie pasować, żeby nie można było nawet igły nigdzie wcisnąć. Im dłuższa niepewność i utrzymywanie sekretu w tajemnicy tym później większa frajda. W „Uprowadzonej Alice Creed” karty zostały rozdane trochę za wcześnie. Film ma swój klimat, ale końcówka to już nagromadzenie bzdur, tak jakby nie starczyło na nią już scenariusza, aktorom dano wolną rękę i kazano improwizować. Tyle tylko mogę napisać nie zdradzając nic z fabuły. A można było dać jakiś twist np. że nagle okazuje się, że Alice jest córką Apolla z „Rocky’ego”.

Nic tak nie boli w filmach jak patrzenie na głupotę bohaterów. Dlatego nabój zostanie połknięty, klucze będą leżały dosłownie o włos od zasięgu dziewczyny, a młody porywacz spieprzy nawet najprostszą rzecz, która ma zrobić. I po takich kilku momentach napięcie opada, a ja mam zupełnie gdzieś, co się stanie z kimkolwiek. Do tego stopnia, że nie byłem po żadnej stronie, ani porywaczy ani atrakcyjnej brunetki. Dziewczyna oczywiście jest ładna i tak dalej (szczególnie w stroju topless ;), ale porywacze traktują ją nadzwyczaj łagodnie. W efekcie nie miałem wrażenia, że coś naprawdę złego może jej się stać. Tym samym obojętnie spoglądałem na ekran i to co się dalej zdarzy. Panów porywaczy od początku łączą jakieś dziwne relacje, zazwyczaj działają schematem „starszy podejrzewa, że młody coś kręci, a młody nie potrafi się wybronić i wychodzi, że starszy ma rację”. Od pytania „coś się stało/działo?” zaczynało mi już być niedobrze. Zaraz po nim padało odpowiedzio-pytanie „a czemu miało się coś stać/dziać?”.

No to zrobiłem filmowi reklamę… A naprawdę chciałem napisać coś miłego. Jakieś plusy też się znajdą. Klimat, Gemma Arterton i sam pomysł. Szkoda tylko, że najlepsze sceny są już na samym początku (przygotowania porywaczy). Momentami jest nawet dobrze, ale to jednak nie to na co czekałem.

Tytuł oryginalny: Disappearance of Alice Creed

Rok produkcji: 2009

Reżyser: J Blakeson

Obsada: Gemma Arterton, Martin Compston, Eddie Marsan

Gatunek: Thriller

Ocena: 6/10

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u