niedziela, 29 kwietnia 2012
Związek Radziecki, początek lat 80. Milicja dostarcza patologowi ciało pewnej kobiety. Z racji trudności w identyfikacji biednej dziewoi nakazuje on wręcz milicjantom wrócić w miejsce odnalezienia zwłok i dokładnie je przeczesać. Kilka godzin później milicjanci wracają nie z rzeczami mającymi pomóc w identyfikacji dawnej znajomej, a z kilkoma następnymi zwłokami. Lekarz sądowy Burakov nie spodziewał się, że jego silna prośba zaważy na jego późniejszym losie, który to oznacza przekwalifikowanie i awans na detektywa stojącego na czele oddziału ścigającego seryjnego mordercę. Od patologa do detektywa – dziś powiedzielibyśmy, że takie rzeczy to tylko w Rosji.
„W Związku Radzieckim nie ma seryjnych morderców. To jest dekadencki fenomen zachodu.” – twierdzi dumnie stojący na czele komitetu sekretarz partii, który czuwa i zatwierdza (a częściej nie zatwierdza) decyzje Burakova – niegdyś specjalisty od medycyny sądowej, dziś Sherlocka Holmesa. Słowa te brzmią jak gadka człowieka niezwykle ograniczonego (bo dlaczego niby seryjni mordercy mieliby atakować w jednych krajach, a w innych takich jak ZSRR już nie?), ale zostają wypowiedziane z taką powagą i przekonaniem, że gdybym słyszał je jako 6-letnie dziecko to mógłbym w nie uwierzyć. Burakov (ciekawą jaką miał ksywę w szkole hłe hłe) od początku nie miał lekko, a z każdego swojego kroku musiał spowiadać się przed komitetem, a ten reprezentujący władzę radziecką skutecznie blokował każdą propozycję mogącą pomóc w schwytaniu tego seryjnego mordercy. A mimo to Burakov wykazuje się niezwykle silną wolą i jest jednym z niewielu ludzi w ZSRR, którym zależy na dorwaniu mordercy, a tożsamość Obywatela X zostaje przed widzem zdemaskowana już w bardzo wczesnej fazie filmu. Zaskakuje fakt, że to niezbyt rozgarnięty człowiek, który Hannibalowi Lecterowi mógłby co najwyżej polerować buty, a i tego zapewne nie zrobiłby dość starannie. Ktoś tak niechlujny i z niezwykle przewidywalną metodą wybierania ofiar, a przy tym niezwykle brutalny morderca dzieci i kobiet naprawdę stąpał po radzieckiej ziemi, bo film jest oparty na faktach i w tym przypadku nie ma powodu, żeby w to nie wierzyć.
Po ilości oddanych głosów na największych światowych portalach filmowych widzę, że film jest niezbyt popularny (póki co, bo zapewne po tej recenzji liczba głosów gwałtownie wzrośnie). Tym bardziej jestem rad, że na niego trafiłem. „Obywatel X” ukazuje nie tylko mechanizmy działania seryjnego mordercy, ale działanie (a może przede wszystkim) Związku Radzieckiego. Pod tym względem film mógłby z powodzeniem zostać pokazywany na lekcjach historii w szkołach. W roli nauczyciela jedyny sprzymierzeniec Burakova – pułkownik Fetisov. Świetnie opisuje np. powody, dla których opinia publiczna ZSRR nigdy nie dowie się o tym, że na terenie ich państwa grasuje seryjny morderca, nie wspominając o tym, że milicja nigdy nie wystąpi o pomoc do FBI czy nawet nie ściągnie posiłków z Moskwy. Oprócz lekcji historii i psychologii możemy także wejść w psychikę człowieka, który podąża tropem potwora. A człowiek ten nie jest żadnym superbohaterem, jest niezwykle wrażliwy i działa pod ogromną presją wiele ryzykując, ale chęć zatrzymania mordów na masową skalę ostatecznie w nim przeważa. W tej roli Stephen Rea, który ma łatwe nazwisko do zapamiętania, ale osobiście go nie znam, choć w rolę Burakova wcielił się poprawnie. Jak dla mnie to dwóch gigantów seniorów go przebiło w tym filmie. Donald Sutherland i w mniejsze roli Max von Sydow. Panowie, którzy chyba będą żyć wiecznie i wiecznie zachwycać i tego im życzę. Nie wiem komu film polecić. Gdybym napisał, że fascynatom „serial killers” to zabrzmiałoby to z deczka dziwnie. Niech będzie, że pasjonatom kryminałów choć mogą oni być nieco zawiedzeni tym że mordercę poznajemy tak szybko. Na pocieszenie wspomnę, że reżyser wiedział co robi i taki zabieg tylko podwyższył wysoką wartość tego wciągającego filmu. Tytuł oryginalny: Citizen X Rok produkcji: 1995 Reżyser: Chris Gerolmo Obsada: Stephen Rea, Donald Sutherland, Jeffrey DeMunn Gatunek: Kryminał, thriller Ocena: 9/10
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Trylogia Larssona nie daje o sobie zapomnieć. Najpierw wydana zostaje w papierowej formie i odnosi ogromny sukces na całym świecie. Następnie bardzo udana ekranizacja w szwedzkim stylu, ostatnio kolejne przeniesienie książki na ekrany kin dzięki postaci Davida Finchera. W drodze kolejne 2 ekranizacje dopełniające trylogię w wykonaniu Amerykanów. Ale zanim to nastąpi, już po obejrzeniu pierwszej części Millennium w obu wersjach postanowiłem zapoznać się z jej kontynuacją. Po wzięciu w swoje ręce książki i powierzchownym zapoznaniu się z jej strukturą przypominającą standardowej grubości cegłę zdecydowałem, że będę czytał, ale napisy… Jeżeli ktoś nie widział/czytał poprzedniej części to proponowałbym przerwanie dalszego czytania tego tekstu. Po nacieszeniu się wakacjami Lisbeth wraca do kraju. Nawet nie próbuję zgadnąć w czym śnieżna Szwecja jest lepsza od chociażby banalnych Karaibów. A w Szwecji na pannę Salander czekają kolejne kłopoty. Dziewczyna mimo woli zostaje wplątana w cały szereg problemów włącznie z oskarżeniem o kilkukrotne morderstwo. Dziwnym trafem w wir śledztwa i bezpodstawnych oskarżeń trafia także jej stary przyjaciel – Mikael Blomkvist. Zaczyna się gra na śmierć i życie (tekst z Polsatu), w której poznajemy kolejne tragiczne zdarzenia z przeszłości, które zaważyły na późniejszej osobowości Lisbeth. Tak, to Lisbeth gra pierwsze skrzypce w tej historii i co do tego nie ma wątpliwości. Każde zdarzenie kręci się wokół niej i pomimo faktu, że próbują jej pomóc inne, życzliwe osoby to w ostatecznym rozrachunku ona sama musi oczyścić się z zarzutów, a przy tym dbać o to, żeby dosłownie nie stracić głowy. A Lisbeth to oczywiście Noomi Rapace, coraz bardziej rozpoznawalna w światku filmowym. A ta może nie robi już takiego wrażenia jak za pierwszym razem, ale trudno odmówić Szwedce talentu i urody. Z bólem serca muszę przyznać, że Rooney Mara wypadła jednak nieco lepiej niż Rapace w roli nieposkromionej hakerki. Lisbeth w recenzowanym filmie jest dalej zagubiona, wyalienowana, ale jak przychodzi co do czego robi się bezwzględna i nie cofa się przed niczym. Postać trochę paradoksalna, ale aktorce udało się z sukcesem przenieść ją na ekran. Partnerujący jej Nyqvist z kolei wydał mi się naprawdę przeciętnym aktorem. „Millennium 2” wciąga, bo co jakiś czas dostajemy nowe, czasami zaskakujące informacje. Fabuła dosyć szybko posuwa się do przodu i nie znalazłem w niej słabszego elementu, w czasie którego mógłbym pozwolić sobie na drzemkę. Może sceny z pewnym blond mięśniakiem wyglądają na troche niedopracowane, ale to tylko furtka dla przyszłej, kolejnej ekranizacji. Mimo, że szwedzką wersję stawiam wyżej niż jej amerykański odpowiednik to myślę, że Fincher ma sporo do powiedzenia i może przebić się z dwójką nieco dalej. Gdyby jednak film nie doczekał się już nowszej wersji to nie będę płakał. Wersja w wykonaniu Szwedów jest naprawdę niezłym filmem. Pomimo zawirowań i masy tajemnic reżyserowi (na spółę z Larssonem) udało się zachować jasność przekazu, a na końcu wszystko zgrabnie wyjaśnić. Muzyka dodatkowo świetnie potęguje napięcie do tego stopnia, że na kolejne sceny aż chce się czekać. Tytuł oryginalny: Millennium part 2: Flickan som lekte med elden Rok produkcji: 2009 Reżyser: Daniel Alfredson Obsada: Noomi Rapace, Michael Nyqvist. Lena Endre Gatunek: Kryminał Ocena: 8/10
wtorek, 28 lutego 2012
No, to trzeba skończyć, to co się zaczęło. Krótko, mam nadzieję, bo chcę jak najszybciej mieć za sobą już ten czas. Ostatnio pisałem, że nie będę płakał i nie płakałem, ale jak tak obejrzałem na własne (no bo niby czyje inne? ;) oczy triumf „Artysty” to zacząłem go jeszcze bardziej nie lubić. Rok 2012 to podzielenie się Oscarami pół na pół, po 5 statuetek dla dwóch filmów hołdów. Tyle, że to nie są równe połowy. „Artysta” zdobył swoje nagrody w zdecydowanie ważniejszych kategoriach z najlepszym filmem, najlepszym reżyserem i najlepszą pierwszoplanową rolą męską na czele. Film zgarnął większość z tego, co miał zgarnąć, a główna tego zasługa to jego niemy i czarno-biały charakter. A nikt już nie pamięta o tym, że treść, a nie tylko opakowanie też się liczy? „Hugo i jego wynalazek” zgarnął Oscary za bardziej techniczne sprawy typu najlepsze zdjęcia, scenografia czy efekty specjalne. Tym samym również sprzed nosa zgarnął te nagrody ostatniej części Harry’ego Pottera, której z 3 nominacji nie zostało nic. A mogło być tak ładnie – Akademia mogła przypieczętować czy docenić koniec sagi o okularniku. Tak zresztą mi się wydaje, że efekty specjalne w tym filmie były lepsze niż w „Hugo”, ale w 3D nie oglądałem, więc coś tam mogło mi umknąć. I te nagrody w zasadzie były największymi niespodziankami tegorocznej gali Oscarowej. O ile można je nazwać niespodziankami, a nie bardziej mini-zaskoczeniem. Za pierwszoplanową rolę kobiecą nagrodę odebrała Meryl Streep, dla której jest to już 3 Oscar. Sama zainteresowana swoją sporą częstotliwość w nagradzaniu czy nominowaniu też dosyć zgrabnie zaakcentowała w swoim przemówieniu. Najlepszy aktor za pierwszoplanową rolę to Jean Dujardin i tu nie było również żadnego zaskoczenia. Oba Oscary zasłużone, ale szkoda pana Oldmana, dla którego pierwsza bodaj nominacja nie została niestety zamieniona na nagrodę. Czarnoskóra (nie jestem rasistą) Octavia Spencer ma nagrodę za rolę drugiego planu, a jej podziękowania były najobfitsze w łzy. Jej odpowiednikiem, ale w odniesieniu do dziadków mężczyzn został Christopher Plummer, 82-letni trzeba to podkreślić. Został on tym samym najstarszym aktorem nagrodzonym Oscarem. Prowadzący galę zażartował nawet, że w jego rodzinie dziadkom nie tylko nie pozwala się grać w filmach, ale nawet ich oglądać ;D Jak wypadła ogólnie gala? Było na pewno sporo żarcików (tak mi się wydaje, bo sporo z nich nie zrozumiałem, ale widziałem, że Clooney zacieszał, więc musiały to być śmieszne żarty – George nie cieszy się z byle czego), sporo reklam (na szczęście powstrzymano się przed reklamą na sam finał), ale ogólnie bez szału. Była to moja pierwsza w całości obejrzana gala oscarowa, więc siłą rzeczy siedziałem w skupieniu oglądając ją mimo późnej (albo wczesnej) pory. Realizator pokazywał non stop te same kilka twarzy na krzyż, czyli Clooneya, Jolie i Pitta, czasami śmignął Scorsese czy Spielberg. A widziałem, że siedziało więcej osób, więc szkoda, że ich nie omiątnięto kamerą. Woody Allen otrzymał kolejnego Oscara, za scenariusz oryginalny, ale jest już tak przyzwyczajony do faktu nagradzania, że nawet się nie zjawił po odbiór. Zabrakło filmów wybitnych w gronie nominowanych i to pewnie z tego powodu nie było takiego szaleństwa. „Rozstanie” pokonało nasze polskie „W ciemności”, ale to żadna nowina, bo irański film mógłby pokonać każdy z 9 nominowanych w głównej kategorii. Przez chwilę przy Holland stał Billy Crystal i to nasze największe osiągnięcie – że byliśmy na ekranie przez dobrych kilka sekund. W tym roku 4 z 9 pretendujących do miana najlepszego filmu nie zgarnęło żadnej nagrody, w tym aż 2 filmy z Bradem Pittem oraz „Czas konia” „Czas wojny”. Artysta – 5 Hugo i jego wynalazek – 5 Żelazna dama – 2 Spadkobiercy – 1 O północy w Paryżu – 1 Dziewczyna z tatuażem – 1 Służące – 1 Rozstanie – 1 Debiutanci – 1 I kilka pomniejszych… Co więcej? Pisać, że w następnym roku może będzie lepiej? Będzie „Hobbit”, będzie nowy Batman i Spiderman, będzie nowa część „Obcego”, która nie jest nową częścią „Obcego” i będą nowe niezależne i ambitne filmy, które zmiażdżą tę blockbusterową śmietankę! Taa…
sobota, 25 lutego 2012
Już za niebawem kolejne rozdanie Oscarów, więc trzeba wysmarować kolejną notkę. Jako pierwsza – notka z typowaniami, co by się trochę sprawdzić (w czym tak właściwie to nie wiem). Dzisiaj dowiedziałem się ciekawej ciekawostki a mianowicie, że średnia wieku członków Akademii wynosi 62 lata! Żeby tego było mało to tylko 14% z nich wiekowo ma poniżej 50-tki. Jaki z tego morał? Pozostawiam do interpretacji każdego. Rok temu rozpocząłem tradycję typowania w 5 najważniejszych kategoriach i dalej się jej trzymam. Chociaż tak właściwie nie wiem czy robienie czegoś po raz drugi to już tradycja czy może powtarzanie się. W kategorii najlepszy film od tego roku kolejne zmiany. Już nie 10 filmów otrzymuje nominację, a dowolna liczba mieszcząca się w przedziale 5-10. 10 w zasadzie też może być, ale w tym roku padło na szczęśliwą 9. Czy to dobra zmiana? Domyślam się, że miała wyeliminować nominowanie słabszych produkcji czy wręcz podnoszenie poziomu, prestiżu samej nominacji. 9 to niedużo mniej niż 10, a i przy 5 może trafić się jakiś bubel, więc moim zdaniem było pozostać przy tych 10. Swojego murowanego kandydata nie mam w tej kategorii. Rok temu było zdecydowanie ciekawiej. Co wcale nie znaczy, że nie ma wśród nominowanych filmów bardzo dobrych. Obejrzałem wszystkie i wydaje się, że walka rozegra się pomiędzy dwoma filmami, które złożyły hołd kinu (czy naprawdę tak łatwo przypodobać się Akademii?). O „Artyście” mam niezbyt pochlebne zdanie dlatego wolałbym widzieć „Hugo i jego wynalazek” jako zwycięzcę. Jeżeli statuetkę zgarnie „Czas wojny” czy „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” to z pewnością ludzie wyjdą na ulicę i coraz częściej zapowiadana rewolucja na skalę światową stanie się faktem. Niespodziankę może sprawić „Drzewo życia”, które spotyka się ze skrajnymi opiniami. Mój faworyt: 1. Hugo i jego wynalazek, 2. Służące, 3. Spadkobiercy Kto zgarnie nagrodę: Artysta
Nominacje dla najlepszego aktora pierwszoplanowego to pojedynek dwóch gwiazdorów Hollywoodu z mało znanym Francuzem. I Brad Pitt i George Clooney moim zdaniem nie zasłużyli na nagrodę, która powinna polecieć do Jeana Dujardina. Co jak co, ale trzeba przyznać, że rola w filmie niemym to spore wyzwanie, któremu Dujardin podołał i to może być spektakularny początek jego kariery. Miło byłoby gdyby Akademia nagrodziła Gary’ego Oldmana, który ze swoją rolą w „Szpiegu” uplasowałby się u mnie zaraz za Dujardinem. Demian Bichir to dla mnie totalny kosmos, ani nie znam aktora ani filmu, za jaki został nominowany. Ryan Gosling i Michael Shannon powinni byli wygryźć chociażby wiecznie uśmiechniętego Clooneya, który nie zachwycił. Mój faworyt: Jean Dujardin Kto zgarnie nagrodę: Jean Dujardin
Meryl Streep! W przypadku nominacji dla najlepszej aktorki za rolę pierwszoplanową nikt się nie zastanawia kto zgarnie nagrodę, ale czy będzie to Meryl Streep czy ktoś tam inny. Pani Streep ma już 2 Oscary na koncie, jest zdecydowanie lubianą aktorką (nominacje dostaje chyba co roku), więc nie ma się czemu dziwić. Przy tym wszystkim zapomniałbym też o tym, że jest wyśmienitą aktorką ;) Ale w tym roku ma niezwykle silną konkurencję. Glenn Close w roli mężczyzny czy kobiety przebranej za mężczyznę (w sumie nie wiem, ale wiadomo, o co chodzi), Michelle Williams jako Marilyn Monroe, Rooney Mara jako niezwykle wyrazista hakerka oraz Viola Davis za rolę czarnoskórej, tłamszonej służącej. I nad tym wszystkim Meryl Streep jako jedna z legend XX wieku – brytyjska premier Margaret Thatcher. Osobiście wyróżniłbym Rooney Marę za odważną rolę, którą pod koniec roku 2011 pokazała się światu. Chociaż patrząc obiektywnie nikt nie powinien być zbulwersowany, jeżeli to Streep podniesie swoją trzecią statuetkę. Razi brak Tildy Swinton za „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Mój faworyt: Rooney Mara Kto zgarnie nagrodę: Meryl Streep
Najlepszy aktor drugoplanowy z kolei nie ma chyba żadnego 100% zwycięzcy. Ja trzymam kciuki za Nick’a Nolte’ego. Poruszył mnie rolą eks-alkoholika, a przede wszystkim ojca, który chce po latach zbliżyć się do swoich synów i odkupić chociaż trochę swoje winy z „Wojownika”. Jego najmocniejsi rywale to panowie, którzy od kilku dekad pojawiają się w filmach, których mają na koncie grubo ponad stówę. Max von Sydow w „swoim” filmie nie wypowiedział ani jednego zdania i zagrał jak zawsze na wysokim poziomie. Filmu z Christopherem Plummerem nie widziałem, ale łatwo można się domyślić, że Akademia być może będzie chciała w końcu docenić robiące wrażenie dokonania obu panów. Żaden z nich Oscara do tej pory nie otrzymał. Mój faworyt: Nick Nolte Kto zgarnie nagrodę: Max von Sydow
Czy Jessica Chastain już w swoim pierwszym wielkim roku kariery zgarnie Oscara? To byłoby piękne dopełnienie jej efektownego wejścia do Hollywoodu, a rola ze „Służących” na pewno zasługuje na wyróżnienie. Oprócz niej 4 mało znane aktorki, w tym Octavia Spencer (znowu „Służące”) i Melissa McCarthy za przebojową rolę z „Druhen”.
Mój faworyt: Jessica Chastain Kto zgarnie nagrodę: Jessica Chastain (innego wyboru nie chcę słuchać i widzieć)
Najlepsi reżyserzy to przede wszystkim trzej giganci kina. Woody Allen, Martin Scorsese oraz Terrence Mallick, a mógł dołączyć jeszcze do nich Steven Spielberg, który wszedł w 2011 rok aż z dwoma filmami. Scorsese za umiejętne połączenie historii o kinie z technologią 3D, Mallick za swoje barwne ujęcia z „Drzewa życia”, a może Michel Hazanavicius, który przy czarno-białym, niemym filmie zapewne też miał sporo roboty? Woody Allen z czystej sympatii ;) Mój faworyt: Woody Allen Kto zgarnie nagrodę: Martin Scorsese
Uff to tyle. W tym roku nie będę płakał, bo i nie ma nominacji za którymi stałbym murem, ale kilka zwycięstw może mnie zaniepokoić. Liczę przede wszystkim na to, że Oscary 2012 nie będą tryumfem „Artysty”, w szczególności jako najlepszego filmu. Najwięcej, bo aż 11 nominacji otrzymał „Hugo i jego wynalazek” i musiałby zdobyć je wszystkie, żeby wyrównać dotychczasowy rekord, jeżeli chodzi o zdobyte statuetki. Wygląda to trochę na „myszyn impasybyl”. Co ciekawe film nie otrzymał żadnej aktorskiej nominacji mimo, że Ben Kingsley w drugoplanowej roli zagrał bardzo przyzwoicie. Za kilkadziesiąt godzin wszystko powinno być jasne i wtedy też możecie spodziewać się kolejnej mojej opinii. Obym tylko nie musiał dużo wtedy zrzędzić ;) P.S. Dalej sobie nie mogę wybaczyć, że film o koniu, który walczył z czołgiem i prawie sam wygrał wojnę znalazł się wśród nominowanych, a taki „Drive” nie.
piątek, 17 lutego 2012
Dalsze, już chyba końcowe, nadrabianie zaległości z roku 2011. Pan Popper i jego pingwiny – dałbym połowę swojego majątku, żeby przypomnieć sobie, co mi strzeliło do głowy, żeby brać się za ten film. Na usta cisną mi się tylko 2 słowa – Jim Carrey. Jim zagrał bardzo dobrze, w swoim stylu i raczej nikt nie będzie miał mu za złe, że zagrał w tak kiepskim filmidle. Przedstawiciel kina familijnego, na którego to jeszcze 10 lat temu patrzyłbym zupełnie inaczej, taka kolej rzeczy. W tym wieku niestety tylko mnie wynudził. Może to kwestia nastroju, chwili, bo przecież aż tak zły nie był, ale też nic nowego do mojego życia i kinematografii nie wniósł. 4+/10 Czas wojny – film oscarowy, który bardziej zasłużył na nominację niż chociażby „Drive”? Z chęcią zobaczyłbym tych, którzy głosowali za nim. Główny bohater to koń, a sam film mógłby zakończyć się już po scenie orania pola. Nie byłby to w dalszym ciągu nawet przeciętny film, ale zawsze to krótszy... Oprócz konia jest jeszcze kilka innych postaci, np. gęś. Myślę, że Akademia powinna pomyśleć o oddzielnej kategorii dla zwierząt. Oprócz gęsi i konia z „Czasu wojny” nominowane byłyby jeszcze pingwiny z filmu opisywanego wyżej, małpka z drugiej części „Kac Vegas”, a wygrałby i tak pies z „Artysty” ;) 3/10 Wojownik – zaskakująco wysoko oceniany film. Zaskakująco jak na fakt, że mało rozpowszechniany np. w kinach i tematykę, która mówiąc szczerze lekko trąci kiczem. Ale tylko lekko, bo „Wojownik” to niezwykle efektowny film o klepiących się mężczyznach, ich przeżywających żonach i płaczących, a zarazem dumnych tatuśkach. Nick Nolte i Tom Hardy odwalili kawał naprawdę dobrej roboty. 8+/10
wtorek, 07 lutego 2012
Dawno nie czekałem na żaden film jak na ten. I mimo, że w końcówce poprzedniego i na początku już tego roku obejrzałem kilka filmów, które uratowały honor 2011 roku to na „Take Shelter” i tak dalej czekałem jak wierny piesek. A film nie pojawił się w żadnej mojej liście najbardziej oczekiwanych. Po prostu sobie wypłynął i to od razu w Cannes. I tak jak normalnie zwiastunów nie oglądam, tak do tego filmu oglądałem go tyle razy, że niemal znam na pamięć, a w jego trakcie w dalszym ciągu przechodzą mnie dreszcze. Michael Shannon gra tu człowieka z problemami. Ma kochającą żonę, córeczkę, którą bardzo kocha, a która nie mówi i nie słyszy oraz dobrą pracę. Kumpel twierdzi, że jest on „dobrym człowiekiem, a nie ma większego komplementu niż powiedzieć komuś, że prowadzi dobre, szczęśliwe życie”. No ale „Take Shelter” to dramat, więc musiało się coś spieprzyć. I z minuty na minutę pieprzy się coraz bardziej. Curtis zaczyna przejawiać dosyć dziwne zachowanie. Dręczą go koszmary, które są czymś więcej niż koszmarami, halucynacje i paranoja. Zaczyna budować tytułowy schron, gdyż jest święcie przekonany, że zbliża się potężna burza z tornadem…
Powiem bez ogródek, że to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów poprzedniego roku. Z podsumowaniem 2011 wciąż czekam i czekam, bo cały czas dochodzą (bezczelnie) nowe produkcje. W każdym razie, jeżeli taki top zrobię w końcu to ten film z pewnością w nim zagości. To film, który nakreśla czym jest choroba umysłowa, jej początki i zmagania z nią. Curtis zachowuje się podobnie jak pewnie większość z nas zachowałaby się w jego sytuacji. Może nie to, że jest nieszczery w stosunkach z ukochaną, ale nie mówi jej całej prawdy. Podejmuje próby walki z samym sobą, ale jego zapał szybko stygnie. Odrzuca od siebie najbliższe osoby i powoli zatraca w sobie. Przez większą część filmu towarzyszyła mi atmosfera niepokoju i pewnej tajemniczości. Wspaniały motyw muzyczny, który już w zwiastunie dał popis swojej „siły”. Do tego genialna kreacja Michaela „Psychopaty” Shannona. Po roli psychopaty spodziewam się przede wszystkim jednej rzeczy – nieprzewidywalności. Jest taka scena, kiedy Curtis błądzi po mieszkaniu, mija w kuchni swoją ukochaną, która cała przemoczona stoi do nas tyłem. Za moment wraca do niej, a ta patrzy na niego (i przy okazji na nas ;) z nożem w zasięgu ręki. To właśnie przykład sceny, kiedy poczucie zagrożenia i obawa przed tym, co może się wydarzyć sięga niemal zenitu. „Może” się wydarzyć, nie musi, ale to wystarczy, żeby siedzieć w jej trakcie jak na szpilkach, a widza postawić w stan niemal przedzawałowy.
Ostatnio, jakiego filmu bym nie skubnął to trafiam w nim na Jessicę Chastain. I ta po raz kolejny pojawia się w bardzo dobrej roli – żony Curtisa. 2011 to był zdecydowanie jej rok. Tylko to nieszczęsne „Drzewo życia”... Wierzę, że sama czyta te wszystkie podsuwane jej scenariusze. W przeciwieństwie do Nicolasa Cage’a (sory, musiałem). Powiem szczerze, że spodziewałem się thrillera. Dostałem dramat, ale zaszufladkowanie gatunkowe nie ma tu najmniejszego znaczenia. Czytałem, że ludzie oczekiwali nawet filmu katastroficznego. No cóż, katastroficzny to on na pewno nie jest. Po raz kolejny za to sprawdza się teza, że burza nic dobrego nie przynosi. Spotkałem się również z porównaniem do „Donnie Darko” i rzeczywiście oba filmy mają sporo wspólnego. Dla mnie najważniejsze, że oba to niemalże arcydzieła. Jeszcze kilka minut po końcowych napisach siedziałem jak przygłup wpatrując się w ekran. Film z klimatem, dla którego warto zadbać o odpowiednie warunki, w jakich się go ogląda. Aha, film oglądałem oczywiście w Cannes, żeby nie było. Proszę mi niczego nie imputować panie Hołdys ;) Tytuł oryginalny: Take Shelter Rok produkcji: 2011 Reżyser: Jeff Nichols Obsada: Michael Shannon, Jessica Chastain, Shea Whigham Gatunek: Dramat Ocena: 9/10
poniedziałek, 06 lutego 2012
Długo się wzbraniałem przed tym filmem chociaż wiedziałem od początku, że to daremne. W końcu musiała nadejść pora, że skuszony tak wysokimi ocenami obejrzę ten film, a nominacja do Oscara (a w zasadzie ich kilka) ostatecznie o tym przesądziły. Film wydawał mi się kolejny, zapewne porządnie zrobionym moralitetem na temat rasizmu. Takie porządnie zrobione filmy były nierzadko jak dla mnie po prostu nudne. Wszystko albo niemal wszystko było w nich dopięte na ostatni guzik, ale brakło jakiegoś katharsis – tąpnięcia, które zbudziłoby mnie z tego marazmu. W efekcie filmy te mnie wynudziły. Ten przydługi trochę wstęp został wprowadzony oczywiście po to, żeby pokazać, jakim filmem „Służące” mogły być, a nie są. Tytułowymi służącymi są czarnoskóre panie, które co prawda dostają jakąś tam zapłatę za swoją posługę w okazałych domach białych, ale bardziej przypomina to psie pieniądze niż rzeczywistą pensję. Sprzątają, gotują, piorą, prasują i najważniejsza ich „pomoc” – wychowują dzieci często rozkapryszonych młodych matek, która nie mają dla nich czasu. Oprócz tego wysłuchują masę nieprzyjemnych rzeczy pod swoim adresem, są dyskryminowane i wyszydzane, bo wiadomo – czarny to gorszy. Może nie są to już czasy niewolnictwa, w końcu akcja filmu to druga połowa XX wieku, ale dużo lepiej nie jest. Czarni nie mogą odpyskować na obelgi rzucane pod ich adresem, bo każde niezważone słowo skończyłoby się dla nich wyrzuceniem z tej marnej pracy (ale zawsze pracy) i to prawdopodobnie z wilczym biletem, o który postarałby się jej pracodawca.
Mimo, że film traktuje o ścieraniu się dwóch ras, gdzie jedna jest wyraźnie stawiana wyżej niż druga to w „Służących” nie uświadczymy mocnych, brutalnych scen. Nie będzie spychania ze schodów, bicia czy innych okaleczeń. Szał w filmie zrobią za to oddzielne łazienki, które biali wymyślą dla kolorowych. „Naprawdę załatwiacie się w tej samej toalecie? Masz pojęcie jakich chorób możesz nabawić się od czarnych w ten sposób?”. Poraża zaściankowość i głupota tamtejszych pań domu. Głównie młodych dziewcząt krótko po ślubie, bo to one stoją w opozycji do czarnych służących, które „zatrudniają”. Jednym z elementów, który odrzucał mnie od tego filmu był charakterystyczny klimat przełomu lat 50 i 60. I mimo, że temat dyskryminacji ze względu na rasę się jak najbardziej obronił to ta cała otoczka tamtego okresu niestety już nie. Po prostu nie pasuje mi tamta atmosfera i chyba nic nie jest w stanie tego zmienić. Młode dziewczęta w postarzających je fryzurach, w kolorowych sukienkach, koniecznie z papierosem trzymanym raz to w ustach raz w ręku. Nie wątpię, że Ameryka tamtych lat tak naprawdę wyglądała, ale mi jawi się to jako tak bardzo sztuczne i wygładzone, że niemal oderwane od rzeczywistości. Z tego też samego powodu do tej pory nie ukończyłem nawet pierwszego sezonu „Mad mena”. Co świadczy o tym, że „Służące” to film bardzo dobry? Ukazanie na przykładzie 3 czy 4 gospodarstw domowych „siły” rasizmu. Myślę, że to te niezwykle proste, codzienne przykłady z życia (jak choćby oddzielne spożywanie posiłków czy zwracanie się przy każdej odpowiedzi per „Pani”) najbardziej przemawiają do rozsądku. Może to wszystko jest trochę za bardzo przerysowane, ale to tylko po to, żeby jeszcze bardziej unaocznić problem pogardy jednego człowieka wobec drugiego.
Oprócz nominacji w kategorii najlepszy film, „Służące” zdobyły jeszcze nominacje za najlepszą rolę pierwszo- i aż dwie za drugoplanową. W tej pierwszej Viola Davis, która uważam, że nie zagrała jakoś tam specjalnie wybitnie. Przez większą część filmu ma po prostu minę zbitego psa, nos na kwintę i tyle z jej gry. Co innego Jessica Chastain, która bryluje obecnie w Hollywoodzie i bardzo dobrze. Miała dużo większe pole do popisu i się popisała, a jej rola mimo, że na początku się nie wydawała była jedną z najlepszych w filmie. Nominacja dla czarnoskórej Octavii Spencer również nie była przypadkiem. „Służące” to ważny głos w wydaje się już dawno wyczerpanym temacie rasizmu. Kto se będzie chciał to se kurde obejrzy i tak powiem! Tytuł oryginalny: The Help Rok produkcji: 2011 Reżyser: Tate Taylor Obsada: Viola Davis, Emma Stone, Octavia Spencer, Jessica Chastain Gatunek: Dramat Ocena: 8/10
środa, 28 grudnia 2011
Święta już za pasem, a i w pasie pewnie też więcej, więc można spokojnie wrócić do szarej rzeczywistości, a do takiej na pewno należy „zaliczanie” kolejnych mniej lub miejmy nadzieję – bardziej udanych produkcji.
Sama fabuła jest z pewnością tym, co do filmu przyciąga. Melquiades przyjeżdża do pewnego miasteczka w Stanach. Jak na prawdziwego Meksykańca przystało oczywiście robi to nielegalnie. Zaprzyjaźnia się z pewnym właścicielem pewnego rancza (w tej roli Tommy Lee Jones), a potem zostaje zastrzelony. Cała sprawa zostaje zatuszowana, nikogo nie interesuje martwy Latynos, których na pograniczu amerykańsko-meksykańskim, gdzie dzieje się akcja filmu, jest aż nadto. Mela zastrzelił pewien strażnik graniczny. Ranczer Pete dosyć szybko się o tym dowiaduje, porywa go, porywa także ciało Mela i w trzech wyruszają do miejsca zwanego Jimenez. Tam to właśnie chciał być pochowany Melquiades, a Pete mu to obiecał z całego serca.
Tytuł oryginalny: Three Burials of Melquiades Estrada Rok produkcji: 2005 Reżyser: Tommy Lee Jones Obsada: Tommy Lee Jones, Julio Cedillo, Barry Pepper, Melissa Leo Gatunek: Dramat Ocena: 7/10
wtorek, 22 listopada 2011
Tym razem wpadł w moje ręce (albo raczej na mój dysk) bardzo poważny film. Nie żadna komedyjka, łzawy dramat czy inny krwawy horror, a film o poważnej tematyce obejmującej absolutnie cały świat swoim zasięgiem, a nawet wszechświat. I po takim wstępnie można się filmem zainteresować. Chociaż zupełnie niepotrzebnie… Film, który swoją premierę miał przekładaną tyle razy, że aż się ktoś wkurzył i nie czekając na nikogo wrzucił sobie film w internet. Do tej pory nie wiem kiedy tak naprawdę „Apollo 18” zadebiutował w kinach (o ile w ogóle). Krótki opis? Proszę bardzo. W latach 1969-1972 odbyło się kilka załogowych pierwszych i ostatnich lotów na Księżyc. Począwszy od Armstronga i Apollo 11, a skończywszy na Apollo 17. I to są fakty. Skąd więc Apollo 18? A może nawet i 19 i 20? Nikt nie wie, ale grupa osób twierdzi, że takie loty także się odbyły, ale strasznie nie wyszły Amerykanom, dlatego je utajnili i oficjalnie się do nich nie przyznają. Nie wiem co było czy jest dalej podstawą tych tez, że jednak po 1972 roku człowiek był jeszcze kilka razy na Księżycu. Film opowiada o pierwszej z tych tajnych misji. Jeżeli ktoś (w tym ja) spodziewał się trzymającego w napięciu thrillera stawiającego ważne pytania i poddającego w wątpliwość niektóre księżycowe fakty to nie ma tu czego szukać. Takie „Paranormal Activity” w kosmosie. Dużo szumu o nic, choć wiadomo, że popularność obu filmów jest skrajnie różna. No niestety, moda na paradokumenty przebiła atmosferę i zawitała już nawet na orbitę, daleko od Ziemi. Początkowe informacje mówią o zaginionych nagraniach NASA, a „Apollo 18” przybierając formę stylizowanego na dokument stara się wmówić nam, że patrzymy właśnie na część tych filmów. Są problemy z obrazem, trzęsąca się kamera, w związku z tym w niektórych scenach, najkrócej mówiąc – gówno widać. Bohaterowie (nawet nie starałem się wyłapać ilu ich było, dacie wiarę?) mają tendencję do wyolbrzymiania, do nieuzasadnionej paniki i z każdej pierdoły potrafią zrobić straszną aferę. Tak patrzyłem na ten film i nawet… odechciało mi się na niego patrzeć. To też sztuka nie zaciekawić widza w czasie tej godziny z kawałkiem. Czekałem na upragniony koniec, bo „Apollo 18” nie potrafił mnie niczym zaskoczyć. O dreszczyku emocji nie może być mowy skoro to co widzę to stek bzdur trudnych do przełknięcia nawet jak przymknę oko (bo jak przymknę to zasnę). Kosmonauci sypią skrótami i obcobrzmiącymi nazwami jak z rękawa i nikt nie stara się nawet, żebym nam je objaśnić. Punkt dla mnie, że uważałem na fizyce czy geografii i takie np. jak NASA znałem ;D Goście biegają po powierzchni srebrnego globu, potem wracają do statku, mają jakąś awarię i tak do znudzenia to samo w koło Macieju. Pod koniec próbowano trochę zagrać na emocjach i zagrano, ale na nerwach. Celowo nie zdradzam kilku ważnych elementów, które jeszcze bardziej pogrążyłyby to filmidło. Nawet przy takim „czymś” muszę być konsekwentny i spoilerów nie będzie. Twórcy filmu, zresztą nie pierwszy raz, postanowili, pożerować na ludzkiej naturze, która przecież uwielbia to, co tajemnicze, niewyjaśnione, niedopowiedziane. Tutaj dopowiedziano całą resztę, ale lepiej gdyby film nakręcić coś w stylu alternatywnej historii wydarzeń, a nie podawać jakieś bajki, które to niby są pewnikiem. A szkoda, bo trylogii Apollo 18-20 prawdopodobnie nie będzie.
Tytuł oryginalny: Apollo 18 Rok produkcji: 2011 Reżyser: Gonzalo Lopez-Gallego Obsada: Nie wiem, jakieś fajfusy Gatunek: Dokumentalizowany thriller Ocena: 3/10
środa, 09 listopada 2011
Ale ten czas leci. Już 3 miesiące minęły od ostatniej odsłony krótkich podsumowań, a w kolejce jeszcze następna część „Najgorszych tłumaczeń tytułów filmów” (NTTF). To co mnie martwi to nie kiepska jakość filmów, które trafiają ostatnio do dystrybucji, a moja pamięć, którą zdaje się mam z filmu na film coraz krótszą. Może dojść w przyszłości do absurdalnych sytuacji, kiedy będę musiał spisywać swoje wrażenie już w trakcie oglądania albo drugi raz obejrzeć film właśnie pod kątem napisania recenzji. Źle to brzmi. Głód – kolejny po „W imię ojca” bardzo dobry film o IRA i dążeniach Irlandczyków do połączenia dwóch leżących obok siebie części Irlandii. Filmy o chudzielcach to bardzo dobry materiał na film i sukces, a Krystian Bal znalazł właśnie bardzo godnego rywala w postaci Michaela Fassbendera. „Głód” jest brudny, sceny nie napawają optymizmem, nikt się w filmie nie śpieszy, a całość dzieje się w więzieniu. Mimo to, podoba się. Za przywiązanie do ojczyzny i poświęcenie w jej imię mocne 8/10 Trespass – jak przeczytałem polskie tłumaczenie tytułu to straciłem resztki zaufania, jakie pokładałem w naszych tłumaczach. Z dupy wzięta „Anatomia strachu” brzmi bardziej tajemniczo niż przypadki zaginięć w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. Szkoda, że film tak ciekawy już nie jest. Niemal 2 godziny przewracania się, biegania po domu i gadki-szmatki opierającej się na zwrocie „pieniądze albo śmierć”. Tyle, że łotry, które przetrzymują pewną parę w ich domu wcale tak ochoczo do tej ich śmierci się nie zabierają. Dużo głupot, mało konkretów. I jeszcze Kejdż… 5/10 Kac Vegas w Bangkoku – gdyby film nakręcono za czasów Kochanowskiego to o polskim tłumaczeniu tytułu napisałby on zapewne niejedną fraszkę. Następną część proponuję nazwać „Kac Vegas w Bangkoku w Grabinie przy drodze w kartonach”. Kolejny przedstawiciel formuły „szybciej, więcej, lepiej”. Tyle, że lepsze jest wrogiem dobrego i druga część Kaca już tak fajna jak jedynka nie jest. Stu panikuje, Allan w swoim stylu żartuje, Phil próbuje wszystkich zebrać jak zawsze do kupy, a Doug jak zawsze jest najnudniejszy, a to w sumie dobrze, bo jest go mało w filmie. Humor jest, bo to komedia, ale raz śmieszy, a raz irytuje. Film w większości opiera się na poprzedniku i choćby za to należą mu się niezłe baty. Już miałem przygotowaną niską ocenę, ale sama końcówka, pewien występ, mnie nieco rozruszył i za to podwyższam. 6+/10
|
Archiwum
Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
|