Blog > Komentarze do wpisu

500 dni miłości

Ponoć żyć bez niej nie można. Potrafi wyrządzić nieodwracalne szkody i cierpienie, ale i wprawić w stan szczęścia absolutnego. Dzięki niej można narodzić się na nowo, można też przez nią odebrać sobie życie. Pełna paradoksów i skomplikowana milion raz bardziej niż budowa zderzacza hadronów - miłość. Napisano o niej setki milionów piosenek, sztuk teatralnych i książek, zrobiono setki tysięcy reklam, a zwrot "kocham cię" odmieniono we wszystkich możliwych językach świata. Nagrano także o niej masę filmów. Jednym z nich jest właśnie niedosłownie przetłumaczone przez naszych rodaków "500 dni miłości". I ku mojej uciesze, nie jest to film jeden z wielu, ale obraz, który ma co pokazać i czym się wyróżnić.

Na początku sprawa tytułu, który wzbudza zapewne największe zainteresowanie. 500 dni to okres "bycia" ze sobą pewnej pary. Przez dokładnie taki czas dzień po dniu śledzimy w filmie poczynania dwojga osób. Tych dwoje to Summer i Tom. Tom szuka tej jednej jedynej, jest zdania, że jak kochać to na zabój, raz na całe życie. Summer z kolei wyznaje tę mniej romantyczną wizję miłości. Nie wierzy w miłość, przeznaczenie i tym podobne bajki. Związek dwojga osób postrzega w ten najbardziej liberalny sposób, jako zachowanie swobody i niezależności każdego z partnerów wobec drugiego. I nie uwierzycie, ale tych dwoje na siebie poleciało.

Zacznę od minusów, co by mieć je jak najszybciej za sobą i za wami przy okazji. Narrator. Nie włącza się zbyt często, ale jak już to robi to działa konkretnie na nerwy. Zupełnie niepotrzebny element psujący odbiór filmu mimo wszystko. Dalej odtwórca roli Toma, który tragiczny nie jest, niemniej jednak gołym okiem idzie zauważyć, że mógł wycisnąć z siebie dużo więcej. Po drugiej stronie barykady Zooey Deschanel, ze względu na którą nie ukrywam właściwie zwróciłem się ku temu filmowi. Po jej fenomenalnym występie w "Jestem na tak" grzechem byłoby nie zaliczyć tego filmu :D Cholera, przez chwilę poczułem się jak fanka Deppa. Na szczęście w przeciwieństwie do nich ja potrafię jeszcze zapamiętać jak się pisze 4-literowe nazwisko.

Fakt faktem, jest to komedia romantyczna, ale stara się wybijać ponad przeciętność tak wysoko jak tylko może i co ważniejsze starania te wychodzą jej bardzo dobrze. Zdecydowano się na bardziej "ludzkie" ukazanie miłości niż to zazwyczaj bywa w tego typu obrazach. Kiedy wszystko idzie po myśli chłopaka pomaga nieznajomym, śpiewa ze skowronkami, tańczy z przechodniami, dostaje skrzydeł. Kiedy relacje z Summer się ochładzają traci zapał do pracy, staje się zgryźliwy, nienawidzi wszystkich, włącznie z sobą. Niezwykle prosty przekaz, ale na pewno nie prostacki. To też sztuka - o wzniosłych rzeczach mówić prosto i zrozumiale. Ponadto kalendarz, który odlicza kolejne dni znajomości pary gołąbków, również nie działa jednostajnie. Zdarza mu się cofać, by za chwilę wybiec o kilkadziesiąt dni wprzód czy w końcu ukazać normalną kolej rzeczy, dzień po dniu.

"500 dni miłości" w bardzo "łopatologiczny" sposób pokazuje mechanizmy rządzące miłością, o ile takowe w ogóle istnieją. Co ciekawsze to właśnie kobieta robi tutaj za tę zimną sucz, a facet jest uczuciowcem. W sumie nie ma się czemu dziwić - koleś nawet wygląda jakby nie miał jaj :D Żarty żartami, ale film warto obejrzeć chociażby, żeby przekonać się jaki będzie finał tej konfrontacji dwóch różnych, wykluczających się wizji miłości.

Na koniec wideoklip, w którym Zooey chyba lepiej was zachęcić do tego filmu

Tytuł oryginalny: (500) Days of Summer

Rok produkcji: 2009

Reżyseria: Marc Webb

Obsada: Zooey Deschanel, Joseph Gordon-Levitt, Geoffrey Arend, Matthew Gray Gubler

Gatunek: Komedia romantyczna

Ocena: 8/10

 

sobota, 14 listopada 2009, rodion19

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
samuel-l
2009/12/29 13:26:47
Według mnie narrator był potrzebny i doskonale tworzył klimat filmu.
W pamięć zapadła mi jednak scena, kiedy główny bohater tańczy z osobami napotkanymi na ulicy. Kompletnie nie pasowało mi to do reszty.
-
Gość: ro, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/04/28 16:25:44
wideoklip - niezla lipa! jesli ma mnie do czegokolwiek zachecic to w swej beznadziei chyba tylko do skoku w przepasc..
-
2010/07/19 10:11:15
Byłam na tyle oczarowana filmem, że mam za sobą trzy seanse. Świetna konstrukcja scenariusza, ponowne spotkanie Zooey i Josepha. Za pierwszym razem starałam się nie pogubić w chronologii, za drugim razem mogłam skupić się na detalach. A wspomniana piosenka to drugi teledysk do piosenki She&Him, gdzie Deschanel wyżywa się muzycznie.
-
Gość: , *.toya.net.pl
2010/07/19 19:35:12
Jestem świeżo po projekcji tego filmu. Oceniam go bardzo dobrze jakkolwiek dostrzegam sporo minusów. Konstrukcja do bani, w pewnym momencie gubiłem się co jest wcześniej a co później. Nie ma to wpływu na klarowność akcji, niemniej denerwuje niezmiernie. Gra aktorska pary pozostawia wiele do życzenia. Przy okazjo słówko do autorki: jeżeli uważasz że zakochany wrażliwy chłopak, to koleś "bez jaj" to jesteś taka samą "zimną sucza" jak bohaterka którą tak dobrze oceniłaś. W Yes man była dobra, tutaj zaledwie dostateczna. Mnie brakuje troszkę jasnej oceny ich związku na końcu filmu, tzn. kto jest winny. Rozumiem jednak intencje autora filmu. Zapewne chciałto ukazać właśnie tak jak to zwykle bywa w życiu. Na sto sposobów staramy się wyjaśniać i nigdy nie docieramy do ostatecznej prawdy, kto zawini bardziej, czy mogło być inaczej...ok to tyle.
-
rodion19
2010/07/20 01:42:23
"Tajemniczy gościu" gdybyś czytał uważniej notkę to zauważyłbyś, że ta uwaga odnośnie głównego bohatera była wypowiedziana raczej w tonie humorystycznym. Dowiedziałbyś się też, że autor recenzji, czyli ja, jest mężczyzną.

Co do konstrukcji to uważam, że właśnie na niej opierał się ten film. Gdyby nie te zabiegi mielibyśmy do czynienia z czymś normalnym, co już widzieliśmy masę razy.
-
Gość: melodie st ann celestine, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/10/28 18:14:09
hahaha :) zupełnie zgadzam się co do konstrukcji, bez niej wiałoby nudą! Zooey była wspaniała (zmysłowa, delikatna ale jednak bitch), ale Joseph Gordon-Lewitt był jak najbardziej ok! Jego "brak jaj" jednocześnie sprawiał, że miał w sobie "to coś" :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... stat4u