Blog > Komentarze do wpisu

Battleship: Bitwa o Ziemię

Pomysł przeniesienia gry w statki na ekrany kin wydaje się: a)niezwykle interesujący, b)niezwykle absurdalny. Marketingowo to strzał w dziesiątkę i pewnie nie tylko ja skuszony tą zapowiedzią film obejrzałem. Czy w takim razie "Battleship" jest wierną ekranizacją gry w statki i czy udało się ująć w nim wszystkie najważniejsze jej elementy?

Uwaga będą końcowe spoilery! Nie wydaje mi się jednak, żeby ktokolwiek w trakcie seansu był czymkolwiek zaskoczony na czele z finałem.

Nie. Bądźmy szczerzy – "Battleship" ma tyle samo z ekranizacji gry w statki, co „Siedem” z ekranizacji Biblii. Już w zasadzie wcześniej widziałem ekranizację tej gry i nazywała się „Karmazynowy przypływ”. Albo „Okręt” albo prawie każdy film, którego akcja w sporej części dzieje się na otwartych wodach. Czyli jako ekranizacja odpada, więc co zostaje?

Film podejmuje jakże ważny i oryginalny temat ataku obcych na Ziemię. W rzeczywistości przybysze z innych planet olewają nas od początków świata, co nie przeszkadza twórcom filmów w prześciganiu się w ich portretowaniu. W "Battleship" jak przystało na 2012 rok mają oni super ultra nowoczesne sprzęty, a sami są fanami Iron Mana, od którego przejęli metalowe wdzianko. Nie są w żadnym stopniu zainteresowani eksterminacją gatunku ludzkiego, o ile ten gatunek im nie wchodzi w drogę. Jak się można domyślić – jednak wchodzi.

Amerykanie na spółkę z Japończykami muszą zniszczyć znajdujący się na morzu wielki statek obcych zanim ci zdążą wezwać posiłki. Niby logiczne, ale film to niestety nagromadzenie głupot, na które nie mogłem przymknąć oka ot tak. Chyba za dużo już tego typu filmideł o obcych widziałem. Z 15 lat temu pewnie wszystkie te zagrywki przeszłyby bez żadnego „ale”. Dajmy na to taki mały drobiazg jak fakt, że złowrogi statek obcych w drobny mak niszczy wszystkie statki poza jednym. Ten jeden statek dowodzony jest przez absolutnego żółtodzioba, który chwilę przed inwazją kosmitów miał wylecieć z armii na zbity pysk. Tak się akurat złożyło, że ma tę jedyną szansę udowodnić, że nie jest zmarnowanym talentem i w przeciągu kilkunastu minut przechodzi przemianę, jakiej większości ludzi nie może przejść przez całe swoje życie. Z niechluja, playboya i lekkoducha staje się odpowiedzialnym i mężnym dowódcą. Ale to dalej nie tłumaczy faktu dlaczego statek naszych wrogów, który może zniszczyć statek mężnego dowódcy w każdym momencie, tego nie robi. Być może nie jego kolej – o to przecież w grze w statki chodziło ;)

Sam się teraz zastanawiam co oni przez te 2 godziny robili na ekranie. Część obcych przeniknęła na ląd i tam sieje rozpierduchę, ale znakomita większość filmu rozgrywa się na wodzie i skupia na pojedynku dwóch ekip – dobrej i złej. Pada przy tym cała masa banałów typu „Mój brat zrobiłby to samo.” albo „Umrzemy – ty, ja i ktoś jeszcze inny… Ale nie dzisiaj”. Całość utrzymana jest w trochę humorystycznym tonie, bo chociaż żółtodzioby mają ratować świat to wydają się być dalej na luzie. Tak jak gdyby dalej byli na ćwiczeniach. I rzecz jasna ani przez chwilę nie przeszła mi przez głowę myśl, że mogą tego świata nie uratować. Ostatecznie to emeryci, niepełnosprawni i ci, których w armii dawno być nie powinno, ratują planetę.

Jedyne, co może się podobać to efekty specjalne. Nie oglądam dużo tego typu filmów z fajerwerkami, więc wszelkiej maści wybuchy wyglądały jak na moje oko całkiem w porządku. Nie widziałem żadnego z „Transformersów”, ale gdybym miał zgadywać to temu filmowi blisko do nich jak żadnemu innemu. No ale same efekty to za mało.

Aktorstwo stoi na dosyć niskim poziomie . W rolach głównych Taylor „Kicz” Kitsch, który zgodnie z nazwiskiem zagrał kiczowato i Rihanna, która dla odmiany tu nie śpiewa, ale niczym się nie wyróżnia. Można ją było spokojnie zamienić na kogoś anonimowego i rola wyglądałaby tak samo, ale wtedy film nie miałby gwiazdy. Liama Neesona jest dużo mniej niż myślałem i nie ma za bardzo czego oceniać.

"Battleship" to czysta rozrywka, ale w tym najgorszym wykonaniu. Historia głupia, przewidywalna i napakowana po brzegi schematami, która niczym się nie różni od innych tego typu. Oglądanie filmu dla samych efektów wydaje mi się nieco przesadą. W szczególności, że nie ma ich zresztą aż tak wiele.

Tytuł oryginalny: Battleship

Rok produkcji: 2012

Reżyser: Peter Berg

Obsada: Taylor Kitsch, Rihanna, Alexander Skarsgard, Liam Neeson

Gatunek: Science fiction

Ocena: 3/10

piątek, 31 sierpnia 2012, rodion19

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: ogladamyfilmy, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/09/05 17:25:10
Faktycznie że jest to beznadziejne kino i zgadzam się niemal ze wszystkim, tylko nie z samą oceną. Ja oceniam ten film na 1. Nie znalazłem tam niczego, co by mnie zadowoliło. Fabuły co prawda nawet nie szukałem, ale nawet efekty nie robiły specjalnego wrażenia, aktorstwo prezentowało diametralnie niski poziom, aż szkoda mi Neesona, porażka po prostu.
Pozdrawiam
-
Gość: Mikser, *.icpnet.pl
2012/09/07 12:56:31
To taki trochę film na który wystarczy się gapić, myśleć nie trzeba. Niby nic w tym złego, jednak ciężko to ocenić wysoko. Same efekty to nie wszystko, a i odrobina fabuły by się przydała. Jest jak jest i jako bajkę obejrzeć można... nic więcej niestety.
-
Gość: ogladamyfilmy, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/09/08 20:54:54
Mikser, ale problem w tym, że jest tysiące o wiele lepszych filmów, na które wystarczy się gapić, a nie trzeba myśleć. Tutaj nawet efekty nie są zbyt efektowne:)
-
Gość: Salon Filmoy, *.eimperium.pl
2012/09/12 21:59:47
I właśnie dlatego zamierzam omijać "Battleship" szerokim łukiem. Kiedyś przez chwile tylko mnie kusiło, a może jednak... ale usiadłem w kącie, poodychałem i mi przeszło :-)

Pozdrawiam
Michał
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u