sobota, 04 stycznia 2014

Nie od dziś wiadomo, że rywalizacja jest tym, co napędza wielkie umysły do rozwijania się i dalszego udoskonalania naszej skromnej osoby. Stare rumuńskie przysłowie mówi, że to właśnie od wroga można się najwięcej o sobie samym nauczyć. I nie ma żadnego znaczenia czy mówimy o mocarstwach prześcigających się w militarnym arsenale, wędkarzach czy gościach, którzy rywalizują o miano rekordzisty w grze Donkey Kong.

Oczywiście to ostatnie nie padło bez przyczyny, bo „King of Kong” to dokument, który skupia się na relacjach pomiędzy dwoma graczami starającymi się być najlepszymi w klasyczną grę znaną z automatów. Donkey Kong to nie jakaś tam gra, to jak autorzy przekonują jedna z najbardziej wymagających gier, jakie mieliśmy i mamy okazję przetestować. Dość powiedzieć, że przeciętny gracz daje radę dojść do co najwyżej 3 poziomu tej gry i spędza przy niej średnio poniżej minuty. Jeżeli dodam, że do wyśrubowania rekordu potrzeba około 2,5 godziny ciągłej gry to robi to wrażenie, prawda?

Czas na przedstawienie naszych panów. Billy Mitchell to jeden z pierwszych hardkorowych graczy dzierżący w swoich dłoniach kilka znamienitych rekordów. Jako pierwszy dokonał perfekcyjnego przejścia słynnego Pac-Mana, a od przeszło 20 lat (w chwili powstawania filmu) ma na swoim koncie rekord w Donkey Kong, do którego nikt przez długie lata nie był w stanie się nawet zbliżyć. Do czasu aż nie pojawił się niejaki Steve Wiebe. Steve zamontował sobie w garażu automat z bardzo ambitnym planem pokonania wieloletniego czempiona. Zadanie to jednak nie będzie proste z bardzo wielu powodów.

Jeżeli ktoś podobnie jak ja nie jest za bardzo zaznajomiony z procederem bicia rekordów to będzie tym dokumentem nieco wstrząśnięty. Początkowo czułem się trochę jak w innej rzeczywistości. Ci goście, a szczególnie jeden z nich, traktują bicie tego rekordu śmiertelnie poważnie. Tak poważnie, że można nawet prychnąć śmiechem. Pierwszych kilkanaście minut patrzyłem na to z lekkim niedowierzaniem, ale z czasem ich świat przekonał i mnie i sprawił, że siedziałem jak na szpilkach śledząc kolejne wydarzenia, które po sobie następowały. Bo mimo, że „King of Kong” to dokument o grach to emocji i napięcia w nim nie brakuje. Do ostatniej chwili, dosłownie do napisów końcowych nie wiadomo jak to się zakończy.

Billy mimo, iż jako gracz jest (czy był) znakomity to już jako człowiek zdaje się podążać inną ścieżką. Jego konkurent to facet, którego nie da się nie lubić. Kochający mąż i ojciec, dla którego Billy to właściwie ikona, której jedno spojrzenie na niego byłoby błogosławieństwem. Przeciwstawienie tych dwóch światów dało piorunujący efekt. Ktoś pewnie powie, że to czysta głupota, że to przecież tylko skaczące piksele i że stare chłopy bawią się w jakieś gierki i przeżywają jak gdyby to miał być ich życiowy priorytet. Nawet ich rodziny nie są w stanie do końca tego zgłębić, co najlepiej obrazuje pytanie zadanie przez córkę Steve’a: „Dlaczego to jest dla ciebie tak ważne?”. No właśnie, proste pytanie, które uderza w sedno tematu. Sportowcy całymi latami ciężko harują zapominając o bożym świecie, żeby w ciągu kilku minut ich cały wysiłek poszedł na marne lub został należycie wynagrodzony w nielicznych przypadkach. Na drodze Steve’a stają nie tylko jego umiejętności, ale i organizacja, która oficjalnie musi zatwierdzić osiągnięty wynik. I uwierzcie mi, że ich wymogi są nie tyle rygorystyczne, co miejscami wręcz paranoiczne. Poza tym dopowiem, że w tej organizacji, która zatwierdza nowe rekordy zasiada nie kto inny jak Billy Mitchell, czyli obecny rekordzista wspomnianego Donkey Konga. Nie mam pytań.

„King of Kong” przypomniał mi za co uwielbiam filmy dokumentalne. Pasja przeplata się w nim z obsesją zostania w czymś najlepszym. Od kuchni pokazuje jak wygląda bicie rekordu, w którym to już nawet nie o sam wynik chodzi, a o próbę swojego charakteru. Wszak niejeden gracz na pewno przyzna mi rację, że gry nauczyły go bardzo wiele, a w niektórych przypadkach nawet ukształtowały jego charakter. Zainteresowanych odsyłam także do bardziej znanego dokumentu „Indie Game: The Movie”, który opowiada o tym w jakich bólach powstają mniejsze gry.

Tytuł oryginalny: The King of Kong: A Fistful of Quarters

Rok produkcji: 2007

Reżyser: Seth Gordon

Obsada: Billy Mitchell, Steve Wiebe, Walter Day

Gatunek: Dokumentalny

Ocena: 8+/10

środa, 17 lipca 2013

911, jaki jest powód zgłoszenia? Morderstwo, gwałt, włamanie, ale i kot na drzewie czy zgubiony pilot od TV. Ludzie dzwonią na telefon mający oferować prawdziwą pomoc z różnych powodów, a dyspozytor musi być na wszystko przygotowany. Myślicie, że praca telemarketera jest wymagająca i ryje psychę?

To co ma powiedzieć dyspozytor, na którym ciąży nierzadko ogromna odpowiedzialność za ludzkie istnienie. W ułamkach sekund musi podjąć jedyny właściwy wybór, który pozwoli na czyste sumienie i przespaną noc. Jordan (Halle Berry) dostaje telefon od dziewczynki, której dom jest właśnie grabiony. Pomimo początkowych sukcesów Jordan w gąszczu dobrych decyzji popełnia jeden karygodny błąd. Następnie mamy 6-miesięczny przeskok akcji. Chcąc odpocząć od stresu związanego z odbieraniem telefonów Jordan przemianowuje się na nauczyciela stażystów, ale kiedy pewnego razu oprowadza ich po centrali przypadkowo natyka się na telefon bliźniaczo podobny do tego, który wcześniej zachwiał jej psychiką. Czy tym razem uda jej się uratować uwięzioną dziewczynkę? Oczywiście tego nie zdradzę.

The Call rozgrywa się właściwie na dwóch płaszczyznach, dwóch stronach słuchawki. Pierwsza to centrala zwana także ulem, gdzie Jordan próbuje uspokoić uprowadzoną niewiastę, a druga to pościg głównie z czasem, w czasie którego oglądamy poczynania kidnapera i jego ofiary w bagażniku. Zgodnie z porzekadłem, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki Jordan jest mocno zaangażowana w sprawę dziewczynki (gdzie jest to namierzenie GPS?!). Jej psychika mogłaby nie wytrzymać drugiej takiej porażki, więc z rozdziawioną buźką śledziłem kolejne jej poczynania. A sytuacja na pewno nie jest komfortowa, bo zamknięta w bagażniku dziewczyna nie ma zbyt wielkiego pola do popisu. W każdym razie mogłoby się tak wydawać na pierwszy rzut oka, bo Jordan wyciska z tej beznadziejnej sytuacji tyle ile się da, a ja tylko kiwałem głową w geście uznania dla jej pomysłowości.

Taki właśnie jest ten film. Nie bije po oczach błyskotkami, a raczej błyskotliwymi pomysłami dyspozytorki. Cały czas zastanawiamy się jaki będzie koniec. Nie raz i nie dwa trafimy na ślepy zaułek, pomyślimy „okej, to już koniec”, ale Jordan nie poddaje się nawet, kiedy szefowa każe jej iść spać, bo nic tu po niej. Pomimo, że The Call przez większość czasu trzyma w napięciu to końcowe 15 czy 20 minut może przyprawić o ciężki ból głowy. Logika zachowań zaczyna kuleć, a film przestaje przypominać to, czym był do tej pory. Sama postać pana porywacza też mogła zostać zagrana z nieco większym poświęceniem. Dostajemy świra, którego cechą charakterystyczną jest fakt, że jest małomównym przygłupem i lubi słuchać głośnej muzy.

Nigdy nie byłem fanem Halle Berry (nie, nie dlatego, że jest czarna), ale tak tu muszę uczciwie przyznać, że zagrała koncertowo. Widząc ją tak zaaferowaną nie sposób nie być z nią na ekranie. Tak właściwie to każdy zna jej mordkę, ale wymienić coś, w czym zagrała było to raczej trudno. Oczywiście są X-Meny i Gothika, ale nie ma chyba jakiejś popisowej roli w swojej karierze. Abigail Breslin, która przed laty zasłynęła fenomenalną rolą w "Little Miss Sunshine" głównie leży w bagażniku i szlocha, więc żadnych fajerwerków w jej przypadku nie ma. Brad Anderson wypuścił solidny thriller, który może nie jest tak dobry jak jego poprzednie dokonania w stylu "Mechanika" czy "Dziewiątej sesji", ale warto te 1,5 godziny dla filmu zarezerwować.

Tytuł oryginalny: The Call

Rok produkcji: 2013

Reżyser: Brad Anderson

Obsada: Halle Berry, Abigail Breslin, Michael Eklund

Gatunek: Thriller

Ocena: 7-/10

Tagi: thriller
13:40, rodion19 , Recenzje
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Domniemanie niewinności to jedno z podstawowych praw, z jakim rodzi się każda istota ludzka. Dopóki wina nie zostanie ci udowodniona – jesteś niewinny. Wydaje się to logiczne i całkiem w porządku, ale kiedy dochodzi do tego czynnik ludzki nic takie proste już nie jest. Od słowa do słowa, od jednej osoby do drugiej przekazywana opinia coraz mocniej ugruntowuje się w umysłach. A raz zakorzenionej myśli trudno się pozbyć ot tak. Szczególnie, jeżeli dotyczy tak ohydnego przestępstwa, jakim jest molestowanie dzieci.

„Polowanie” zaczyna się bardzo spokojnie. Oglądamy sielankowe sceny zabaw nauczyciela Lucasa, a właściwie przedszkolanki z jego małymi podopiecznymi. Jedną z nich jest Klara, będąca jednocześnie córką jego najbliższych przyjaciół. Klara ulega wdziękowi mężczyzny i doznaje dosyć często spotykanego syndromu, jakim jest zauroczenie ucznia nauczycielem. Kiedy kilkuletnia dziewczynka zostaje delikatnie upomniana przez Lucasa, że powinna zainteresować się raczej swoimi rówieśnikami, przychodzi jej do głowy bardzo głupi i niebezpieczny pomysł. Chcąc w pewien sposób odegrać się na nim w rozmowie z innym dorosłym sugeruje, że Lucas wykorzystał ją seksualnie. My od początku wiemy, że to nieprawda, ale raz puszczonej w obieg machiny nie da się zatrzymać, a życie szanowanego nauczyciela zostaje wywrócone do góry nogami.

Do tego jak bujną wyobraźnię mają dzieci nie trzeba nikogo przekonywać. Wiedziała o tym także dyrektorka przedszkola, ale nie mogła puścić w niepamięć tak szokujących słów. Słów, a nie zarzutów, bo trudno podejrzewać kilkuletnie dziecko o umyślne działanie mające na celu zniszczyć życie sympatycznego pana nauczyciela. Tymczasem Lucas w piorunującym tempie zostaje skazany na społeczny ostracyzm. W ciągu krótkiego czasu traci poważanie, pracę, szansę na odzyskanie syna z rozbitego małżeństwa i niemal wszystkich przyjaciół. Kilka zdań, do tego całkowicie zmyślonych wystarczyło, żeby stał się nikim w społeczności, która do niedawna uważała go za bardzo przyzwoitego człowieka. Nikt nie pyta go czy to rzeczywiście zrobił, bo przecież ta mała dziewczynka „nigdy nie kłamała”. Nawet, kiedy Klara przyznaje się do kłamstwa, matka wmawia jej, że „to” się stało, a jej mózg próbuje wymazać to przykre zdarzenie. Przykro patrzy się także na „rozmowę” psychologa z Klarą, która w zasadzie nie powiedziała ani jednego słowa, a specjalista wydaje natychmiastowy wyrok na Lucasie.

„Polowanie” skupia się wyłącznie na Lucasie i tym, w co przemieniło się jego życie. Dzięki temu, iż wiemy od początku jak było, a nie musimy się zastanawiać czy mężczyzna jest winny, możemy całą swoją uwagę skupić na reakcjach innych wobec nauczyciela. Patrzymy jak niewinny człowiek został z miejsca zepchnięty na margines społeczeństwa. Nawet, jeżeli zostanie oczyszczony z zarzutów w ujęciu prawnym, jego psychika prawdopodobnie nigdy nie wróci do stanu sprzed tego kłamstwa. Nie przekona wszystkich, bo ludzie swoje wiedzą. Na każdym kroku będzie obawiał się o swoje życie.

W roli Lucasa świetny Mads Mikkelsen, którego oszczędna gra aktorska z pewnością dodaje filmowi większej wartości. Mimo, że nie kłapie dziobem na prawo i lewo to z jego twarzy możemy wyczytać, co tak naprawdę dzieje się w jego mózgownicy. Jego frustracja narasta, a sam mota się i głupieje z racji tego, że nie ma określonej procedury zachowania dla niesłusznie oskarżonych pedofilów.

Skandynawskie kino po raz kolejny udowodniło swoją wartość. Z tak banalnego pomysłu na fabułę wycisnęło masę emocji. Tylko czekać, aż Amerykanie zabiorą się za kolejny nikomu niepotrzebny remake. Mimo wszystko proponowałbym tego nie robić i już dzisiaj zabrać się za ten genialny dramat.



Tytuł oryginalny: Jagten

Rok produkcji: 2012

Reżyser: Thomas Vinterberg

Obsada: Mads Mikkelsen, Annika Wedderkopp, Thomas Bo Larsen

Gatunek: Dramat

Ocena: 9/10

sobota, 09 lutego 2013

Mystery train – z Jimem Jarmuschem jakoś średnio się lubimy. Do filmu podszedłem więc raczej mało entuzjastycznie i to nie mogło się udać. „Mystery train” wprowadził mnie w bardzo senny nastrój mimo faktu, iż byłem wyspany. Podzielenie filmu na segmenty może i było dobrym pomysłem, ale podobnie jak w „Kawie i papierosach” nie wszystkie części były równe. Im dalej tym lepiej. Historia dwójki skontrastowanych Japończyków nie zawierała w sobie niczego fascynującego. Historia uroczej Włoszki podwyższyła nieco loty, ale dopiero finał historii i pijackie wybryki trzech kumpli mnie ożywiły. Tylko dlaczego musiałem aż tyle na to czekać? Nie kupuję całej tej wielkiej symboliki, która kryje się za tym filmem. 5/10

Do szpiku kości – los nie oszczędza 17-letniej Ree. Nie dość, że ledwo daje radę wyżywić brata i siostrę oraz chorą matkę to jeszcze chcą zabrać jej dom. Jedyne, co może zrobić to znaleźć ojca, który zastawił cały majątek, żeby wykupić się czasowo z więzienia. Najlepiej byłoby znaleźć go martwego. Świetny dramat, który przytłacza swoim brudnym klimatem, co w tym przypadku jest niewątpliwą zaletą. Anonimowa wioska skrywa tajemnicę, a zaledwie pomyślenie o niej może narobić problemów. Ree nie ma nic do stracenia (albo ma za dużo) i stawia swoje życie na szali. Sporo charakternych i mało towarzyskich person, a co za tym idzie sporo świetnych ról, w tym niedocenianego Johna Hawkesa i początkującej wtedy Jennifer Lawrence, która przez te 2 lata rozwinęła się na czołową gwiazdę kina amerykańskiego. 9/10

Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna – bardzo oszczędny w słowach koreański dramat skłaniający do głębokich, osobistych refleksji, o których pozwolicie, że nie będę pisał ;). Jesteśmy świadkami wychowywania przez mistrza małego brzdąca. Brzdąc ten odizolowany od całego społeczeństwa na własnych błędach uczy się życia. Pomaga mu w tym mistrz, który zdaje się zgłębił już wszystkie tajniki życia, ale nie naraża się przy tym na śmieszność. „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” w dosyć prosty sposób przedstawia przekrój życia niemal każdej ziemskiej istoty ludzkiej. 8/10

niedziela, 03 lutego 2013

To dobry tytuł na slashera, w którym psychopatyczny morderca (a znacie jakiegoś nie-psychopatycznego?) dokonuje krwawej zemsty na trollach, które zalewają internetowe fora. Stało się jednak inaczej i film jest o trollach znanych z baśni i legend.

Trójka przyjaciół ze studiów szuka swojego materiału na reportaż, który zwróciłby oczy świata właśnie na nich. Obierają sobie za cel gościa, który rzekomo ma nielegalnie wybijać niedźwiedzie. Gość jest towarzyski w stopniu zerowym, ale im bardziej jest dla nich opryskliwy tym bardziej oni chcą z nim przeprowadzić ten wywiad. Siedzenie mu na ogonie w dzień i w nocy w końcu oczywiście przynosi zamierzony skutek, a studenci odkrywają mroczną tajemnicę ukrywaną przez masę osób na czele z rządem Norwegii, gdzie ma miejsce akcja.

Norwedzy pozazdrościli reszcie świata (czyli USA i Hiszpanii) filmów kręconych z ręki, więc postanowili takowy sobie również nakręcić. A ja tylko modlę się, żeby ta moda kiedyś minęła. Początkowe napisy sugerują, że film będzie autentycznie przeraźliwy z akcentem na autentyczny. Zjadłem już w życiu za dużo kromek chleba, żeby nabrać się na taki fortel i zresztą wątpię, żeby ktokolwiek bardziej kumaty to łyknął. W „Blair Witch Project” takie oszustwo się opłaciło to czemu nie spróbować podobnie. W kontekście reszty filmu słowa z początku norweskiego filmu traktować należy jako swoistą formę żartu. Cały film to swoista forma żartu. Żartu, który mnie absolutnie nie rozśmieszył nawet na moment i nawet w duchu. I tak najwłaściwiej mógłbym streścić swoje odczucia odnośnie „Łowcy trolli”. Absurdalny humor, którym ocieka po prostu mnie nie przeciągnął na swoją stronę, a skutkiem tego były moje męczarnie przez niemal całe 90 minut.

W trakcie seansu miałem wrażenie, że każdy mógłby taki scenariusz napisać i kolejne sceny mogłyby być dopisywane przez kolejne osoby. To absurd w najgorszym dla mnie wydaniu. Przykro mi, ale nie śmieszy mnie to, że linie wysokiego napięcia nie są tym czym są, a zostały zbudowane w celu powstrzymania inwazji trolli. Troll pierdzi – znowu nieśmieszne. Wreszcie przewijający się w całym filmie motyw jakoby trolle nienawidziły chrześcijan i dlatego jest ich tak mało w Norwegii, jest dla mnie po prostu mało pasjonujący.

Nie będę wchodził w czepialstwo choćby do tego, że niemożliwym jest niezauważenie przez setki lat tak ogromnych stworzeń w lasach, wszak to parodia i można tu było wrzucić wszystko, jak choćby ptaki dodo i mastodonty, a widz musiałby to przyjąć. Żeby nie było doceniam sam pomysł i chęci, że komuś chciało się coś takiego wypuścić. Trolle też były chyba ładne na swój sposób. „Dead Snow” z tego samego rejonu i w podobnym absurdalnym tonie było dużo lepszym filmem wspartym na mocarnych dialogach. „Łowca trolli” zawiódł mnie jednak na całej linii, a mój odbiór jego nie jest zależny ani od nastroju, ani dnia ani nawet ilości alkoholu krążącego w żyłach. Ten film jest tak nieśmieszny, że aż mi się smutno zrobiło.

P.S. Ja naprawdę lubię się śmiać ;)

Tytuł oryginalny: Trolljegeren

Rok produkcji: 2010

Reżyser: Andre Ovredal

Obsada: Otto Jespersen, Johanna Morck, Glenn Erland Tosterud i kilka trolli

Gatunek: Fantasy

Ocena: 3/10

czwartek, 31 stycznia 2013

Wojna to bardzo wdzięczny temat dla kinematografii. Każdy zna i uwielbia co najmniej kilka filmów z tej półki. Koreańskie „Braterstwo broni” przedstawia jedną z najmniej popularnych wojen XX wieku – wojnę między narodem koreańskim rozdzielonym na dwa twory – północny i południowy. Koreańczycy pokazują, że za śmieszne 12 mln dolarów można zrobić bardzo poruszające i wiarygodne widowisko w tych klimatach.

Zaczyna się tak jak wiele filmów się zaczyna. Jin-seok zbiera świetne oceny w szkole, genialnie się zapowiada i jest nadzieją rodziny na lepsze jutro. Jego starszy brat ma śliczną dziewczynę, z którą lada dzień ma się ożenić. Wszystko pięknie się zapowiada, ale że to akurat lipiec 1950 roku to w Korei musi wybuchnąć wojna. Północnokoreańscy komuniści przekraczają najpopularniejszy na świecie 38 równoleżnik i wypowiadają wojnę swoim braciom z południa. Wszyscy mężczyźni między 18 a 30 rokiem życia muszą chwycić za oręż i bronić niepodległości swojego kraju. Na własną prośbę do armii wcielony zostaje także Jin-tae „tylko” po to, żeby pilnować jego świetnie zapowiadającego się brata. Podejmuje on szereg działań mających na celu jak najszybsze odesłanie „młodego” do domu.

„Braterstwu broni” zdecydowanie bliżej do dramatu niż filmu wojennemu. Relacje między braćmi to główna oś filmu. Starszy zrobi wszystko, żeby chronić młodszego. Młodszy robi dokładnie to samo, czyli stara się opiekować Jin-tae. Mimo pozornej złości jednego na drugiego jesteśmy pewni, że relacje między nimi nie są w stanie się zepsuć, a więź, jaka ich łączy jest praktycznie nierozerwalna.

Mimo niezbyt dużych środków wojna ukazana jest w filmie bardzo sugestywnie. Poszczególne sceny przesiąknięte są realizmem, krwią i brutalnością. Żołnierze walczą, bo muszą, a każdy z nich myśli jedynie o jak najszybszym powrocie do domu. To wojna między braćmi nie tylko jednego narodu, ale i jednej rodziny. Warto obejrzeć bez dwóch zdań. Wszystko przez te cholerne buty!

Tytuł oryginalny: Taegukgi hwinalrimyeo

Rok produkcji: 2004

Reżyser: Je-gyu Kang

Obsada: Bin Won, Dong-gun Jang, Eun-ju Lee

Gatunek: Wojenny, dramat

Ocena: 8/10

Tagi: dramat
22:51, rodion19 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 grudnia 2012

Tradycyjnie opis melodramatu należy zacząć od przedstawienia dwojga zakochanych. Bob (Bill Murray) może już przeżywać kryzys wieku średniego, w przeszłości był prawdopodobnie świetnie zapowiadającym się aktorem, a obecnie jedyne co mu zostało to granie w reklamówkach. Charlotte (Scarlett Johansson) jest absolwentką filozofii, imała się kilku zajęć, ale żadne z próbowanych nią nie zawładnęło. Losy obojga splatają się w jednej z najbardziej niezrozumiałych dla obcokrajowców stolicy świata, czyli Tokio.

Wpis zacząłem od tradycji, a rzecz w tym, że „Między słowami” to nie jest tradycyjny melodramat i pewnie dlatego z miejsca mnie zdobył. Nie ma tu trzeciego bohatera, tzw. przeszkadzacza i nie ma buzi buzi co kilka minut. Jest za to dwójka bohaterów, których mimo, że sporo dzieli to i sporo łączy. Dzieli zdecydowanie wiek – Charlotte mogłaby być córką Boba, ale przecież miłość nie takie bariery miała na swojej drodze (w „King Kongu” mamy przecież romans kobiety z małpą). Oboje są sami w wielkim mieście. I choć Charlotte przyjechała do Tokio z mężem to jest niemal tak, jakby go nie było. Rodzinę Boba poznajemy wyłącznie przez telefon, a w zasadzie to jedynie żonę, która nie ukrywa, że rozmowa z nim nie sprawia jej żadnej wielkiej przyjemności (taka rozmowa dla rozmowy). Charlotte i Boba połączyła zarówno obecna sytuacja, czyli przebywanie w sąsiedztwie obcej kultury, jak i pewien marazm, w którym utknęło ich życie – ślepa uliczka. Relacja, jaka ich łączy to nie jest żaden przelotny romans ani nic z tych rzeczy. Ich „związek” opiera się na półsłówkach, a tych kilka dni zapewne da im sporo do myślenia. To, co mają najważniejszego do powiedzenia nie zostaje powiedziane w ogóle, ale i oglądający i ta dwójka swoje wiedzą. Polskie tłumaczenie tytułu jest w tym przypadku chlubnym wyjątkiem i bardzo trafnie oddaje sens tego filmu. Dobrze, że nie "Bezsenność w Tokio";)

Oprócz scen, kiedy bohaterowie nie mówią, w „Między słowami” znajdziemy barwny obraz Tokio czy bardziej ogólnie całej kultury japońskiej z punktu widzenia przeciętnego nie-Japończyka. Bezcenne są reakcje Boba, kiedy skacze po kolejnych cudacznych programach w TV, korzysta z basenu czy automatycznej bieżni. Świetny humor to zresztą również mocna strona filmu. A to zwłaszcza dzięki kreacji Billa Murraya, który gra tu w swoim starym niepodrabialnym stylu. Druga strona, czyli ponętna Scarlett Johansson zagrała prawie jak nie ona, czyli oszczędnie w środkach, ale również bardzo przyzwoicie.

Sofia Coppola tym filmem zdobyła sobie uznanie zarówno widzów, jak i krytyków (oraz oscarowych dziadków). I żeby odciąć się od sławnego Francisa Forda nie musiała nawet zmieniać nazwiska jak Nicolas Cage. Bardzo przyjemnie oglądało mi się „Między słowami” już po raz drugi i na pewno nie ostatni. I mówię to ja – zazwyczaj nie lubujący się w melodramatach i dla mnie jest to najlepszy film gatunku głównie za sprawą tego, że nie wciska mi na chama pocałunku z językiem.

Tytuł oryginalny: Lost in Translation

Rok produkcji: 2003

Reżyser: Sofia Coppola

Obsada: Bill Murray, Scarlett Johansson

Gatunek: Melodramat

Ocena: 9/10

czwartek, 06 grudnia 2012

Po 4 latach Lucy wraca na wakacje do przepięknej Toskanii, żeby pozować do rzeźby, która i tak nie będzie do niej podobna. Przed laty, zapewne niespodziewanie, umarła jej matka i w zasadzie wszyscy kojarzą 19-letnią dziewczynę jedynie z tego, że była jej córką. Matka była zdolną poetką, a i Lucy zbiera za nią komplementy. Dziewczyna jest z deczka zagubiona, szybko wypaple, że jest dziewicą i jeszcze szybciej wiadomość ta rozejdzie się po gospodarstwie, gdzie przebywa. Można przyjąć, że informację tę powiedziała w tajemnicy, ale tak naprawdę to chyba chciała, żeby się o niej dowiedziano, w szczególności męska część domostwa.

Fabułę przybliżyłem w niezbyt poważny sposób, bo i nie wydaje mi się ona poważna. Mógłbym się pokusić o bardziej treściwy i dosadny jej opis, ale sobie podaruję. Im więcej tekstu tym lepiej, a o tym filmie naprawdę nie mam zbyt wiele do powiedzenia. „Ukryte pragnienia” to film w żadnym stopniu nie mój, że tak powiem. Przedstawiana historia i kolejne zdarzenia niezbyt mnie pasjonowały. To taki bardziej babski film, choć z tego, co czytałem na kilku blogach to i paniom film ten nie przypadł do gustu. I nie spodobał mi się nie dlatego, że brak mi wrażliwości czy jestem zbudowany z tego samego materiału co Wielki Kanion Kolorado. Co jakiś czas nieśmiało w filmie przeplatają się jakieś niby pytania o sens czy cel życia, ale są one za mało wyeksponowane i niejako wrzucone tylko po to, żeby były. Główne pytanie, jakie zdaje się widz miał sobie stawiać w trakcie seansu to z kim nasza „Lucy in the sky” straci w końcu dziewictwo. Może zbyt dosłownie to biorę, ale napotkałem również w Internecie na  opinie osób, które żałowały, że Lucy przespała się z tym, a nie z tym czy tamtym. Poważnie. Czasami pojawia się też problem jej ojca, ale wątek ten zdecydowanie nie został starannie poprowadzony. W dodatku jest oparty na absolutnie niewzbudzających ŻADNYCH podejrzeń pytaniach Lucy typu „czy zabiłeś kiedyś żmiję” ewentualnie „żułeś liście drzewa oliwkowego”.

Jest coś, co mnie zainteresowało w filmie i nie jest to cycek Liv Tyler, a spontaniczne wyznanie wieloletniej pani domu, która oznajmia mężowi w pewnych okolicznościach, że muszą stąd wyjechać. Po co wyjeżdżać z tak pięknej krainy, jaką jest Toskania? Czyżby za dużo tego dobrego? Ja jakby co chętnie zamienię się na mieszkanie w bloku. Samych krajobrazów też nie ma w filmie aż tak dużo jak adoratorów Lucy mogłoby się wydawać. Niemniej jednak nawet jak na chwilę gdzieś się pokażą zielone wzgórza jak malowane to zazdrość wypala oczy.

Świetnie swoja rolę zagrał Jeremy Irons. Dobry aktor nie musi się odzywać, żeby przekazać to, co ma do przekazania i ten pan rzeczywiście to potrafi. Liv Tyler aktorką to raczej nie jest, ładną dziewczyną tak i na tym poprzestańmy. Chociaż też z tą ładnością nie przesadzajmy.

„Ukryte pragnienia” to bardzo średni film z ładnymi zdjęciami, ale naiwną i mało pasjonującą historią. Mam wrażenie, że zawyżyłem ocenę, ale niech już zostanie. Nie wiem nawet co w podsumowaniu napisać.

Tytuł oryginalny: Stealing Beauty

Rok produkcji: 1996

Reżyser: Bernardo Bertolucci

Obsada: Liv Tyler, Jeremy Irons, Rachel Weisz

Gatunek: Melodramat

Ocena: 5/10

środa, 05 grudnia 2012

W wyniku dosyć nieprzyjemnych zdarzeń przed śmiercią uratowany zostaje chłopiec, któremu natura w znacznym stopniu poskąpiła urody. Quasimodo, bo tak się zwie, zostaje umieszczony na wieży Notre Dame i może tam przebywać pod jednym prostym warunkiem, a mianowicie ma dożywotni zakaz wychodzenia poza nią. Garbaty chłopak ma również niezbyt skomplikowane marzenie – wziąć udział w Festiwalu głupców, dosyć osobliwej imprezie, w czasie której wszystko w mieście jest dokładnie odwrotnie niż zazwyczaj.

Tradycyjnie jak niemal każda animacja Disneya, tak i „Dzwonnik z Notre Dame” pod przykrywką kolorowej otoczki podejmuje bardzo ważne tematy. W tym przypadku jest to problem odmienności, odchyłu od normy, które to postrzegane są niemal zawsze jako gorsze cechy, często nawet wykluczające daną personę ze społeczeństwa. Quasimodo już od kołyski jest nazywany tym „czymś” i potworem. Ze względu na swoją fizyczną brzydotę trudno jest mu udawać, że jest taki jak inny, a garb na plecach i zdeformowana twarz nie czyni go wcale gorszym od reszty. Oparcie znajduje w innych, którzy również są inni, czyli cyganach. O tym jak postrzegani są Romowie w społeczeństwie, choćby i naszym, nikomu nie trzeba wyjaśniać. Cyganka Esmeralda jest całkowitym przeciwieństwem Quasimodo – pięknością nad pięknościami, ale i to nie pomoże jej w postrzeganiu przez paryskie władze jako złodziejki i oszustki.

Muzyka to kolejny nieodłączny element „bajek” Disneya i tu nie mogło jej zabraknąć. Dosłownie co kilka minut, najczęściej rozterki bohaterów przekazywane są właśnie w formie piosenki. Jest ich sporo, ale nie są nachalne, a spektakularny chór potrafi przykuć uwagę. Co do warstwy wizualnej to nie wymaga chyba ona komentarza – wszystko jest na najwyższym poziomie, a kolory niemal lśnią z ekranu.

Historia Dzwonnika z Notre Dame jest bardzo oryginalna, ale rozwija się w bardzo przewidywalnym kierunku.  Mamy także krystalicznie czystych troje bohaterów i jednego złego do szpiku kości. Można to zrzucić na karb tego, że to właśnie film animowany i mimo, że dorośli również coś z niego mogą wynieść to mimo wszystko kierowany jest do tej najmniej krytycznej grupy wiekowej w społeczeństwie. Całość oglądało mi się bez bólu, ale z pewnością Disney ma na swoim koncie dużo lepsze animacje. W każdym razie „Dzwonnik z Notre Dame” przypomniał mi beztroskie lata dziecięce, bo pewnikiem oglądałem go również za dzieciaka, i choćby z tego względu należą mu się laury.

Tytuł oryginalny: The Hunchback of Notre Dame

Rok produkcji: 1996

Reżyser: Kirk Wise, Gary Trousdale

Obsada: czy to ważne? ;)

Gatunek: Animowany

Ocena: 7/10

sobota, 27 października 2012

Wstęp może będzie taki, że go nie będzie ;)

Chicago – ehh już chyba ostatni z wielkich musicali (o Boże, jest jeszcze na pewno „Kabaret”), chociaż ten może aż tak wielki to nie jest, ale po ocenach widzę, że dobry co najmniej. Zmusiłem się niemal do jego oglądania i nie wiem czy musical jako gatunek nie wskoczy przed horrory i melodramaty oczywiście w tej najgorszej kategorii. Po musicalu oczekuję genialnych piosenek, takich, które być może będę słuchał nawet długo po jego obejrzeniu. Tu takich nie ma i żadna z piosenek nawet nie utkwiła mi w głowie, co może świadczyć o wątpliwej charakterystyczności tych utworów. Czyli innymi słowy – piosenki były mdłe i do luftu. Skupiłem się więc na fabule, którą można opowiedzieć w kilku zdaniach, a film ciągnie się niemiłosiernie przez 2 godziny. Miałem wrażenie, że piosenki tylko sztucznie wydłużają jego czas (czy przypadkiem nie o to chodzi w musicalach?). Gere, Zeta-Jones czy Zellweger to nie są moi zdecydowanie ulubieni aktorzy toteż na patrzenie na nich też zbytniej ochoty nie miałem. Dobrze, że mam to wszystko za sobą. 4+/10

Królewna Śnieżka i Łowca - ostatnio w modzie znowu sport, jaki zapoczątkowała z powodzeniem Clarice Sterling w "Milczeniu owiec", a jakim jest oczywiście bieganie po lesie. Był "Zmierzch" (albo i jeszcze jest), był świeży "Dom w głębi lasu" i są i będą "Igrzyska śmierci" mające iść tropem "Zmierzchu" plus milion pińcet sto dziewińcet horrorów. Królewna Śnieżka i rola oszałamiającej Charlize Theron to być może jedyna zaleta filmu. Na pewno jedyna bezdyskusyjna. Cały film jest wtórny i wydaje się zlepkiem innych, ale nie takim zlepkiem jakim jest "Uprowadzona", a zlepkiem nudnym i niewybijającym się ponad pewien średni poziom. Od biedy można obejrzeć, ale nie ma przymusu. 6/10

Przepowiednia - bardzo ciekawy thriller z bardzo ciekawą historią, ale jak większość filmów z gatunku tylko do momentu. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało to zainteresowała mnie historia Człowieka-ćmy. Plus dla filmu za to, że wpoił mi kolejną głupią i irracjonalną ciekawostkę, jaką jest właśnie legenda wspomnianego człowieka-zwierzęcia, którego niby nie ma, a którego widziała ponad setka ludzi w różnym czasie i miejscu na Ziemi. Już na samym początku film stawia bardzo dużo pytań, na które ma ambicje odpowiedzieć. Okazuje się, że odpowiedź jest jedna, a końcówka wyraźnie się gubi i popada w śmieszność. Film ma momenty, ale głównie rządzi się nim chaos. 6/10



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zakładki:
Inne strony
Konkurencja dalej w grze
Konkurencja śpiąca
Księga gości i kontakt
Recenzje
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u